Jedyna

Mówiłam sobie tyle razy: nie łaź po wertepach, dzikich polach, wądołach i chaszczach. Ostatnio nawet myślałam tak wczoraj, a dziś polazłam, żeby zrobić przyjemność Panu Psu. Żeby sobie powąchał dzikie zioła, pobuszował w czeremchowych zagajnikach (na pohybel czeremsze) i w wysokich trawach, gdzie jakimś cudem nie ma ton plastików, potłuczonych butelek i śmierdzących opon. No i przewróciłam się, padłam do przodu i stłukłam moje chore od pół roku kolana. Potem klęczałam przez czas długi, wyjąc cicho z bólu, a potem już tylko jęcząc, wyzbierałam się i jakimś cudem doszłam do domu. Pan Pies na szczęście czekał, gapiąc się na mnie z oddali, bo zupełnie nie wiedział o co mi chodzi i dlaczego tak dziwnie się zachowuję. No pewnie, sama byłam zdziwiona, że tak dałam się pokonać naturze.

No i siedzę teraz z okładami na kolanach, czytam wiadomości i płakać mi się chce i to strasznie. Po pierwsze – Amazonka. Po drugie – wycinanie i niszczenie innych zasobów leśnych. Po trzecie – wszystkie zwierzaki świata. Po czwarte – bezsilność wszystkich dobrych ludzi na świecie. No i jeszcze kolana, ale to pewnie minie.

Proszę, ocalmy Ziemię. To jedyna planeta, na której jest czekolada.

A ja będę mogła wreszcie przestać się martwić i pomyśleć o moich bolących kolanach. A obiadu dziś nie będzie.

Pamiętnik Q

21 luty 2019

To ja, Quattro. Muszę powiedzieć, że trochę nie mam czasu pisać, bo głównie śpię. Rano idę na spacerek z Ewą, ale nie bardzo daleko, bo potem kiedy wracamy, to trochę jestem zmęczony i bolą mnie nóżki, ale nic nie mówię, bo się martwią. Mówią, że jestem już niemłody, ale nie wiem co to znaczy, bo o tym nie myślę. 

Rano, kiedy się budzę mam dużo siły i badzo się ciesze, kiedy idę na spacer:

Ale kiedy wracamy, to chcę tylko śniadanko i spać:

Po spacerku śpię trochę, aż przynoszą mi śniadanko do łóżeczka i jem na leżąco, bo nie chce mi się wstawać. Potem idę trochę poleżeć przy Ewie, która gapi się w takie coś świecące, co trzyma na kolanach i coś tam robi palcami. Mówi, że pisze do różnych ludzi, ale wtedy idę spać do mojego łóżka. I tak mija czas do obiadu. Potem wraca Pan i bawią się z mną – ja na nich warczę (ale nie naprawdę), a oni mnie drapią za uszami i udają, że wyrywają mi zabawkę. Ale szybko nam się nudzi… Tak, kiedyś tyle nie spałem, ale teraz życie jest takie proste i zorganizowane. Mam nawet kilku kumpli i kiedy przychodzą, to śpimy wszyscy. Ewa mówi, że jesteśmy oddziałem geriatrycznym, ale to chyba nie jest nic do jedzenia… Jeszcze napiszę, bo teraz trzeba trochę pospać.

Śnieżny Pan Pies i zajączek

8 stycznia 2019

Taaaak, sypie i sypie, jakby miało sypać do wiosny. Pan Pies po porannym spacerze wyglądał jak kula śnieżna z czarnym ogonem i wielkim, czarnym nosem. A ja się czuję, jakby święta i te wszystkie imprezy wypompowały ze mnie wszelki entuzjazm i siły życiowe. Zbieram się powoli, za bardzo powoli i oglądam różne hotele przy plaży w ciepłych krajach, choć wiem, że i tak nigdzie nie pojadę, bo brakuje czasu i pieniędzy, a za chwilę będzie za gorąco na ciepłe kraje i tylko Kraina Deszczowców nam zostanie. Ale dwa dni temu mieliśmy gościa przy płocie i znowu przestałam myśleć o bzdurach:

