Sierpień w Krainie Deszczowców 2

Czwarty tydzień okazał się cudem natury. Słońce świeciło od rana do wieczora, przez brudne szyby wpadało mnóstwo światła i wykurzało z domu zapach pleśni i mokrych kudełków Pana Psa. Pleśn odkryłam przypadkiem w starym kredensie, szczelnie zamkniętym w dolnej części, bo pustym i zaimpregnowanym jakimś przedwojennym olejem. Pleśń była biała i mięciutka i zmusiła nas do podróży do sklepu z produktami niszczącymi pleśń. Kredens, służący w swej górnej części za bibliotekę został uratowany.

Domek już bez drzewa – było po lewej stronie, teraz wygląda jak duży krzew

Pogoda skłoniła nas do wystawienia nosa dalej – pojechaliśmy nad morze, chyba pierwszy raz od dwóch lat. Morze niedaleko nas objawia się niewielką plażą, zimnym wiatrem wiejącym zawsze, ogromną przestrzenią pokrytą trawą i dziesiątkami statków wpływających i wypływających przez ujście Elby (Łaby), zmierzających do i z Hamburga. Wyglądają jak małe miasteczka z wysokimi domami. Niestety, na razie nie mogę pokazać, bo telefon nie chce oddać zdjęć. W każdym razie nad morzem wiało straszliwie, kiedy siedziałam na ławce na szczycie wału przeciwpowodziowego, a Pan i Władca spacerował energicznie wśród tłumów nad wodą.

Window

Piąty tydzień był rozpaczliwą próbą pogodzenia się z losem i pozostawienia mojego domku do następnego pobytu. Dopiero skończyłam zmiatanie pajęczyn, dopiero przycięłam bluszcz włażący do okien i udobruchałam dziko rosnącą lawendę, a już trzeba wracać… W ostatni dzień przed wyjazdem zjawił się długo oczekiwany pan Drwal, który zgodził się niedrogo ściąć stare drzewo chylące się niebezpiecznie na stronę sąsiada. Ściął je na wysokości dwóch metrów, zostawiając pień opleciony szalonymi pnączami. Drzewo okazało się być jakąś prehistoryczną hybrydą dającą jabłka o smaku gruszki i wszyscy żałowali, że już go nie ma, ale co by było, gdyby przewróciło się na pana Wulfa?

Powyżej: fragment domku dla ptaków, który był na ściętym drzewie i został omalże pożarty przez pnącza.

Czwartego września wyruszyliśmy na wschód…

Pod Spodem:

zainteresowanych informuję, że na moim drugim, podróżniczym blogu są nowe wpisy, nareszcie 🙂

http://www.distantcruise.video.blog

Nie ma go…

Wstaję rano i nie słyszę uderzeń ogona o posłanie… nie ma go, nie leży u siebie, czekając na poranne witanie i głaskanie i czochranie. Michy stoją puste, zawsze kiedy spojrzę, myślę, że trzeba nalać zimnej wody, ale zaraz przypominam sobie, że go nie ma… Nie skrada się już cichutko, jak wtedy, kiedy wracał ze spaceru, a mnie nie było tam, gdzie zwykle byłam, a on powolutku przechodził z jednego pomieszczenia do kolejnego, aż w końcu znajdował mnie w pralni, albo na tarasie. Kiedy wracam do domu ze sklepu, nie biegnie, żeby przywitać mnie już w garażu i przy okazji przekonać się, co przywiozłam. Nie ma go, kiedy jemy, a zawsze leżał niedaleko stołu, żebyśmy czasem nie zapomnieli dać mu smakołyków. Przestał się wreszcie martwić o nas i pilnować na każdym kroku, żeby nie stała nam się krzywda, jak dobry, czarny duch naszego domu.

Wszyscy go uwielbiali. Znali go wszyscy w okolicy, pozwalał się głaskać każdemu i był z siebie bardzo zadowolony, kiedy przytulał się do naszych ud i mówił nam: „zobacz jaki jestem grzeczny”. Nigdy nie zrobił niczego złego, był najgrzeczniejszym i najbardziej zrównoważonym psem na świecie. Pamiętam, kiedy po moim wypadku, kiedy siedziałam na zmarzniętej ziemi, wyjąc z bólu, on spokojnie położył się tuż obok mnie i pilnował, żeby już nie stała mi się żadna krzywda.

Rozumiał setki słów. Zawsze słuchał uważnie tego co do niego mówiłam, starając się wychwycić znane słowa. Czasem gadał z nami, protestując przeciwko zbyt małej ilości pieszczot, albo kiedy dostawał całuski w nos, a nie cierpiał tego bardzo… A teraz go nie ma i tak strasznie brakuje jego wielkiej głowy do przytulania… Zawsze starał się być wobec nas w porządku, wiedział, że i my jesteśmy w porządku wobez niego. Wielki, cierpliwy i dobry dzieciak.

Jeśli nasza miłość mogłaby cię ocalić, to powinieneś żyć wiecznie. Zawsze będziemy cię kochać.

