Domek na klucze

18 sierpnia 2017

A właściwie to wiata. Malowanie daszku zajęło mi mnóstwo czasu, choć nie jest to strasznie trudne generalnie, a dla mnie jest. Moje okulary przestały spełniać swoje funkcje, a może to oczy przestały, kto to wie. Ale starość ma swoją cenę, jak choćby malowanie odrobinkę krzywych paseczków. Ma też swoje przyjemności, starość znaczy, choć dziś bardzo trudno mi je dostrzec. 

Po pierwsze znowu jest &*%$# gorąco, co mnie zabija, ale o tym wiedzą wszyscy, łącznie z panią w piekarni, facetem z telemarketingu, który nieopatrznie zadzwonił i moim psem, który też nie wystawia ogona z domu chyba, że wcześnie rano.

Po drugie, moje dzieci wracają dziś z pogranicza afrykańskiego (kto jeździ tam latem?!!), wracają samolotem, a mój stosunek do samolotów jest przesycony paniką, ale wszystko będzie dobrze.

Po trzecie pesymizm mnie dopadł, choć to rzadkość, ale tym trudniej się przystosować. Pesymizm jest na tle upału, samolotów, robienia obiadów (łłłłłłłłeeeee), faktu, że nie ma już na Allegro sofy, którą zamierzałam kupić i teraz nie wiem co dalej oraz bezsensu ozdabiania drewienek.

Dobra, wyżaliłam się, ale mi nie lepiej, a gorzej, bo nazywając rzeczy po imieniu, dostrzegłam wreszcie rozmiar klęski. Ale skoro już zrobiłam, to pokażę:

Decoupage bird's key board

Zdjęć to ja robić nie umiem, co nie rokuje dobrze na przyszłość.

Ptaszki i torturowane ryby

15 grudnia 2014

Jeszcze nie panikuję przed Świętami, ale nie mam siły zrobić listy zakupów. Najpierw musiałabym pomyśleć o menu, które jest niezmienne od lat, ale zawsze muszę je mieć na papierze. Póki co unikam tematu, może jeszcze przez kilka dni uda się nie przejmować. Fajne jest to, że progenitura dorosła wreszcie na tyle, żeby też coś przyrządzić i chociaż sałatkę dostanę. 

Póki co staram się żyć normalnie, choć na skutek reklam z choinkami i gościem z białą brodą w czerwonym kubraczku trochę łapki mi się trzęsą. Owymi trzęsącymi łapkami zrobiłam domek za klucze z sikorką.

Key's hanger with bird
Key's hanger with bird

To wdzięczny i bezpieczny temat, choć pracy przy tym co niemiara, ale wolałabym robić domki dla ptaszków, niż rybę na Wigilię. Bo znowu zaczęło się torturowanie karpi, zgodnie z pradawną, katolicką tradycją. Czytałam, że coraz mniej ludzi kupuje żywe karpie i że głowa opiniotwórczego państwa Watykan stwierdziła, że zwierzęta mają duszę (choć to może moja nadinterpretacja), ale w dalszym ciągu większość Polaków nie dostrzega problemu torturowanych w imię zwyczaju zwierząt, które wprawdzie nie są inteligentne, ale mają mózg i czują ból jak jasna cholera. 

I to zwykle z tym kojarzą mi się polskie Święta. Robienie zakupów w sklepach,w których biedne stworzenia tłoczą się w 30-centymetrowej warstwie wody, a potem są pakowane do plastikowych siat, obijane o półki, przywalone w wózkach innymi zakupami… robienie zakupów w takich sklepach jest dla mnie bolesne. Mam ochotę podrapać te głupie, zadowolone z siebie mordy, a potem wsadzić durne łby pod wodę i trzymać… długo. I mam ochotę zrobić wiele innych rzeczy, żeby pokazać tym katom, jak to jest cierpieć za niepopełnione winy. Eh, płakać się chce.