Hare came

No i mamy dziś piątą rocznicę przybycia Pana Psa do nas i umownie są to też jego urodziny, bo przecież ten, kto go porzucił gdzieś w lesie nie zostawił informacji na temat jego rodowodu, imienia, nazwiska, czy ulubionego jedzenia. Przywieźliśmy Pana Psa z czernyszowej fundacji, zabiedzonego i chudziutkiego, ostrzyżonego prawie do gołej skóry (miał sierść tak splataną i brudną, że trzeba go było ogolić), zmarzniętego i pewnie wystraszonego, choć nigdy nie dał po sobie poznać, że się boi. Wsiadł wieczorem, w ciemnościach do samochodu z dwojgiem ludzi, których nigdy w życiu nie widział, przytulił wielki łeb do nóg nowego pana i chyba przestał oddychać. W nowym domu czekało na niego posłanie i nowe miski i jedzenie i ciepło i tysiące przytulasów, a on tak strasznie starał się nas zadowolić, przewidzieć nasz reakcje na to, co zrobi, żeby tylko nie podpaść lub nas nie rozgniewać. Nigdy nas nie rozgniewał, nigdy nie mieliśmy powodu, żeby się na niego złościć, no może raz, kiedy dziabnął kłem jakiegoś faceta, który się pałętał po polach, nigdy nie zrobił niczego, co by nam się nie podobało, no może oprócz puszczania straszliwych bąków. Tak wyglądał pięć lat temu, kiedy już odważył się wyjść do ogrodu:

Quattro January 2014

Ważył wtedy 42 kilogramy. Teraz waży tyle, ile powinien – 57. Powinien dostać jakiś torck umownie-urodzinowy, ale musimy dbać o jego wagę, żeby jego cudne serce wytrzymało jak najdłużej. Idę przytulać :-)))

Niedzielny poranek w Krainie Deszczowców

18 listopada 2018

Słońce dziś wstało o 7:56. Wstało na czerwono, jak prawie codziennie i natychmiast połknęły je chmury. Pewnie będzie padać, jak prawie codziennie w Krainie Deszczowców. Pan Pies, jak prawie codziennie leżał w swojej komórce pod schodami na grzbiecie, z łapami do góry, przygotowanymi do witania, a ogon walił głośno w ścianę. Jak prawie codziennie zeszliśmy z góry i rzuciliśmy się na niego z głaskami, pieszczotami i czułymi słówkami. 

Potem kawka i śniadanko, w niedzielę zawsze jajecznica, poranne pogaduchy, a za kuchennym oknem ciemna zieleń rododendronów, które zasłaniają nas od świata i światła. Buszują w nich małe ptaszki, które wyglądają jak pierzaste, szare kulki. Jeszcze kromeczka z arcysłodkim dżemem truskawkowym z mango, jeszcze filiżanka gorzkiej kawy. Trzeba iść z Panem Psem na spacer, choć wieje. A tymczasem za południowym oknem inni też jedzą śniadanko:

Magiczne zwierzęta i jak je znaleźć w Krainie Deszczowców

10 listopada 2018

Zacznę od magicznego zwierzęcia, którego znaleźć się nie da, ale za to słychać je dobrze, zwłaszcza w nocy. Stukot pazurków po drewnianych deskach, które dla nas są sufitem (deski, nie pazurki), a dla zwierzęcia podłogą. Cichutkie skrobanie tuż nad naszymi głowami, które zaczyna się przed północą i trwa… Chroboty i stukanie za ścianą naszej nowo powstałej łazieneczki na górze… Tak, to nasza kuna, która zrobiła wielką dziurę w dachu. Dziura została załatana przez pana Wojciecha, którego w czarodziejski sposób znaleźliśmy niedaleko naszej wsi. Boimy się, że magiczne zwierzę będzie chciało mieć nową dziurę, my będziemy chcieli mieć dom bez deszczu w środku i tak to będzie trwało. Na szczęście we wsi obok mieszka Łowca, który obiecał zastawić na zwierzę pułapkę, a potem wywieźć je daleko, daleko… Cóż, gdybym miała się założyć, to stawiam na kunę.

Inna historia: Pewnego poranka, jak każdego poranka poszliśmy z Panem Psem na spacer. Kiedy krowy pasą się daleko, idziemy w stronę rzeki, omijając kałuże i krowie placki. Dygresja: Pan Pies pięknie omija zarówno jedno, jak i drugie. Więc idziemy sobie krowią ścieżką na wał, pod górę, a potem w dół, wzdłuż rzeki, gdzie mieszka tysiące ptaków i innych stworzeń. Dobra, więc idziemy sobie i nagle widzę jakieś dwa zwierzaki pluskające się w błotnistej wodzie. „Szczury” – myślę z przerażeniem, bo tyle się nasłuchałam o wielkich osobnikach pływających w rowach melioracyjnych. Pan Pies też zauważył i pociągnął gwałtownie. „Szczury?” – pomyślałam, kiedy podeszliśmy bliżej. Widzę szerokie głowy, siwe wąsy i małe łapki złożone razem jak do modlitwy. No i dużo większe niż szczury! Nie widzę za dobrze, bo taka jestem młoda, ale przysięgłabym, że te mokre pyszczki się UŚMIECHAJĄ. Zdębiałam z lekka, ale wtedy Pan Pies zaczął szczekać. Trudno mu się dziwić, on też nie widział nikogo podobnego. Zobaczyłam tylko jak stworzonka płyną w kierunku trzcin i znikają.

