Gierka jak za Gierka?

Właściwie bez komentarza. Mogę tylko podejrzewać, że nie mówią nam wszystkiego. I jak zwykle nie wiemy co naprawdę się dzieje i na świecie i u nas. Epidemia się dzieje, nic więcej. Nie wiemy, czy bociany przyleciały, czy ewakuować się na Madagaskar, czy na całym świecie ludzie tacy jak my są uwięzieni w domach, czy gdzieś urodziły sie pandy albo orangutany. Właśnie takie rzeczy chciałabym wiedzieć, a nie wiecznie gówniany wirus na przemian z wyborami… Nawet nie wiem, czy umiem zrobić piernik. Stary.

Blada niebieska kropka

Z okazji Dnia Ziemi:

„Spójrz jeszcze raz na tę kropkę. To tutaj. To jest dom. To my. Na niej wszyscy, których kochasz, wszyscy, których znasz, wszyscy, o których kiedykolwiek słyszałeś, każdy człowiek, który żył, żył właśnie tutaj. Suma naszej radości i cierpienia, tysiące pewnych swych racji religii, ideologii i doktryn ekonomicznych, każdy łowca i każdy zbieracz, każdy bohater i tchórz, każdy twórca i niszczyciel cywilizacji, każdy król i wieśniak, każda zakochana młoda para, każda matka i ojciec, pełne nadziei dziecko, wynalazca i odkrywca, każdy nauczyciel moralności, każdy skorumpowany polityk, każda „supergwiazda”, każdy „najwyższy przywódca”, każdy świety i grzesznik w historii naszego gatunku żył tam – na odrobinie pyłu zawieszonego na promieniu słońca

Blada niebieska kropka – Ziemia widziana z sondy Voyager z odległości 6,4 miliarda kilometrów. Zdjęcie opublikowane 14 lutego 1990 roku

Ziemia jest maleńką sceną na ogromnej kosmicznej arenie. Pomyślcie o rzekach krwi przelanych przez wszystkich generałów i cesarzy, którzy w chwale i triumfie mogli przez moment stać się panami ułamka kropki. Pomyśl o niekończących się okrucieństwach wyrządzanych przez mieszkańców jednego rogu tego piksela ledwie rozpoznawalnym mieszkańcom innego kąta, jak częste są ich nieporozumienia, jak chętnie się zabijają, jak żarliwie się nienawidzą.

Nasze postawy, nasze wyobrażenie o własnej ważności, złudzenie, że mamy jakąś uprzywilejowaną pozycję we Wszechświecie jest kwestionowane przez ten punkt bladego światła. Nasza planeta jest samotnym pyłkiem w wielkiej, kosmicznej ciemności. W naszym mroku, w całej tej przestrzeni nie ma żadnej wskazówki, że pomoc przyjdzie skądkolwiek, żeby nas ocalić od siebie samych.

Ziemia to jedyny znany nam dotąd świat, w którym kryje się życie. Nie ma żadnego „gdzie indziej”, przynajmniej w najbliższej przyszłości, gdzie nasz gatunek mógłby migrować. Wizyta, tak. Osiedlenie się, jeszcze nie. Podoba nam się, czy nie, teraz Ziemia jest naszym miejscem.

Być może nie ma lepszej demonstracji głupoty i ludzkiej pychy niż ten odległy obraz naszego maleńkiego świata. Dla mnie podkreśla to naszą odpowiedzialność za łagodniejsze postępowanie ze sobą oraz zachowanie i pielęgnowanie jasnoniebieskiej kropki, jedynego domu, jaki kiedykolwiek znaliśmy. ”

 Carl Sagan, Pale Blue Dot: A Vision of the Human Future in Space.

Tłumaczenie: moje.