Ócz mych błękity

„Tonąc w srebrzystym ócz twoich błękicie,
Pod stopy twoje rzuciłbym me życie,
A razem żądzę uczuwam szaloną
Zabić cię jednym oczu moich błyskiem,
Bo wolałbym cię śmierci poślubioną
Widzieć, niż z innym splecioną uściskiem…” K. Przerwa – Tetmajer

Nie, nie, nie, żadnych uścisków, żadnego rzucania pod stopy i żadnych żądz. Tak mi się ten wierszyk przypomniał a propos… Jutro o szóstej rano wyjeżdżam na potencjalną operację oka, która potencjalnie ma mi przywrócić poprawne widzenie. „Przywrócić” to nie jest właściwe określenie, skoro właściwie od pół wieku tego poprawnego widzenia nie posiadam.

Jeśli sie zakwalifikuję, to wszczepią mi odpowiednią soczewkę i będę mogła… widzieć lepiej? Nie będę potrzebować okularów? Czytać dłużej niż 20 minut? Jeszcze nie wiem. Jeśli się nie zakwalifikuję, to zobaczę Ostravę i tyle.

Dam znać. A oczy mam piwne, cokolwiek to znaczy, choć wolałabym, żeby były koniakowe, albo chociaż burbonowe.

Za każdą radość trzeba zapłacić

Pan i Władca pojechał dziś do dentysty, długo nie wracał, zadzwoniłam… Powiedział, że jest w karetce i nie może rozmawiać, bo jedzie do szpitala.

Wiem tylko, że zatrzymał się przed pasami, żeby kogoś przepuścić i wtedy wjechał w niego rozpędzony samochód, przepchnął go przez pasy i …

… i teraz jedzie na prześwietlenie, bo nie może oddychać.

Życie, żeby ty dupę miało…

UPDATE:

Wraca do domu, mówi, że nie jest tak źle, ale nie wiem, czy wie, że jutro dopiero zaczną go boleć mięśnie i nie będzie mógł ruszyć głową, chyba że zdejmie ją sobie z szyi. Ufff… Tylko samochód nieźle ucierpiał, ale jak napisała Magdissima, „się wyklepie”

Dziękuję, jesteście niesamowite. Miałam rację: najważniejsze są teraz moje blogowe przyjaźnie. Luv ya all!

Święto Świateł

Mam wrażenie, sądząc po treści różnych krajowych informacji, że na świecie są tylko polskie święta wraz z entourage, demonstracje, ***** *** i sam PiS i kwarantanna narodowa, biedne gwiazdy ekranu, które nie mają za co przeżyć grudnia i widoki pustych wyciągów narciarskich. Czasem usłyszę coś o chorym Prezydencie Francji i nowym Prezydencie USA, ale to też za sprawą złożenia życzeń przez „naszego” prezydentusia. A przecież na świecie dzieją się rzeczy okropne i straszliwe, ale też piękne i ciekawe. Zresztą, znacie, to posłuchajcie:

Dzisiaj jest ostatni dzień żydowskiego Święta Świateł, czyli Chanuka. Żydowskie święta dzieją się na radosne i smutne, przy czym ogromna większość to święta smutne, więc Święto Świateł חנוכה jest jednym z niewielu wyjątków. Chanuka jest świętem corocznym i upamiętnia poświęcenie Świątyni Jerozolimskiej po tym, kiedy wstrętny Grek Antioch (czwarty zresztą), chcąc zmusić Żydów do porzucenia ich religii ową Świątynię złupił i zamienił na przybytek Zeusa. Potem było powstanie Machabeuszy, które doprowadziło do odzyskania Świątyni i ośmiodniowego festynu radości. Dlaczego ośmiodniowego? Ponieważ w zrujnowanej Świątyni znaleziono tylko jeden dzban oliwy, który normalnie wystarczał na jeden dzień palenia rytualnego światła, ale tym razem światełko paliło się przez dni osiem! Taki mały cud.

Chanuka, jak wiele judajskich świąt jest świętem ruchomym. W tym roku przypada między więczorem 10 grudnia, a dzisiejszym wieczorem. Światełka zapala się w specjalnym chanukowym dziewięcioramiennym świeczniku, zwanym chanukia. Pierwszego wieczoru – jedno światełko, drugiego – dwa, później po jednym, aż do ósmego dnia. Trzeba je zapalać od lewej do prawej strony, i stawiać na zewnątrz, albo chociaż na oknie. W czasie palenia światełek (co najmniej półtorej godziny dziennie) odmawia się modlitwę, a kobiety (uwaga!) powinny się powstrzymać od pracy.

Chanukia

Wśród żydów aszkenazyjskich (bo jak wiecie naród Żydowski dzieli sie na Aszkenazyjczyków i Safardyjczyków), zwłaszcza tych żyjących w Ameryce jest zwyczaj obdarowywania się prezentami każdego wieczoru Chanuki. Pomyślcie, ile prezentów trzeba kupić, żeby obdarować członków choćby niewielkiej rodziny! Ale też ile prezentów się dostaje – te wszystkie nikomu niepotrzebne drobiazgi, warte często mniej niż jednego dolara! Wiem, bo uczestniczyłam. W Izraelu nie ma tej tradycji, jedynie dzieci dostają więcej słodyczy.

