Pogięło mnie

Oj tak, pogięło, połamało i skrzywiło moralnie. Siedziałam sobie w piątek spokojnie, czytając, nadeszła czternasta, chciałam wstać i wypełnić obowiązki gosposi. Zaczęłam podnosić tyłek i resztę i bardzo nagle okazało się, że nie mogę tego zrobić, bo ból kręgosłupa zwalił mnie z powrotem na kanapę. I tak zostałam półleżąc i czekając aż będę mogła się ruszyć i chociaż pójść do toalety. Było super, walka o każdy krok dawała tyle satysfakcji! Potem (po trzech kwadransach) udało mi się wyprostować i tak już chodziłam sztywna i prosta jak świeca, jak nie przymierzając generał Scheisskopf. Teraz mam tabletki przeróżne i trochę mi lepiej, bo jest nadzieja że wkrótce znów będę mogła sprzątać.

I zapraszam na kawę i ciastko, bo samej mi tu trochę nudno, a Pan Pies nie współpracuje, bo leży na kafelkach i dyszy z gorąca.

Reklamy

Różowo w Krainie Deszczowców

Pamiętacie tę japońską wiśnię, która obsypana kwieciem była ozdobą przedniej części naszego domu? Była przez niecałe dwa tygodne, a potem kwiecie się obsypało… Pięknie się obsypywało, tańcząc w podmuszkach wiaterku i okrywając brzydkie, zalane deszczem płyty chodnikowe najpierw nieśmiałą, różową warstwą:

Potem grubą warstwą:

Aż w końcu wszystko to wyschło, zbrązowiało i zrobiło się paskudne, tym bardziej, że Pan Pies przynosił do domu na łapach i podwoziu tysiące płatków dziennie. Problem ten nie dotyczył kwiatów starej jabłoni, które pachniały jak raj o poranku, „zagłuszając” nieraz bardzo intensywny zapach „prawdziwej wsi”.

Z tyłu ogrodu, schowana za nie-wiem-jakim-drzewem rośnie pigwa, która również jest drzewem. Pigwa jest pospolita, a przynajmniej tak się nazywa, ale moim zdaniem wcale pospolita nie jest, bo mój ogród w Krainie D. był pierwszym miejscem, w którym ją zobaczyłam i nie miałam pojęcia co to za gatunek. Dopiero kiedy jesienią zobaczyłam owoce, domyśliłam się co to za ziółko. Ma przepiękne owoce, które dopiero po dłuuuugim gotowaniu nadają się do jedzenia, a ich smak jest jedyny w swoim rodzaju:

Poza tym okazało się, że kiedy obetnie się wiele, wiele krzaków róż (brrr), to wyłoni się wiele cudnych, kwitnących i nie kolczastych krzewów, które dotąd tłumione przez okupanta, odżywają jak więźniowie, których wreszcie wypuszczono na słońce. Są to głównie rododendrony, które kwitną obficie, a ich wielkie kwiaty mają kolory, o których mi się nie śniło. A inne rododendrony, które były za duże, by okrył je różany mrok oświetlają w pogodne dni moją ciemną, ponurą kuchnię, do której nigdy nie zaglada słońce:

Proszę…

Dziś tylko kilka słów. Proszę, podpiszcie petycję w obronie stada wolnych krów, które minister rolnictwa chce zamordować. Ich historia jest wspaniała, one są wspaniałe i może dzięki wam ocaleją.

Dziękuję bardzo.

Blaski i cienie Krainy Deszczowców

Najlepsze od dekady święta mam za sobą: z pomocą Pana i Władcy zrobiłam sałatkę i to było wszystko! Żadnych gości, progenitura nie umarła z powodu nieobecności matki, nawet nie zaszczycili telefonem, pogoda była piękna, ech, dolce vita! Poza świętami ciągle nas ktoś odwiedzał, cała wioska się przewaliła przez nasz dom, a my tacy słabiutcy po chorobie. Ale dla Pana Psa była to niezła rozrywka, po trzech tygodniach krótkich spacerów i niewielkiej ilości głasków.

W Wielkanoc dostaliśmy zaproszenie na tutejsze, tradycyjne palenie ognisk, do farmy „za drogą”, czyli około kilometra od nas. Pomijam ognisko, które płonęło po zmroku na wysokość dziesięciu metrów i mogły w nim spłonąć ze trzy czarownice wraz z kotami, ale oprowadzono nas po farmie, na której żyją setki krów. Krowy, na szczęście wychodzą swobodnie na pastwiska i nie muszą siedzieć w oborach, ale odwiedziłam też krowi żłobek i przedszkole, gdzie samotne, smutne cielaki, niektóre urodzone kilka godzin wcześniej, leżą lub stoją w śmierdzących zagrodach, a mleko piją z wiaderek, które muszą najpierw nauczyć się obsługiwać. Te cielaczki są zabierane od ich mam natychmiast po urodzeniu, ich wielkookie mamy nawet nie zdążą ich umyć, nakarmić, przytulić. Po prostu zabiera im się dziecko, kładzie na wiązce słomy i każe dorosnąć, żeby mogły zasilić rzekę mleka, która płynie do mleczarni i strumień pieniędzy, który płynie z mleczarni. Nie wiedziałam, że tak jest. Nie miałam pojęcia, że nawet w tak zdawałoby się prostej sprawie, ludzkie okrucieństwo zwycięża naturę i jej najbardziej elementarne prawa. Czy naprawdę te biedne, krowie dzieci, i tak skazane na smutny, poddańczy los, nie zasługują na choć kilka tygodni z mamą i czy biedne mamy nie mają prawa, żeby choć trochę pobyć ze swoim dzieckiem?

Mleko przestało mi smakować. Kolejny produkt namaszczony cierpieniem stworzeń, które muszą służyć człowiekowi, nie mając żadnych praw. Kolejny dowód na to, że ludzkość jest przereklamowana.

Ale Pan Pies nie jest przereklamowany i przesyła wam 59 machów ogonem, a ja z braku ogona przesyłam machy obiema łapami. No i wiśnia japońska zakwitła.

Kochaaaaaane moje!

Ale mnie wkurza, że nie wiem co się u was dzieje, że nie mogę was czytać i pisać do was! Nietrudno się domyślić, że nie mamy netu, ale nie mamy też za bardzo co jeść i wyglądamy jak zaginione plemię. Oprócz Pana Psa, on zawsze trzyma klasę. A było tak: w niedzielę po przyjeździe udało się pozbyć części pająków i ich ofiar rozsianych wszędzie, w poniedziałek pełna szczęśliwość, we wtorek zakupy, w tym dwa małe iglaczki, które sadziłam w donicach wśród zimnego wiatru i deszczyku, w środę Pan i Władca odkręcił kurek z katarem i kaszelkiem, w czwartek krążyłam między podawaniem herbatek, a sprzątaniem ogródka, w piątek zwaliła mnie z nóg gorączka… Mój przegrzany mózg kazał mi przez wiele godzin układać na kilometrach półek kolorowe wazoniki i jestem mu wdzięczna za to, że nie były to jakieś obrzydliwości. A żeby było ciekawiej, to zabrałam leki na wszystko, z malarią i ebolą włącznie, a nie wzięłam głupiej aspiryny!

Ocknęłam się w okolicach niedzielnego poranka, słaba i blada, ale mój kaszel nadal rozbija fajans w kredensie. I właściwie chciałam powiedzieć, że tęsknię za wami i czekam, żeby się dorwać do waszych postów!

Pod Spodem: Hakuny nie ma!