Zegar prosto z Prowansji

20 grudnia 2015

No i nie mogę zapomnieć o jesiennej Prowansji. Siedzi mi w głowie i nie chce wyleźć. I tak mi się kołacze ta lawenda i kamienne domy i dęby przy drogach, zapach ziół i szare skały. Kiedy więc znalazłam stare pudełko na wino (albo inne trunki), takie w powyłamywanymi nogami (w przenośni), to… więc kiedy zobaczyłam to pudło, to od razu wiedziałam co z nim zrobię:

L'horloge Provencial clock

Kolory na zdjęciu są prztłumione, zapewne przez brak światła. 

L'horloge Provencial clock
L'horloge Provencial clock

Krzywe zdjęcie nie pokazuje niestety nieba, które namalowałam kunsztownie i własnoręcznie w dodatku…  Ale mam znów mój kawałek raju, choćby był wymyślony

Księżyc i słoneczniki

10 sierpnia 2014

Ale była pełnia! Śliczna, wyrazista, nastrojowa i czarodziejska. Rzadko wychodzę po zmroku z domu, bo na odludziu straszno i niepotrzebnie oglądałam „Walking dead”, ale xsiężyc wywabił mnie na taras. Komary mnie pogryzły, ale siedzieliśmy z Quattro i gapilliśmy się na niebo, jak jakieś surykatki.

Moon 2014

Słoneczniki w taką noc były lekko zdezorientowane, nie wiedząc gdzie mają patrzeć. Martwiłam się o nie, mając nadzieję, że nie wpadną w depresję, ale w dzień było już wszystko poukładane, jak natura chciała.

Sunflowers

Przy okazji słonecznikowy zegar i słonecznikowa zawieszka, którą zrobiłam jakiś czas temu dla Pani D. Koniecznie miało być coś na złoto… Trudno, troszkę „na złoto” wcisnęłam. Najważniejsze, że Pani D. się podobało, a jeśli nie, to udawała z wdziękiem.

Sunflower clock

I jeszcze przaśna zawieszka do kompletu, choć nie była zamówiona, ale te słoneczniki takie śliczne były…

Sunflower plate

Zegar mój niebieski…

15 lipca 2014

Kilkanaście lat temu trafiła mi się decha w czerwone, wielkie kwiaty. Dechę od Rosjan nabyła drogą kupna Babcia, która kupowała wtedy prawie wszystko, co jej wpadło w kochane ręce, bo był to czas kiedy na skutek przemian ustrojowych na bazarach zaczęły się pojawiać towary, których przez co najmniej 30 lat nie było. Dechy akurat były, więc nie wiem co natchnęło Babcię do zakupu, bo decha była paskudna z racji wzoru. W każdym razie jak większość rzeczy, które wówczas Babcia nabyła, paskudztwo trafiło do mnie, stało gdzieś w kuchni i udawało, że jest przydatne. Potem zniknęło mi z oczu w sposób naturalny, bo się wyprowadziłam, ale los czuwał – moja progenitura postanowiła pozbyć się wszystkiego, co uznała za niepotrzebne, a ja nie mogłam już znieść brzydoty tego przedmiotu. I pewnego dnia zeskrobałam stary lakier, pomalowałam po swojemu, zrobiłam spękania i … takie wyszło:

Blue roses clock decoupage

Inny fragment:

Blue roses clock decoupage - detail

A tak wygląda w całości, gotów do pełnienia zegarowej służby:

Blue roses clock - decoupage

Słodki obrazek i wredny Pan Pies

19 czerwca 2014

Miało być słodko i letnio i kolorowo i ładnie i spokojnie i żeby można było popatrzeć i pomarzyć. A, i nie jaskrawo. Właściwie tak jest … Nawet napisy mi wyszły własnoręcznie jako tako, bez kalek żadnych (kalek od kalkowania oczywiście), tylko tak rękotwórczo. I jeszcze jeden z moich ulubionych motywów i to podwójnie. 

L'horloge de Provence, zegar prowansalski

Lubię robić zegary, bo nawet jeśli nie wszystko jest idealnie, to zawsze ładne wskazówki ukryją mankamenty. A kiedy robi się takie z tarczą, czyli cyferblatem, to można ukryć jeszcze więcej. Nawet cały zegar… 