Jak każde święto, również to ma swoje tradycyjne potrawy. Najbardziej popularne są placki ziemniaczane z cebulą, podawane z kwaśną śmietaną, zwane latkes. Smaży się rodzj pączków nadziewanych dżemem owocowym (sufganiyot).

Służę przepisami.

PS. Nie jestem ekspertem w sprawach Żydów i ich zwyczajów, ale przez wiele lat mieszkałam wśród Żydów (w tym Chasydów), miałam wśród nich wielu znajomych i przyjaciół (nie wśród Chasydów, tylko wśród tych normalnych). od dawna interesuję się ich historią i zwyczajami i jestem jedyną znaną mi osobą, która wie mnóstwo na ten temat i dlatego pozwoliłam sobie zamieścić ten post. Lechajim! לְחַיִים!

Nie czas umierać – No time to die

To powyżej to mój tort urodzinowy in spe (hihihi), czyli Aston Martin DBS59. Nie czas umierać – to moje hasło urodzinowe. Bo mam dziś urodziny, niestety. Wiem, że mi dobrze życzycie i dziękuję bardzo za waszą życzliwość, sympatię, wsparcie, dobre słowa, poczucie humoru, uwagę, serdeczność i za wiele innych rzeczy.

Wasza Ewa

Pod Spodem: korelacja z niejakim Bondem, Jamesem Bondem zamierzona.

Gierka jak za Gierka?

Właściwie bez komentarza. Mogę tylko podejrzewać, że nie mówią nam wszystkiego. I jak zwykle nie wiemy co naprawdę się dzieje i na świecie i u nas. Epidemia się dzieje, nic więcej. Nie wiemy, czy bociany przyleciały, czy ewakuować się na Madagaskar, czy na całym świecie ludzie tacy jak my są uwięzieni w domach, czy gdzieś urodziły sie pandy albo orangutany. Właśnie takie rzeczy chciałabym wiedzieć, a nie wiecznie gówniany wirus na przemian z wyborami… Nawet nie wiem, czy umiem zrobić piernik. Stary.

Blada niebieska kropka

Z okazji Dnia Ziemi:

„Spójrz jeszcze raz na tę kropkę. To tutaj. To jest dom. To my. Na niej wszyscy, których kochasz, wszyscy, których znasz, wszyscy, o których kiedykolwiek słyszałeś, każdy człowiek, który żył, żył właśnie tutaj. Suma naszej radości i cierpienia, tysiące pewnych swych racji religii, ideologii i doktryn ekonomicznych, każdy łowca i każdy zbieracz, każdy bohater i tchórz, każdy twórca i niszczyciel cywilizacji, każdy król i wieśniak, każda zakochana młoda para, każda matka i ojciec, pełne nadziei dziecko, wynalazca i odkrywca, każdy nauczyciel moralności, każdy skorumpowany polityk, każda „supergwiazda”, każdy „najwyższy przywódca”, każdy świety i grzesznik w historii naszego gatunku żył tam – na odrobinie pyłu zawieszonego na promieniu słońca

Blada niebieska kropka – Ziemia widziana z sondy Voyager z odległości 6,4 miliarda kilometrów. Zdjęcie opublikowane 14 lutego 1990 roku

Ziemia jest maleńką sceną na ogromnej kosmicznej arenie. Pomyślcie o rzekach krwi przelanych przez wszystkich generałów i cesarzy, którzy w chwale i triumfie mogli przez moment stać się panami ułamka kropki. Pomyśl o niekończących się okrucieństwach wyrządzanych przez mieszkańców jednego rogu tego piksela ledwie rozpoznawalnym mieszkańcom innego kąta, jak częste są ich nieporozumienia, jak chętnie się zabijają, jak żarliwie się nienawidzą.

Nasze postawy, nasze wyobrażenie o własnej ważności, złudzenie, że mamy jakąś uprzywilejowaną pozycję we Wszechświecie jest kwestionowane przez ten punkt bladego światła. Nasza planeta jest samotnym pyłkiem w wielkiej, kosmicznej ciemności. W naszym mroku, w całej tej przestrzeni nie ma żadnej wskazówki, że pomoc przyjdzie skądkolwiek, żeby nas ocalić od siebie samych.

Ziemia to jedyny znany nam dotąd świat, w którym kryje się życie. Nie ma żadnego „gdzie indziej”, przynajmniej w najbliższej przyszłości, gdzie nasz gatunek mógłby migrować. Wizyta, tak. Osiedlenie się, jeszcze nie. Podoba nam się, czy nie, teraz Ziemia jest naszym miejscem.

Być może nie ma lepszej demonstracji głupoty i ludzkiej pychy niż ten odległy obraz naszego maleńkiego świata. Dla mnie podkreśla to naszą odpowiedzialność za łagodniejsze postępowanie ze sobą oraz zachowanie i pielęgnowanie jasnoniebieskiej kropki, jedynego domu, jaki kiedykolwiek znaliśmy. ”

 Carl Sagan, Pale Blue Dot: A Vision of the Human Future in Space.

Tłumaczenie: moje.