Ogród in spe

Kiedy będę duża i dorosła… Kiedy wrócę z następnej podróży… Kiedy otrząsnę się po kolejnym smutku, czy niepowodzeniu… Kiedy wyzdrowieję… Kiedy znajdę wreszcie moje miejsce na ziemi… Zawsze znajdzie się jakiś powód, żeby nie wziąć się do roboty, zawsze znajdzie się jakiś pretekst, żeby odkładać w nieskończoność urządzanie sobie życia po swojemu.

Jest lato, powinnam zacząć od ogrodu. Ten tutaj ma dwa hektary i jest zarośnięty sosnami i czeremchą, wysokimi trawami i brzozami. Nawet trawnika wokół domu nie kosimy, a jedyne ogrodowe stworzenia rosną na wąskim pasie ziemi wokół domu. A ziemia u nas kiepska – piachy i trochę gliny miejscami, więc żadna szlachetna roślina nie chce wiązać się z naszym ogrodem, poza cyprysami, maciejką, lawendą i malwami. Ale w tym roku, nareszcie! nie ma suszy i nawet nieliczne hortensje i krzaczek róży dają radę.

Water from the stone

W Krainie Deszczowców, w której nie byłam od wielu, wielu miesięcy ziemia jest czarna i ciężka, rożnie na niej wszystko, oprócz sosen i maciejki, choć lewenda ledwo daje radę. Kraina Deszczowców na razie jest moim miejscem na ziemi, ale jak dotąd nawet nie zaplanowałam przemiany ogrodu na ten z moich marzeń, bo wyjeżdżam stamtąd i wracam i znów wyjeżdżam i cokolwiek tam zrobię i tak ginie wśród chwastów i rozpasanej przyrody.

Little beauty

Zresztą – powoli tracę nadzieję, że kiedykolwiek będę tam mieszkać, bo wygląda na to, że los ma dla mnie inne plany. Dlatego próbuję choć wyobrazić sobie mój przyszły ogród, gdziekolwiek będzie. Gdziekolwiek i kiedykolwiek…….

Hidden space

Dobry wieczór!

Ranek był sliczny, tak śliczny, że nawet nie zwróciłam uwagi na to, że mam czerwony nos i że kolanka mi odpadają z zimna. Było minus sześć stopni, kiedy utrwalałam cudne widoki:

Cuda, prawda? Szkoda tylko, że w tych cudach plątał się smród z czyjegoś komina, przez co musiałam uciekać do domu. Poza tymdziś jest Halloween – moje ulubione święto na zawsze, nawsiegda. W czasach, w których mieszkałam za oceanem przygotowania do świętowania trwały od rana. Spóźnialscy kupowali kilogramy słodyczy, dzieciaki poprzebierane za duchy, czarownice kościotrupy, supermenów, batmanów, mumie i setki innych postaci już w szkole szalały z wiaderkami na cukierki w kształcie dyń, obowiązkowo pomarańczowych. Po południu w towarzystwie rodziców, albo starszego rodzeństwa wybiegały z domów i rozpoczynały szaloną wędrówkę od drzwi do drzwi w dzikim polowaniu na słodycze.

Każdy dom był udekorowany, wszyscy poprzebierani, pamiętam jak zbliżałyśmy się z córką (wiek od 6 do 13 lat) do ciemnej werandy i nagle okazało się, że leżący na ziemi manekin wcale nie jest manekinem, tylko żywym facetem, który umierał ze śmiechu, kiedy wrzeszcałyśmy z zaskoczenia i ze strachu… Było wspaniale.

I jak co roku malutkie pomysły na okoliczność mojego ulubionego święta, które można zastosować ku uciesze dziatwy i dorosłych.

No i coś do przekąszenia, oprócz dyni można wykombinować proste przekąski nie tylko dla dzieciaków. Na zdjęciach papryka-jak-dynia wydrążona i zębate jabłuszka, jakże straszne, z migdałowymi zębiskami 🙂

Wesołego Halloween!