Historia pewnej butelczyny

Dostałam ją w prezencie chyba około 1995 roku. Ponieważ jej zawartość była przedniej jakości, postanowiłam to uszanować i nie wychlewać od razu. Została złożona w chłodnym miejscu, przepisowo z zanurzonym korkiem, w najciemniejszym kącie i… zapomniana. Wiele się działo przez następnych kilka lat, łącznie z moją kolejną emigracją, tym razem do UK, więc kiedy ją (butelkę) „odnalazłam” miała już ponad piętnaście lat. Wtedy postanowiłam, że zostawię ją na Bardzo Wspaniałą Okazję, taką jedyną na świecie, taką że ach, taką najbardziej niezapomnianą.

Nawet nie wiem, czy w ciągu kolejnych lat było takie wydarzenie, które byłoby odpowiednie do otwarcia butelki. Żadne nie wydawało się godne, tym bardziej, że wina które kupowaliśmy też były wspaniałe. Butelka leżała i obrastała cieniutką warstwą kurzu.

Aż przyszedł dzień, kiedy zachorowałam i zostałam na zawsze pozbawiona możliwości korzystania z tego, co jest w życiu jedną z najfajniejszych rzeczy – delektowania się winem.

Nie użalam się nad sobą. To pewnie kara za jakieś grzechy, nie wnikam. Ale gdybym choć przeczuwała jaki los mnie spotka, to wychlałabym to wino i następne i jeszcze kolejne z tych, które mamy w kolekcji, nie czekałabym na specjalną okazję, tylko wykorzystałabym te wspaniałości do ostatniej kropli.

Nie czekajcie na specjalne okazje. Pijcie teraz. Jedzcie teraz. Włóczcie się po świecie teraz. Bądżcie dla siebie dobrzy teraz. Żyjcie teraz. Pozdrawiam znad szklaneczki wody.

Remament*

*wiem, wiem

Nie napiszę o wstręciuchu w koronie, bo o niczym innym się nie mówi od wielu tygodni i mam już dość tematu. Poza tym musiałabym zaczepić o miłościwie nam panujących, a zwyczajnie mi się NIE CHCE, bo niewarci są mojej uwagi i czasu. Nie napiszę co zrobić z czasem, który dla wielu osób wydłużył się, ale czas to pojęcie względne, którego nie ogarniam do końca, więc co się będę wymądrzać, poza tym, że to wspaniały czas, żeby posprzątać w szufladach i zakurzonych zakamarkach szaf.

O kilku rzeczach zapomniałam wspomnieć od zeszłego roku, więc co tam, opowiem. Po pierwsze w mojej szafce na przetwory i inne konserwy dokonał się cud: zakupiony w zeszłym roku słoik dżemu z czarnej porzeczki marki „Łowicz” zamienił w cudowny sposób zawartość na kapustę czerwoną, tutaj zwaną modrą. Nie skomentuję, bo musiałabym napisać, że dżemu łowiczowskiego juz nie kupię, bo nie wiadomo, co tam znajdę, ale swoje ręce obejrzałam dokładnie i podejrzliwie.

Cudeńka obserwuję też od czasu do czasu na „schodowej” ścianie. Zachwycają mnie formą i treścią, ale są ulotne i występują warunkowo, trochę jak kot Schrodingera:

Shadows on the wall

Zapomniałam też napisać o jesiennych targach w Krainie Deszczowców. Targi dotyczą wszelkiego typu rękodzieła, od ręcznie malowanych kafelków po ręcznie wyrabianą kiełbasę, a po drodze jest wszystko, czego ludzie potrzebują i czego nie potrzebują, między innymi moje arcydzieła:

My stuff at the fair
My stand at the fair

Jeszcze tylko polecę kilka książek na czas zarazy, o ile ktoś czuje niedosyt:

  1. Dekameron – Giovanni Boccaccio – trochę nudne, ale oddaje klimat kwarantanny i ogólny nastrój czasu epidemii
  2. Dżuma (La Peste) – Albert Camus – nic dodać nic ująć, a doktor Rieux jak najbardziej do naśladowania.
  3. Miłość w czasach zarazy (El amor en los tiempos del cólera) – Gabriel Garcia Marquez – opowieść o późnej miłości, ciepła i wzruszająca. Dla leniwych – film.
  4. Plaga (Plague) – Graham Masterton – wiadomo, Masterton
  5. i mnóstwo innych fantazji. Czytać i cieszyć się, że my mamy lepiej. Pa, pa!

