Na górze

Dziś pierwszy raz w tym roku poszłam po schodach (9 + podest + 9) na piętro mojego domu. Poszłam to może za dużo powiedziane, raczej wlokłam nogi, podpierając się na rękach, sapiąc głośno i jęcząc cicho. Jeszcze nie chodzę, raczej robię próby chodzenia z balkonikiem, a kiedy wczoraj spróbowałam zrobić krok bez podparcia, okazało się, że nie mam mięśni. Mało nie upadłam, ale na szczęście wózek był blisko.

Tak więc weszłam na górę. Marzyłam o tym od dawna, wyobrażałam sobie mój piękny pokój, gdzie leżą moje niedokończone arcydzieła, moje ciuchy, książki z dzieciństwa, naszyjniki, korale i kolczyki, zbiór rodzinnych dokumentów i balowe rękawiczki. Wszystko było na swoim miejscu, nieco zakurzone i zapomniane. Taka wyprawa do zaginionego świata.

Było cudownie. Pooglądałam swoje spódnice, sprawdziłam co właściwie mam w szufladach, wyrzuciłam rachunki z 2010 roku, posiedziałam na kanapie… Potem z pomocą Pana i Władcy zeszłam na dół, gdzie teraz toczy się moje życie, gdzie jest moje paskudne szpitalne łóżko, gdzie mogę swobodnie jeździć na wózku, gotować, robić pranie i odkurzać.

Jasne, że chciałabym gdzieś jechać, coś zobaczyć, albo chociaż móc wyjść z domu i pochodzić po ogrodzie. Ale byłam dziś na wielkiej wyprawie. 9 stopni plus podest plus 9 stopni. Kilimandżaro.

Matura

Od tego wszystko się zaczęło. Od zdania matury. Taka obowiązkowa rzecz, którą trzeba zaliczyć, żeby wejść w dorosłość, cezura pomiędzy zależnością a wolnością, podleganiem i własnymi wyborami. Albo tak mi się wtedy wydawało, bo ilość kiepskich wyborów, jakich dokonałam zajęłaby ze sto stron w mojej biografii, gdyby ktoś ją kiedyś napisał.

Moja pokopana rodzina ma szczytne osiągnięcia na niwie zdawania matur. Jeden dziadek nigdy nie doszedł do tego etapu edukacji, drugi zdawał maturę w trybie eksternistycznym, ponieważ chcąc zarobić, grał na gitarze na seansach w niemym kinie i został za to z prestiżowej szkoły wywalony. Babcie, przygotowywane do życia „przy mężu” matury zdały dopiero po wojnie, za sprawą dobrodziejstw komunistycznego systemu edukacji. Ja swojej matury nie pamiętam, zdawałam ją w jakimś amoku, podsycanym przez szalejącą wiosenną przyrodę, ale dobrze pamiętam zachwyt nad własną mocą i poczucie pustki, kiedy było już po wszystkim.

Potem popełniłam wszystkie możliwe błędy, które przywiodły mnie do „tu i teraz”. I tyle.

Dziesięć tygodni

Ale mnie nie było dłuuuugo. Dłuuuuuuuuuuuuuugo. Aniu, Basiu, Magdo i inni kochani, dziękuję za wsparcie, dziękuję za współodczuwanie, pocieszanie, rozśmieszanie, wypełnianie mi czasu, za gadanie ze mną i wirtualne przytulanie. To był dla mnie okropny czas, okropny, straszny, pełen strachu i bólu, zwątpienia i rozpaczliwego szukania pociechy.

Dwudziestego szóstego grudnia złamała mi się noga. Tak się złamała sama, po prostu, trach i już. Jak słomka ptysiowa. Okazało się, że mam raka i nawet nie mogą mnie poskładać, bo muszą czekać na wynik biopsji. Po kilku tygodniach znów operacja – uff, noga poskładana jakimiś śrubami i płytami metalowymi, nareszcie ból mniejszy, ale druga noga też zagrożona złamaniem, więc o wstawaniu nie ma mowy, a kolejne badania wykazują, że mogę połamać się wszędzie, więc leżę i leżę i się wściekam i płaczę i narzekam i plecy mnie bolą i dupa i wszystko mnie boli od tego leżenia.