Poniżej: Pan Pies obserwuje miejsce, w którym kąpały się wąsate pyszczki:

Nie widzieliśmy tych stworzeń nigdy więcej. Pan Pies jednak zawsze. kiedy idziemy w stronę rzeki, siada i patrzy z nadzieją w mętną wodę. Nigdy nie rozmawiamy o tym spotkaniu z tajemniczymi zwierzętami, ale oboje myślimy, że to były… wydry. Prawdziwe.

Sierpień w Krainie Deszczowców

11 września 2018

Było gorąco. Pewnego dnia spojrzałam na termometr: było 41 stopni w cieniu. To najwyższa temperatura jaką przeżyłam (ledwo) i rekord 40 stopni w tunelu świętego Bernarda został pobity. Poza tym straszna susza wygoniła krowy z pastwisk, wróciły do swoich obór, nie mając co jeść na zwykle zielonych łąkach. Znajdowaliśmy zabite przez upał ptaki, a w ogrodach suche liście opadały z drzew. Po kilku dniach zaczęło padać, a po następnych kilku krowy wróciły na znowu zielone trawy.

Pewnego dnia przyjechała nasza ekipa remontowa, pracowali strasznie ciężko przez 11 dni, a kiedy pojechali mogłam się wreszcie wykąpać i to była piękna chwila. Mogłam też zacząć sprzątać koszmarny bałagan. Sprzątałam przez 10 dni, od rana do wieczora, ścierając każdy pyłek ze wszystkiego i to wielokrotnie, bo kurz wracał jak bumerang, na szczęście w coraz mniejszej ilości. Każda rzecz była zakurzona, każdy fragment domu, każdy przedmiot i bibelot, wszystko tonęło w kurzu. Najbiedniejszy był Pan Pies, który musiał mieszkać w kurzu, nie miał się gdzie podziać i często był „przekładany” na inne miejsce, bo zwykle kładł się w najbardziej uczęszczanym miejscu i oczywiście w największym bałaganie. Dzięki temu wymyśliłam nowe Prawo Murphy’ego: „Pies w czasie remontu zawsze kładzie się tam, gdzie najbardziej przeszkadza”.

Pan i Władca przyjechał, kiedy już było po wszystkim. A ja nie mogę chodzić do dziś, bo nawaliły mi kolana i nie mogę się schylać, nie wiem dlaczego, hihihi…

Na koniec kawałek domku, który niczego nie wyjaśnia:

Black cat under the thatched roof

Pan Pies i smuteczki

9 lipca 2018

Od tygodnia jesteśmy z powrotem w Wielkim Domu. Remont w Krainie Deszczowców jest na etapie schnięcia wylewek po założeniu ogrzewania podłogowego. Możemy tam jechać za trzy tygodnie, kiedy beton zastygnie i będzie można położyć na nim podłogi. Pan Pies ucieszył się z powrotu, bo tu ma wielki obszar do obwąchania i wiele zwierząt do wytropienia. Ale najważniejsze, że ma tu najwygodniejsze łóżeczko na świecie: wielkie, mięciutkie i wygodne, na którym można się wylegiwać na jednym boczku, na drugim boczku i jeszcze na pleckach. 

Pan Pies zaczyna być staruszkiem. Śpi długo, długo i łapki przestały go słuchać, kiedy próbuje się podnieść z posłania. Chodzi wolniej i jakby ostrożniej, choć cieszy się jak dawniej. W czarnych włosach coraz więcej srebra i czasem nie je śniadań. Ma około dziewięciu lat (nie wiemy dokładnie, bo jest ze schroniska) i niestety jego rasa skazuje go na śmierć w wieku najpóźniej 12 lat. Staram się o tym nie myśleć, ale strach przed stratą mojego cudownego stworzenia czasem mnie powala.

Quattro – black russian terrier

Poza tym od powrotu Pan Pies ma biegunkę (6 dni) i mimo stosowania różnych lekarstw (węgiel, smecta) nie za bardzo jest lepiej. Pani Vet dziś dała mu antybiotyk i kazała kupić nitrofurazyd, ale martwię się, czy to nie jest nic poważniejszego. Tyle dni! Dobrze, że pije normalnie i nie wygląda na biedaczysko z bólem brzucha. Mój słodki!

