Proszę…

Dziś tylko kilka słów. Proszę, podpiszcie petycję w obronie stada wolnych krów, które minister rolnictwa chce zamordować. Ich historia jest wspaniała, one są wspaniałe i może dzięki wam ocaleją.

Dziękuję bardzo.

Blaski i cienie Krainy Deszczowców

Najlepsze od dekady święta mam za sobą: z pomocą Pana i Władcy zrobiłam sałatkę i to było wszystko! Żadnych gości, progenitura nie umarła z powodu nieobecności matki, nawet nie zaszczycili telefonem, pogoda była piękna, ech, dolce vita! Poza świętami ciągle nas ktoś odwiedzał, cała wioska się przewaliła przez nasz dom, a my tacy słabiutcy po chorobie. Ale dla Pana Psa była to niezła rozrywka, po trzech tygodniach krótkich spacerów i niewielkiej ilości głasków.

W Wielkanoc dostaliśmy zaproszenie na tutejsze, tradycyjne palenie ognisk, do farmy „za drogą”, czyli około kilometra od nas. Pomijam ognisko, które płonęło po zmroku na wysokość dziesięciu metrów i mogły w nim spłonąć ze trzy czarownice wraz z kotami, ale oprowadzono nas po farmie, na której żyją setki krów. Krowy, na szczęście wychodzą swobodnie na pastwiska i nie muszą siedzieć w oborach, ale odwiedziłam też krowi żłobek i przedszkole, gdzie samotne, smutne cielaki, niektóre urodzone kilka godzin wcześniej, leżą lub stoją w śmierdzących zagrodach, a mleko piją z wiaderek, które muszą najpierw nauczyć się obsługiwać. Te cielaczki są zabierane od ich mam natychmiast po urodzeniu, ich wielkookie mamy nawet nie zdążą ich umyć, nakarmić, przytulić. Po prostu zabiera im się dziecko, kładzie na wiązce słomy i każe dorosnąć, żeby mogły zasilić rzekę mleka, która płynie do mleczarni i strumień pieniędzy, który płynie z mleczarni. Nie wiedziałam, że tak jest. Nie miałam pojęcia, że nawet w tak zdawałoby się prostej sprawie, ludzkie okrucieństwo zwycięża naturę i jej najbardziej elementarne prawa. Czy naprawdę te biedne, krowie dzieci, i tak skazane na smutny, poddańczy los, nie zasługują na choć kilka tygodni z mamą i czy biedne mamy nie mają prawa, żeby choć trochę pobyć ze swoim dzieckiem?

Mleko przestało mi smakować. Kolejny produkt namaszczony cierpieniem stworzeń, które muszą służyć człowiekowi, nie mając żadnych praw. Kolejny dowód na to, że ludzkość jest przereklamowana.

Ale Pan Pies nie jest przereklamowany i przesyła wam 59 machów ogonem, a ja z braku ogona przesyłam machy obiema łapami. No i wiśnia japońska zakwitła.

Biedronki – reaktywacja

20 stycznia 2019

Zwykle w listopadzie, kiedy zdarza się ciepły, słoneczny dzień, z odległych krain, łąk, lasów, zagajników, pól, ogrodów i pobliskich krzaczków, na  mój ganek zlatują się biedronki (nie wiedzieć czemu zwykle jest to niedziela). Są różnej maści, choć wszystkie w odcieniach czerwieni lub pomarańczu, różnej ilości kropek i różnych rozmiarów. Wszystkie one – a jest ich zwykle kilkaset – starają się za wszelką cenę dostać do domu, żeby spokojnie spędzić w nim zimę. Wielu się to udaje, bo nie zamknęłam dla nich granicy ogród / dom i wciśnięte w różne zakamarki zasypiają cichutko. Po kilku miesiącach, nie wiedzieć czemu, przychodzi taki dzień, kiedy ci wszyscy moi goście i gościówy zaczynają wychodzić ze swoich kryjówek i zwiedzać dom. Zwykle są tolerowane, wiele z nich niestety ginie pod naszymi stopami, kiedy nieopatrznie znajdą się na podłodze, kilka zjada pies, zdarzają się też eksmisje do ogrodu, pod krzaczki lawendy, kiedy znajduję je w lodówce lub wręcz w jedzeniu. Te, które bezpiecznie dożywają do otwarcia okien, kiedy jest już ciepło, mogą iść tam, gdzie zwykle biedronki spędzają wiosnę i lato. I tak jest co roku i muszę przyznać, że bardzo mi odpowiada bycie częścią odwiecznego cyklu. Ale najważniejsze jest to, że zwykle reaktywacja biedronek zwiastuje przedwiośnie… I tego się trzymam. Póki co śnieg zniknął i Białe Tyłki odzyskały dostęp do oziminy sąsiada (zdjęcie z okna łazienki):

My Bambies in winter

A jakiś czas później zaczął padać śnieg… (widok z teg samego okna).

Snow is falling

Wiem, że wiosna blisko. Biedronki mi powiedziały.

Ratujmy dziki!