Po kilku tygodniach panowie ortopedzi (kocham ich) ustalają diagnozę i zostaję przewieziona z Piekar Śląskich do szpitala w Katowicach. Badania, badania, operacja, guz usunięty, można zdrowieć. I tak sobie zdrowieję do dziś, ciągle jeszcze w łóżku, ciągle jeszcze mam nie wstawać, bo kości jeszcze słabe, ale może to jeszcze tylko cztery tygodnie, może jakoś wytrzymam. Na pewno wytrzymam, bo to jeszcze tylko cztery tygodnie, mam nadzieję, że tylko cztery. Od kilku dni jestem nareszcie w domu. I się wściekam, bo leżę i plecy mnie bolą i dupa, a przecież byłam grzeczną dziewczynką.

Wesołego Dnia Kobiet dla wszystkich. Na marginesie zdarzeń.

Cnoty niewieście

Dziewczyny, jeśli chcecie ugruntować cnoty niewieście, to pamiętajcie:

Jeśli facet mówi, że coś naprawi, to naprawi. Nie trzeba mu o tym przypominać co 6 miesięcy.

*

Dom jest tam, gdzie nie trzeba nosić stanika.

*

Nie przejmuj się tym, co ludzie o tobie myślą. Nie robią tego zbyt często.

*

Zbalansowana dieta, to ciastko w każdej ręce.

*

Jeśli twój facet chce śniadanie do łóżka, to niech śpi w kuchni.

*

Za każdym człowiekiem sukcesu stoi kobieta. Za każdą kobietą sukcesu stoi ona sama.

*

„Miejsce kobiety jest w kuchni…gdzie siedzi wygodnie, popijajac dobre wino I przyglada sie, jak jej wybrany mężczyzna dla niej gotuje” Tessa

*

„Jeżeli wciąż nie poznałaś mężczyzny, u boku którego chciałabyś się zestarzeć, nie przejmuj się. Bez mężczyzny też sie zestarzejesz. Może tylko później” Maria Czubaszek

*

No i najważniejsze:

Jak kochać to księcia, jak je..ć to PIS

Czekam na wasze ugruntowywanie 🙂

For your eyes only*

*tytuł filmu o Jamesie Bondzie „Tylko dla twoich oczu” z 1981 roku, 12 film o agencie 007

Było tak:

6:15 – piątek, 25 czerwca, busik podjeżdża pod dom, pakujemy się do środka (Pan i Władca oraz ja) i o 8:15 jesteśmy pod kliniką w Ostravie.

9:00 – zaczynają się badania za pośrednictwem sześciu różnych urządzeń, w których świecą różnokolorowe światełka, albo widać malutkie domki i balony. Dowiaduję się, że mam astygmatyzm i zaćmę na prawym oku. Pan doktor każe mi następnie czytać literki, z których widzę tylko te do trzeciego rzędu i w dodatku tylko ich obrzeża.

11:20 – wizyta u doktora, który kieruje na operację (lub nie kieruje). Pan i Władca już skierowany, też ma zaćmę i ma dostać soczewkę, która poprawi mu widzenie. Mnie robi dodatkowo usg oka i wzywa innego lekarza, gadają szybko po czesku, zbyt szybko żebym mogła zdozumieć, ale kilka razy słyszę słowo „dziwne”. Potem tłumaczy mi, że zoperują zaćmę i wszczepią najprostszą soczewkę, ponieważ „waśz mózg nie pracuje razem z okiem”. Znaczy mam uszkodzony nerw i nawet najdroższa soczewka niczego nie naprawi.

12:15 – PiW już po operacji, jak cała reszta dostał opatrunek na oko i twierdzi, ze nic nie bolało. Wchodzę na salę operacyjną w specjalnym ubranku, pan doktor, ok. 2 metry wzrostu, z wielką, czarna brodą zapakowaną w siatkę wita się ze mną serdecznie. Układają mnie poziomo na fotelu i na bieżąco informują o wszystkim, co będą robić. Specjalna cerata na oko, polewają obficie znieczuleniem, tną oko, usuwają zaćmę (nieprzyjemne), umieszczają soczewkę, mówią co mogę czuć, poruszają nią na boki, żeby się uleżała prawidłowo (nieprzyjemne), leją krople, widzę niesamowite kolory i wielkie światło, kolory głównie intensywnie niebieski i różowy, zamykają nacięcia (trochę boli), mówią, że to koniec i ze wszystko poszło prawidłowo. Pan Doktor dziękuje mi za operację (???!!!), ja dziękuję jemu, pytam, czy usunęli mi przy okazji zmarszczki, wszyscy się śmieją, pan Doktor informuje mnie, że nie usunęli mi zmarszczek. Pielęgniarka odprowadza mnie do wyjścia i sadza na krzesełku. Minęło niecałe 10 minut.