To tylko pies, tak mówisz, tylko pies… A ja ci powiem, że pies to czasem więcej niż człowiek
On nie ma duszy, mówisz… Popatrz jeszcze raz
Psia dusza większa jest od psa
My mamy dusze kieszonkowe, maleńka dusza, wielki człowiek
Psia dusza się nie mieści w psie
I kiedy się uśmiechasz do niej, ona się huśta na ogonie
A kiedy się pożegnać trzeba i psu czas iść do psiego nieba
To niedaleko pies wyrusza, przeciez przy tobie jest psie niebo
Z tobą zostaje jego dusza (B.Borzymowska)

Pamiętnik Q – wiosna albo coś

28 marca 2018

Dawno już wam nie opowiadałem co u mnie. Właściwie u mnie niewiele się dzieje. Siedzimy sobie w domku, czasem spacerujemy, rano z Ewą, wieczorem z Panem. Coraz więcej domów wokół, martwimy się, bo do tej pory byliśmy sami w okolicy, a teraz będą inni ludzie i pewnie będą hałasować i będzie im śmierdzieć z kominów. Do tej pory było fajnie, mogłem biegać po lasach i polach i spotykałem dużo Białych Tyłków i takie uciekające szybko z dużymi uszami, a teraz ich coraz mniej. Kiedyś ścigałem je ile sił w łapach, ale nigdy nie dogoniłem. A teraz to mi się już nawet biec za nimi nie chce, popatrzę tylko jak uciekają szybciutko i cicho znikają za drzewami.

Ewa mówi, że zaczynam się starzeć, że mam już ponad osiem lat, choć przecież nie wiadomo dokładnie, bo w schronisku, dawno temu też nie wiedzieli, więc mogę mieć nawet dziewięć… Nie wiem za bardzo co to znaczy, że zaczynam się starzeć, Pan mówi że wszyscy się starzeją i on też, więc skoro on też, to nie ma się czym martwić, bo Pan wie co się dzieje, a to wystarczy, prawda? 

I tak sobie myślę, że lubię kiedy każdy dzień jest taki sam, budzę się, dają mi trzy kanapeczki, potem spacer, potem śpię, potem Ewa daje mi wielką marchewkę, potem śpię, potem idę do ogrodu poszczekać trochę na obcych, potem obiadek, potem przychodzi Pan, potem się ze mną bawią, potem spacerek, potem oglądamy telewizor, potem śpię do rana. 

Ostatnio byłem u fryzjera, bo miałem tyle włosów, że aż było mi za gorąco. Teraz jest mi czasem za zimno, ale przykrywają mnie kocykiem i już jest dobrze.

Tak wygladałem przed pójściem do fryzjera:

Quattro the Dog - Black Russian Terrier

A tak wyglądam teraz na moim łóżeczku:

Quattro the Dog - Black Russian Terrier

I tyle na razie. Podaję łapę każdemu, kto chce, tylko proszę przynieść jakieś ciasteczka.

Zaginione obrączki i wędzony pies

1 luty 2018

Codziennie chodzimy z Panem Psem na spacery. Jasne, że chodzimy dla zdrowia, kondycji i przyjemności. Pan Pies uwielbia węszyć wszędzie, nawet tam, gdzie nie powinien, ja muszę uważać, żeby nie zwichnąć nogi na leśnych wertepach, więc współpraca układa się dobrze. Pan Pies czasem wypłoszy zająca, za którym nie chce mu się gonić, czasem mija stado Białych Tyłków ukrytych w wysokich trawach i nawet ich nie zauważa. Ptaki śpiewają, lasy i łąki są tylko nasze… Tylko dlaczego ja wracam zawsze z piekącymi oczami i bolącym gardłem, a psia sierść śmierdzi, jakby wytarzał się w spalonych śmieciach? Otóż dlatego, że moi dalecy sąsiedzi palą w piecach czym popadnie. Dymy z kominów snują się po całej okolicy, odmieniając prześliczny krajobraz w krainę z koszmaru. Gratulacje, Rodacy moi! Nie sposób was lubić.

Quattro the Dog - Black Russian Terrier

Chciałam wam pokazać obrączki na serwetki w wiktoriańskim stylu, to znaczy róże są stylowe i tyle. Obrączki, wraz z różami mieszkały w pudełku, zdolnym pomieścić 6 sztuk obrączek:

Box for napkin rings - roses

Pudełko troche postarzone, z kropkami, które uwielbiam, wygląda trochę jak z pchlego targu, ale nie można mu odmówić wiktoriańskiego smrodku. 

Niespodzianka miała się kryć w środku – sześć różanych obrączek, pierwotnie pomalowanych na biało, niewinnych i słodkich, ślicznie i uspokajająco grzechocących przy każdym poruszeniu pudełkiem. Miała być niespodzianka, a jest:

Box for napkin rings - roses

Nie ma. Nie wiem, gdzie się podziały. Myślałam, że to halucynacja i włożyłam łape do środka. Ale im bardziej zaglądałam do środka, tym bardziej tam obrączek nie było.