Witam w dżungli (w Krainie Deszczowców)

Po przejechaniu około tysiąca kilometrów, kiedy już skończy się autostrada tuż przed Cuxhaven, a my skręcamy na lokalną drogę i mamy jeszcze 35 kilometrów do celu, wtedy zaczynamy się zastanawiać, co zastaniemy w naszej małej wiosce. Czy kuna nie zrobiła znowu dziury w dachu, albo nie poprzegryzała kabli, czy rybki jeszcze żyją, czy ktoś kupił dom Pani Irmy, która zmarła w zeszłym roku, czy krowy są już na nadrzecznych łąkach, ile sów wykluło się w tym roku, jaka wysoka jest trawa i czy będziemy musieli polować na dwieście pająków, czy tylko na dwadzieścia… Tym razem też tak sobie gadaliśmy, ale kiedy podjechaliśmy pod domek, nie spodziewaliśmy się tego:

How to get to our house?

Dróżka do domku zupełnie zarosła, a ponieważ większość tych roślin ma wielkie kolce, wydawało mi się, że noc spędzimy na wycinaniu ścieżki w tym gąszczu. (hihihi) Ale Pan i Władca przedarł się do szopy, odnalazł sekator i dzielnie rzucił się na kolce, gałęzie i zieleń i utworzył drogę dla swoich wiernych sług – Sancho-Pansy (ja) i osiołka (Quattro). Mimo licznych ran, zadrapań i podartej trochę odzieży, osiągnął wyznaczony cel i po dwudziestu minutach mogliśmy przenieść bagaże pod nasz dach ulubiony:

Free way!

To na końcu, to leżak, który oddziela Q od reszty świata, który to świat czuje się bezpieczniejszy, kiedy jest obszczekiwany zza takiej przeszkody. Zbliżała się 23-cia. Byliśmy wykończeni.

Różowo w Krainie Deszczowców

Pamiętacie tę japońską wiśnię, która obsypana kwieciem była ozdobą przedniej części naszego domu? Była przez niecałe dwa tygodne, a potem kwiecie się obsypało… Pięknie się obsypywało, tańcząc w podmuszkach wiaterku i okrywając brzydkie, zalane deszczem płyty chodnikowe najpierw nieśmiałą, różową warstwą:

Potem grubą warstwą:

Aż w końcu wszystko to wyschło, zbrązowiało i zrobiło się paskudne, tym bardziej, że Pan Pies przynosił do domu na łapach i podwoziu tysiące płatków dziennie. Problem ten nie dotyczył kwiatów starej jabłoni, które pachniały jak raj o poranku, „zagłuszając” nieraz bardzo intensywny zapach „prawdziwej wsi”.

Z tyłu ogrodu, schowana za nie-wiem-jakim-drzewem rośnie pigwa, która również jest drzewem. Pigwa jest pospolita, a przynajmniej tak się nazywa, ale moim zdaniem wcale pospolita nie jest, bo mój ogród w Krainie D. był pierwszym miejscem, w którym ją zobaczyłam i nie miałam pojęcia co to za gatunek. Dopiero kiedy jesienią zobaczyłam owoce, domyśliłam się co to za ziółko. Ma przepiękne owoce, które dopiero po dłuuuugim gotowaniu nadają się do jedzenia, a ich smak jest jedyny w swoim rodzaju:

Poza tym okazało się, że kiedy obetnie się wiele, wiele krzaków róż (brrr), to wyłoni się wiele cudnych, kwitnących i nie kolczastych krzewów, które dotąd tłumione przez okupanta, odżywają jak więźniowie, których wreszcie wypuszczono na słońce. Są to głównie rododendrony, które kwitną obficie, a ich wielkie kwiaty mają kolory, o których mi się nie śniło. A inne rododendrony, które były za duże, by okrył je różany mrok oświetlają w pogodne dni moją ciemną, ponurą kuchnię, do której nigdy nie zaglada słońce:

Śnieżny Pan Pies i zajączek

8 stycznia 2019

Taaaak, sypie i sypie, jakby miało sypać do wiosny. Pan Pies po porannym spacerze wyglądał jak kula śnieżna z czarnym ogonem i wielkim, czarnym nosem. A ja się czuję, jakby święta i te wszystkie imprezy wypompowały ze mnie wszelki entuzjazm i siły życiowe. Zbieram się powoli, za bardzo powoli i oglądam różne hotele przy plaży w ciepłych krajach, choć wiem, że i tak nigdzie nie pojadę, bo brakuje czasu i pieniędzy, a za chwilę będzie za gorąco na ciepłe kraje i tylko Kraina Deszczowców nam zostanie. Ale dwa dni temu mieliśmy gościa przy płocie i znowu przestałam myśleć o bzdurach:

Hare came

No i mamy dziś piątą rocznicę przybycia Pana Psa do nas i umownie są to też jego urodziny, bo przecież ten, kto go porzucił gdzieś w lesie nie zostawił informacji na temat jego rodowodu, imienia, nazwiska, czy ulubionego jedzenia. Przywieźliśmy Pana Psa z czernyszowej fundacji, zabiedzonego i chudziutkiego, ostrzyżonego prawie do gołej skóry (miał sierść tak splataną i brudną, że trzeba go było ogolić), zmarzniętego i pewnie wystraszonego, choć nigdy nie dał po sobie poznać, że się boi. Wsiadł wieczorem, w ciemnościach do samochodu z dwojgiem ludzi, których nigdy w życiu nie widział, przytulił wielki łeb do nóg nowego pana i chyba przestał oddychać. W nowym domu czekało na niego posłanie i nowe miski i jedzenie i ciepło i tysiące przytulasów, a on tak strasznie starał się nas zadowolić, przewidzieć nasz reakcje na to, co zrobi, żeby tylko nie podpaść lub nas nie rozgniewać. Nigdy nas nie rozgniewał, nigdy nie mieliśmy powodu, żeby się na niego złościć, no może raz, kiedy dziabnął kłem jakiegoś faceta, który się pałętał po polach, nigdy nie zrobił niczego, co by nam się nie podobało, no może oprócz puszczania straszliwych bąków. Tak wyglądał pięć lat temu, kiedy już odważył się wyjść do ogrodu:

Quattro January 2014

Ważył wtedy 42 kilogramy. Teraz waży tyle, ile powinien – 57. Powinien dostać jakiś torck umownie-urodzinowy, ale musimy dbać o jego wagę, żeby jego cudne serce wytrzymało jak najdłużej. Idę przytulać :-)))

Magia…

20 grudnia 2018

Zgadzam się ze wszystkimi, którzy twierdzą, że święta nie mają już tej magii co kiedyś. Powody są różne, ale i tak wszystko sprowadza się do stwierdzenia, że to nie to co kiedyś. Wiem , mam takie samo odczucie już od wielu lat i nie przychodzi mi do głowy żadne wyjaśnienie, jak tylko takie, że taki mamy klimat. Cokolwiek to znaczy.

Ale trochę magii możemy jeszcze gdzieś uszczknąć, podkraść, podpatrzeć, wyśnić… Ja znajduję magię w tym:

Thomas Kinkade
Thomas Kinkade
Thomas Kinkade
Thomas Kinkade

Domki dla ptaszków

30 listopada 2017

Obudziłam się dziś rano i zobaczyłam… białość. O tej porze roku zwycięża zwykle szarość i czerń, a tu proszę – winter wonderland.

Winter wonderland - Quattro the dog

Nawet pies był zdziwiony, że takie cos spadło i można się w tym znowu tarzać. Nadszedł też czas dokarmiania ptaków, a ja podła o tym zapomniałam! Zapomniałam zupełnie, a teraz jest za późno, bo nie znajdę karmnika w ciemnościach. Jutro, obiecuję. I przepraszam ptaszki moje ogrodowe: sikory, sroki i kopciuszki, sójki i gołebie. Są tu jeszcze bażanty i wielkie takie drapieżne (pewnie pterodaktyle), ale one się raczej nie stołują w małym domku na gałęzi sosny.