9 stycznia 2019

Miało być o zimie i śniegu i pięknych okolicznościach przyrody, ale niestety nasz ulubiony rząd zaplanował na 12 stycznia masowe morderstwo na dzikach. Myśliwi mają zamordować 200 000 dzików (słownie: dwieście tysięcy), wraz z samicami w ciąży i warchlakami. Chcą nam wmówić, że w ten sposób zlikwidują ASF (to taka choroba świń), więc społeczeństwo powinno im być wdzięczne. Za każdego zamordowanego dzika myśliwy ma dostać kilkaset złotych (z naszych pieniędzy), więc darz bór. Proszę, podpiszcie petycję, może coś da się zrobić, żeby ocalić te piękne  i mądre zwierzęta, które nic złego nie robią, poza tym, że chcą żyć, co najwyraźniej przeszkadza rządowi, łącznie z miłośnikiem kotów panu prezesowi KJM (ku..a j..o mać). Link do petycji:

https://secure.avaaz.org/pl/community_petitions/Minister_Srodowiska_Nie_dla_masowego_odstrzalu_dzikow/?tXGsunb

„Minister Środowiska – Nie dla masowego odstrzału dzików:

12 STYCZNIA ROZPOCZNIE SIĘ WIELKIE POLOWANIE

My, wrażliwi na los wszystkich zwierząt i środowiska, stanowczo sprzeciwiamy się eksterminacji dzików w polskich lasach przez Polski Związek Łowiecki w ramach „walki” z ASF (afrykański pomór świń). Odstrzał ma objąć w sumie ponad 200 tys. osobników, także tych zdrowych (w tym samice i warchlaki). W praktyce może dojść do odstrzelenia całej populacji. 

Myśliwi otrzymają ekwiwalent finansowy w wysokości kilkuset złotych za zwierzę. Wobec krytyki ze strony naukowców i braku jakichkolwiek dowodów potwierdzających, że masowe wybijanie tych zwierząt zredukuje w znaczący sposób ASF, żądamy natychmiastowej zmiany decyzji w tej sprawie. Konsekwencją tej skandalicznej akcji będą nieodwracalne skutki nie tylko dla tego gatunku w naszym regionie, ale i dla środowiska naturalnego na tym obszarze. Niech zwycięży rozsądek i nauka, a nie polityka i lobby myśliwskie! „

Chciałabym, żeby wszystkie okoliczne dziki przyszły na mój teren i schowały się cichutko, bo tu żaden myśliwy nie ma wstępu!

Śnieżny Pan Pies i zajączek

8 stycznia 2019

Taaaak, sypie i sypie, jakby miało sypać do wiosny. Pan Pies po porannym spacerze wyglądał jak kula śnieżna z czarnym ogonem i wielkim, czarnym nosem. A ja się czuję, jakby święta i te wszystkie imprezy wypompowały ze mnie wszelki entuzjazm i siły życiowe. Zbieram się powoli, za bardzo powoli i oglądam różne hotele przy plaży w ciepłych krajach, choć wiem, że i tak nigdzie nie pojadę, bo brakuje czasu i pieniędzy, a za chwilę będzie za gorąco na ciepłe kraje i tylko Kraina Deszczowców nam zostanie. Ale dwa dni temu mieliśmy gościa przy płocie i znowu przestałam myśleć o bzdurach:

Hare came

No i mamy dziś piątą rocznicę przybycia Pana Psa do nas i umownie są to też jego urodziny, bo przecież ten, kto go porzucił gdzieś w lesie nie zostawił informacji na temat jego rodowodu, imienia, nazwiska, czy ulubionego jedzenia. Przywieźliśmy Pana Psa z czernyszowej fundacji, zabiedzonego i chudziutkiego, ostrzyżonego prawie do gołej skóry (miał sierść tak splataną i brudną, że trzeba go było ogolić), zmarzniętego i pewnie wystraszonego, choć nigdy nie dał po sobie poznać, że się boi. Wsiadł wieczorem, w ciemnościach do samochodu z dwojgiem ludzi, których nigdy w życiu nie widział, przytulił wielki łeb do nóg nowego pana i chyba przestał oddychać. W nowym domu czekało na niego posłanie i nowe miski i jedzenie i ciepło i tysiące przytulasów, a on tak strasznie starał się nas zadowolić, przewidzieć nasz reakcje na to, co zrobi, żeby tylko nie podpaść lub nas nie rozgniewać. Nigdy nas nie rozgniewał, nigdy nie mieliśmy powodu, żeby się na niego złościć, no może raz, kiedy dziabnął kłem jakiegoś faceta, który się pałętał po polach, nigdy nie zrobił niczego, co by nam się nie podobało, no może oprócz puszczania straszliwych bąków. Tak wyglądał pięć lat temu, kiedy już odważył się wyjść do ogrodu:

Quattro January 2014

Ważył wtedy 42 kilogramy. Teraz waży tyle, ile powinien – 57. Powinien dostać jakiś torck umownie-urodzinowy, ale musimy dbać o jego wagę, żeby jego cudne serce wytrzymało jak najdłużej. Idę przytulać :-)))

Niedzielny poranek w Krainie Deszczowców

18 listopada 2018

Słońce dziś wstało o 7:56. Wstało na czerwono, jak prawie codziennie i natychmiast połknęły je chmury. Pewnie będzie padać, jak prawie codziennie w Krainie Deszczowców. Pan Pies, jak prawie codziennie leżał w swojej komórce pod schodami na grzbiecie, z łapami do góry, przygotowanymi do witania, a ogon walił głośno w ścianę. Jak prawie codziennie zeszliśmy z góry i rzuciliśmy się na niego z głaskami, pieszczotami i czułymi słówkami. 

Quattro the Dog - Black Russian Terrier

Potem kawka i śniadanko, w niedzielę zawsze jajecznica, poranne pogaduchy, a za kuchennym oknem ciemna zieleń rododendronów, które zasłaniają nas od świata i światła. Buszują w nich małe ptaszki, które wyglądają jak pierzaste, szare kulki. Jeszcze kromeczka z arcysłodkim dżemem truskawkowym z mango, jeszcze filiżanka gorzkiej kawy. Trzeba iść z Panem Psem na spacer, choć wieje. A tymczasem za południowym oknem inni też jedzą śniadanko:

View in Rain Land