PS. Wczoraj Pan Pies ugryzł faceta w łydkę. Facet (nieznany) plątał się po polach z jakimś kijem. Pan Pies zwykle spokojny i totalnie ignorujący ludzi popatrzył na faceta, podszedł bliżej i dziabnął bez ostrzeżenia. Dziabnął ostrzegawczo, lekko, nie przecinając skóry, ale facet spanikował i ja też. Woziłam go przez pół dnia po przychodniach, łącznie z jakąś poradnią d/s ukąszeń czy ugryzień, gdzie nas zupełnie olali (po kiego jest taka poradnia, skoro nie przyjmują tam ugryzionych), choć faktem jest, że ślad po ugryzieniu był raczej symboliczny, pewnie będzie kilka siniaków w miejscu, gdzie Pan Pies przyłożył lewą stronę swojego uzębienia, a facet krzyczał, że ma poszarpane mięśnie. O Matko… W każdym razie Pan Pies był już na pierwszej obserwacji, zostały jeszcze trzy… W każdym razie cyrk jest znakomity, ja na pograniczu załamania nerwowego, facet nie wiem, ale mam nadzieję, że nie kombinuje jak tu dostać odszkodowanie za straty moralne, a Pan Pies ma to wszystko w dupie.

Bluszczowy zegar

15 stycznia 2014

Pan Pies śpi, więc mam chwilę czasu i mogę pokazać moje, jeszcze zeszłoroczne osiągnięcia, znaczy krwawicę moją, czas ukradziony innym, ciekawszym zajęciom, które mogłabym wykonywać. Np. piłowanie pazurków, gry na kompie, leżenie na kanapie pod kocykiem… takie tam.

Ale do rzeczy. Zegar jest wielki i ciężki, ma średnicę 34 cm. Łatwo było go zrobić, naprawdę.

Surowy, drewniany krąg z dziurką na środku, pomalowany następnie niezbyt starannie czarną farbą akrylową, trochę rozcieńczoną:

Ivy clock - beginning

Potem pokryłam to wszystko 1-składnikowym preparatem do spękań (nabyty drogą kupna w supermarkecie w opakowaniu 1-litrowym i pewnie zużyję go za 35 lat, ale wychodzi tylko ok. 70 pln,- za litr). No i po wyschnięciu na to wszystko biała farba i jak zwykle nie wyszło tak jak trzeba, ale nie powiem wam gdzie nie wyszło. A potem wystarczy nakleić tarczę i to właściwie prawie koniec:

Ivy clock - stage one

A, w międzyczasie dodałam tę białą różę, bo jakoś mi tak pusto było na środku:

Ivy clock - stage two

Wycięłam wielki i trudny do wycięcia motyw bluszczu:

Ivy clock - stage 3

Nakleiłam:

Ivy clock - stage 4

Pomalowałam bezbarwnym lakierem trzy razy i ponieważ miał o być zegar, a nie wielka taca, dodałam jeszcze wskazówki:

Ivy clock - finale grande

Stoi teraz w kącie na podłodze, bo gwóźdź go nie utrzyma na ścianie, a żeby zrobić w ścianie dziurę na kołek wiertarką potrzebuję darmowej siły roboczej w postaci Zbiga. A on jest oporny na sugestie.

Wiatr i inne motywy przewodnie

Niektórzy ludzie cierpią na bezsenność i nerwowość, kiedy zbliża się pełnia, a w czasie pełni czują, że powinni być zupełnie gdzie indziej i robić zupełnie co innego. Inni zdychają, bo spada ciśnienie, albo zdychają, bo ciśnienie gwałtownie rośnie. Ja natomiast… Ale po kolei.

Najpierw zaczynają szeptać korony drzew, szemrząco, szeleszcząco, jakby przekazywały sobie wiadomość. W brzozowo-dębowym lesie brzmi jak odgłos letniego deszczu. Potem zaczynają rozmowę krzewy, a po chwili zaniepokojone trawy zaczynają się naradzać, pochylając ku sobie wiechowate głowy. Ale już za późno na ucieczkę. Nadlatuje wściekły, roztrąca korony drzew, ogałacając je z liści, spada na przerażone trawy, kładąc je pokotem na ziemi. Wiatr.  

Łażę z kąta w kąt, nie znajdując celu i czuję się jak wszystkie siostry Bronte na wrzosowiskach. Zza szaf wyłażą upiory przeszłości, a w lustrze widzę skłębioną, czarną przyszłość pełną potworów. Wzruszam się oglądając serwisy informacyjne, popłakuję przy sitcomach i wcale nie mogę słuchać Led Zeppelin.

No co? Wieje już czwarty dzień, jak ma mi nie odbijać? Moja inspiracja, mój optymizm, moja kreatywność, lekkość bytu poszły sobie, a ja zostałam z robieniem zupy na obiad. Z torebki.

Ponieważ teraz nie robię nic, co mogłabym pokazać, więc popatrzcie (na własną odpowiedzialność!) na jesienny zegar, który zrobiłam straaaaasznie dawno temu. Jesienny. Od czegoś trzeba było zacząć. Dawno. Wybaczcie. Tak.

Forrest clock, one of my first works

A miałam pisać tylko o domu w którym mieszkam.