13:30 – jesteśmy w hotelu w Chałupkach, niecały kilometr od granicy. Wszyscy goście mają zakryte jedno z oczu. Wszystko w porządku, czuję tylko, że mam jakieś badyle pod powieką, które swędzą i drażnią. Rzucam się na wyro i zasypiam.

8:20 – sobota, jesteśmy z powrotem w klinice. Opatrunki zdjęte, oka zakropione. Pan i Władca nie może uwierzyć, że z minus 7,5 dioptrii ma teraz minus 2,5. Ja nie mogę uwierzyć, że wyrażniej widzę kolory i bardzo razi mnie światło, a poza tym jest gorzej niż było, bo widzę dziwnie i niejednakowo, a poza tym oko do połowy wypełnia mi woda (tak czuję). Pan Doktor mówi, że jest super. Do kontroli za dwa tygodnie. Na shledanou i ahoj.

13:20 – już w domu.

I tyle. Wody w oku już nie mam, ale nie widzę dobrze. Akomodacja za bardzo nie działa, czasem widzę mglisto, cały czas chodzę w ciemnych okularach i zakrapiam 5 razy dziennie. Jeszcze tydzień do wyjazdu, zobaczymy. Pan i Władca będzie miał naprawione drugie oko i wtedy zobaczy, jak wygladam naprawdę 😉

Dziękuję wszystkim za życzenia, trzymanie kciuków i i serdeczności. Nawet trochę ślepa was kocham.

Nasz pałac hotel w Chałupkach

Psie i paniowe smutki

Pan Pies zaczął utykać na przednią, wielką łapę, większą niż pozostałe trzy, bo ta na którą utykał, spuchła. Vet (już były) stwierdził, że to zwyrodnienie, bo Q. jest już stary itd. Kulał biedak kilka tygodni, aż znaleźliśmy dobrą duszę, która Pana Psa ostrzygła z kilogramów futra i wtedy mogliśmy łapę zobaczyć w całej łapiej okazałości. I już wiedzieliśmy, że to nie tylko starcze zwyrodnienie…

Mr. Dog before grooming – Pan Pies przed strzyżeniem

Załatwiliśmy niskopodłogowy samochód, do którego jakoś udało się włożyć 55 kilogramów Pana Psa i pojechaliśmy do innej kliniki, gdzie Pani Vet spojrzała na łapę i stwierdziła, że łapa ma raka. Zrobiła psu badania, potwierdziła diagnozę i wczoraj Q. został zoperowany. Na szczęście łapę udało się ocalić, ma tylko amputowany palec. Przy okazji Pani Vet usunęła narośl w wielkiego oka i wielki guzek z wiekiej łopatki.

Mr. Dog day after surgical operation – Pan Pies po operacji

Wczoraj po powrocie do domu spał i spał. Dzisiaj wstał, napił się wody, poszedł sam do ogródka, wrócił szybciutko, przekąsił kanapeczkę z kiełbasą i poszedł znowu spać. I będzie dobrze. Czego i wam życzę.

Symbol

Dla ofiar Holokaustu (około 6 milionów)

Dla Ormian (około 1 milion 800 000)

Dla Ukraińców (12 milionów)

Dla Chińczyków w Nankinie (300 tysięcy)

Dla Aborygenów Australii (niepoliczalna)

Dla Indian obu Ameryk (niepoliczalna)

Dla ofiar Porajmos (500 tys.)

Dla rdzennych mieszkańców Konga (15 milionów)

Dla Czeczenów (400 tys., 24 % populacji)

Dla Polaków (3 miliony naziści + 250 tys. NKWD)

Dla ludów Herero i Namaqua (82 % populacji)

Dla Tutsi (1994) w Rwandzie i Hutu w Burundi (1972) (900 tys Tutsi, 230 tys. Hutu)

Dla Kurdów (200 tys)

Dla Majów z Gwatemali (40 % populacji)

Dla ofiar Czerwonych Khmerów (około 3 miliony)

Dla milionów innych.