Powrót do domu

Czuję się, jakbym wróciła z wojny. Takiej niedużej, nie że w Zatoce Perskiej, albo secesyjnej. Ważę duuuużo mniej, za to jestem taka blada, że świecę w ciemnościach. Dwa tygodnie w szpitalu (z pierwszego nie pamietam prawie nic, oprócz bólu, straszliwego głodu i beznadziei). Choć to trochę potrwa zanim wócę do siebie, to strasznie się cieszę, że znowu jestem z Wami.

Pod Spodem: teraz na pewno zmieszczę się znowu w moją małą-czarną (z lat osiemdziesiątych), a jeansy od Kelvina Kleina będą spadać mi z tyłka 🙂

All you need is… cake

„Wszystko, czego potrzebujesz to miłość” – śpiewali panowie z Liverpool. Zapewne mieli rację, choć jeść przecież trzeba i pić trzeba, pies też jest potrzebny, choć pies to miłość na czterech łapach… Co tam jeszcze jest potrzebne – nowe skarpetki, jakaś chałupa, najlepiej z dala od toksycznych miast, deszcz, jakiś samochód, książki są potrzebne, no i internet koniecznie. Potrzebny jest spokój i podróż od czasu do czasu, cisza jest potrzebna, jakiś przyjazny człowiek, porządek i nieporządek czasami. No i zdrowie jest potrzebne, chyba bardziej niż cała reszta…

Pan Pies jest bardzo potrzebny – Mr. Dog – the most needed in my life

Wszystko byłoby super, gdyby ludziom zależało tylko na okazywaniu sobie miłości choć przez jeden dzień w roku. Ale przecież to obrzydliwy, anglosaski zwyczaj, zapewne kierowany przez szatańskie siły zła różnego pochodzenia. Więc wiadomo – zło trzeba zwalczać w zarodku, zabronić, obrzydzić, zakazać, dotkliwie ukarać. Wiadomo: Arabia Saudyjska, Indonezja, Rosja, część Indii, Malezja, Pakistan… Jak dotąd żadnych niespodzianek. Ale w Japonii powstał ruch ‚Kakuhido’, czyli Revolutionary Alliance of Men that Women Find Unattractive (Rewolucyjne Stowarzyszenie Mężczyzn, których Kobiety Uważają za Nieatrakcyjnych) i protestują przeciwko obchodzeniu Święta Zakochanych, nazywając je „kapitalizmem wykorzystującym uczucia”. Głębokie, prawda?

Give a little mmmmm to me…

W rodzimym grajdołku prawie nikt się nie wtrąca, drobny business dostosował się do wymagań rynku, a większość ludzi uważa, że nie ma nic złego w dawaniu sobie serduszek, tulipanków, pierniczków, pierścionków z brylantem, Astonów Martinów czy innych dowodów miłości. Oczywiście zawsze znajdą się tacy, którym miejscowy klecha wmówił, że to nie chrześcijańskie, a już na pewno nie katolickie święto, a już na pewno, na pewno nie polskie, więc nie obchodzą, bojąc się zapewne, że zapewni im to miejsce w ostatnim kręgu piekielnym, albo chociaż zaoczne wstąpienie do straszliwej sekty… Cóż, im też życzę choć trochę miłości:

Dla wszystkich innych posyłam pełne czerwonych serduszek życzenia i to, co może się okazać kwintesencją życia, choć przez jeden dzień w roku:

Wesołych i słodkich Walentynek!