Mam też inne domki dla ptaszków, ale te są już naprawdę  m a l u t k i e. Zmieszczą sie w nich motylki i biedronki, pszczoły i świerszcze. No i kolibry, które nie przytyły za bardzo.

Bird's house decoupage

Nie, no koliber zmieści się bez trudu. Żeby mu sie tylko spodobało.

Bird's house decoupage

Drugi domek jest dla motylków. 

Bird's house decoupage

 Jesienią zasadziłam roślinę, która kwitnie i te kwiaty przyciągają wszystki motyle z całej okolicy, z sąsiednich wosek i pastwisk. Póki co jest ten domek.

Bird's house decoupage

Takie domki będą ślicznie wyglądać wiosną, zawieszone na płocie, albo ustawione na parapecie. Już niedługo! 

Po jednym kwiatku

5 września 2017

Moje ulubione hortensje nie czują się dobrze. Jak co roku było za mało deszczu i za gorąco. Niektóre umarły, niektóre miały po jednym malutkim, składającym się z kilku płatków kwiatuszku w nieokreślonym kolorze.

Decoupage hydrangea box

Takich jak te nie spodziewam się u siebie. Moje biedulki muszą rosnąć w prawie piaszczystym gruncie, w klimacie, który im nie odpowiada. Jasne – powiecie – trzeba dbać, podlewać, pielęgnować, nawozić, a nie czekać aż umrą.

Dbam, podlewam, pielęgnuję, nawożę. Nawet głaszczę i przemawiam czule. Nawet dostały pierzynkę z kory. Ale one nie chcą rosnąć, badylki malutkie. I tak od lat.

Decoupage hydrangea box

Szkatułka jest drewniana, na dole bejcowana na teak, polakierowana. Góra pomalowana na biało farbą akrylową. Niech chociaż takie hortensje u mnie kwitną. 

Decoupage hydrangea box

Lawendowe obrączki i …

29 lipca 2015

Trawnik w moim ogrodzie to pożółkłe badylki wyrastające ze spopielonej ziemi. Hortensje to nieszczęśliwe kupki czerwono-zielonych, skurczonych listków z kilkoma miniaturowymi, suchymi kwiatami. Nagietki więdną jeszcze zanim się rozwiną, a jagody borówki amerykańskiej są wielkości ziaren pieprzu. Aksamitki mają wysokość 2 centymetrów, natomiast nemezje olały wszystko – nawet nie wyrosły. I tak od kilku lat jest co roku. Susza zabija wszystko.

I tylko lawenda, jak co roku ma się dobrze – urosła, zakwitła, wykarmiła chyba z 70 trzmieli i zbliża się do pory żniw. Kochana lawenda i śliczna. I ucieszyłam się, kiedy dostałam zamówienie na obrączki serwetkowe z lawendą. Dwa-naś-cie!!! Dwanaście. I zabrałam się do roboty! 

Lavender napkin rings

Każda jest inna, każda ma spękania i mam nadzieję, że każda będzie się się podobać.

Lavender napkin rings

Jak żołnierzyki w szyku bojowym, prawda 🙂

c.d.n.

Ale bajka!

10 grudnia 2014

Czasem nie mogę uwierzyć, że dane mi jest oglądać takie cuda:

Pretty winter

Każda gałązka, każde źdźbło trawy iskrzyło się w porannym słońcu. Mróz – minus 6,5. Bezwietrznie. Cicho. 

Winter in my backyard
Sunflowers in my backyard

Łodygi słoneczników. Zostawiam wszystkie słoneczniki dla sikorek, które w tym roku znów zaszczyciły ogród. I to w trzech gatunkach!

Winter in my backyard

Igiełki sosny. Nie trzeba ich inaczej ozdabiać na święta.

Winter in my backyard

Złocień wygląda cudnie i latem i zimą. Trawa jest bardziej zielona, niż w lipcu. Bajka