A to wszystko tylko w XX wieku.

Kiedyś

Do zabawy musiały nam wystarczyć patyki, piasek, czasem piłka i trzepak. Graliśmy w klasy, w dwa ognie, w podchody i w gumę i łaziliśmy po drzewach jak małpy. Telewizory były tylko w niektórych domach, ale książki były pięknie ilustrowane i wcale nie bardzo drogie. Nie było epidemii, a do zwalczania przeziębień służył sok z malin i gorąca herbata. Do lasu łaziliśmy sami i nikt nas nie pilnował, a do domu wracało się, kiedy już było ciemno. Żarliśmy niemyte owoce i nikt sie nie zastanawiał, czy coś na nie nasikało. Mieliśmy pozdzierane kolana i łokcie i nikt się nie przejmował, że dostaniemy gangreny, wystarczyło napluć na ranę i przyłożyć liść babki. Jedliśmy byle co, a chleb z cukrem był wielkim przysmakiem i nikt z nas nie był gruby.

Ciuchy często donaszało się po starszych dzieciakach, zresztą nikt nie zwracał uwagi na ubrania, bo nie było na to czasu. Wszyscy mieli trampki albo tenisówki, często odnawiane kredą albo tartą cegłą i dopóki nie spadały z nóg, nie mieliśmy żadnego problemu z modą i trendami.

Nikt nie odprowadzał nas do szkoły, a tym bardziej nie odwoził. Kiedy rano padał deszcz, chlapaliśmy się w kałużach i błocie i nikt nie zmieniał nam skarpetek, więc siedzieliśmy z mokrymi stopami i nikt od tego nie umarł. Nie mieliśmy kieszonkowego, choć czasem udało się wyprosić od rodziców dwa złote na ciastko, a ulubionymi łakociami były dropsy i oranżada w proszku, która wysypywało się na dłoń i pluło, żeby zaczęła się pienić.

Wyrośliśmy na ludzi, choc nikt nas w zasadzie nie wychowywał i o ile radziliśmy sobie w szkole i byliśmy grzeczni. Problemy pojawiały się i przemijały, a rodzice nie martwili się, że powinien nas obejrzeć psycholog. Kiedy życie przestało być proste?

Milion kolorowych buteleczek

Nie mogłam uwierzyć – przed punktem szczepień kłębił się tłum, wszyscy stali w zwartych szeregach, dysząc sobie w karki. Na szczęście wszyscy byli w maseczkach, choć niektórzy tylko do połowy – odsłonięte noski i zadowolenie na buziach nieskażonych myślą. Pomyślałam, że warto zapamiętać tę chwilę, w której ludzkość tak dzielnie walczy o przetrwanie i przestrzega zaleceń niejakiego Darwina – egoizm nade wszystko.

W każdym razie dostałam szczepionkę i spodziewając się lekkich hmm… niedogodności, poszłam wcześniej spać, stawiając obok łóżka paracetamol i wodę. W nocy padał snieg, było cicho i przytulnie, a ja dygotałam z zimna pod wielką pierzyną, nie mogąc sie ruszyć, a ból mięśni był coraz większy. Nie wiem jak dużą miałam gorączkę, ale chyba niezłą, bo mój mózg wygenerował… kolorowe buteleczki.

Kiedy mam wielką gorączkę, ponad 39 stopni, wtedy pojawia się w umyśle mym taki interesujący film, w którym układam na niekończących się półkach zielone, różowe i niebieskie buteleczki, układam je równiutko i jedną za drugą, jedna za drugą, buteleczki pojawiają się nie wiadomo skąd, a ja cierpliwie, bez złości czy zniecierpliwienia kładę je na półkach całymi godzinami, stawiam i układam równiutko w wielkim skupieniu.

Kolejny dzień i kolejna noc były trochę lepsze, i choć bolało, to byłam już w stanie zażyć paracetamol. A dziś juz luzik. A, muszę jeszcze nadmienić, że kiedy mam jeszcze większą gorączkę, mam jeszcze inne rzeczy do zrobienia, ale to już inna historia. A żeby było jeszcze weselej, to po raz pierwszy od ponad roku zrobiłam obrazek, taki sobie, ale mój:

Wszystkiego najlepszego!