Freiburg (w KD)

Którejś czerwcowej niedzieli, zamiast przysypiać w ogrodzie, powzięliśmy decyzję o odwiedzeniu kolejnego miasteczka, które to odwiedziny miały nam dać poczucie dobrze spełnionego obowiązku oraz wiedzę na temat regionu, w którym mieszkamy. Padło na oddalony o 20 kilometrów Freiburg nad Elbą. Uzbrojeni w kawę i Pana Psa (który jeszcze wtedy wskakiwał do samochodu i wyskakiwał z niego bez problemu) wyruszyliśmy po śniadanku na wschód i po pokonaniu uroczej drogi, wijącej się wśród pól, wiosek i szpalerów drzew dojechaliśmy nad Elbę, szeroką jak Oka, co jak Wisła szeroka.

Frieburg jest jednym z niewielu miejsc, w którym można „przekroczyć” Elbę pomiędzy Dolną Saksonią a Schlezwik-Holstein. Dwie przeprawy promowe (jedna niedaleko naszego domu, druga właśnie tutaj), jeden tunel koło Hamburga (długość ponad 3 kilometry) i jeden most w Lauenburgu. Elba jest tu tak szeroka, że ogromne kontenerowce mijają się swobodnie i jeszcze jest dużo miejsca na żaglówki i inny wodny drobiazg. Posiedzieliśmy sobie z Panem Psem na wałach, obserwując przepływające wielkostatki i jachty i kaczuszki i kajaki, Pan Pies chciał bardzo paść owce, które dzielnie wyżerają obficie rosnącą trawę. Aż w końcu nam się znudziło.

Wśród pastwisk i łąk, w rosnącym upale, wolniutko (drogą na Ostrołękę) pojechaliśmy do miasteczka.

Miasteczko okazało się prawdziwym miasteczkiem, malutkim i lekko zapyziałym, w którym było pusto i kompletnie nic się nie działo, poza naszą wizytą oczywiście:

Posterunek miejscowej Policji i uliczka prowadząca do Kościoła.

We Freiburgu mieszka około 1800 osób. My widzieliśmy pięć, z których trójka była turystami. Polubiłam ten klimat widmowego miasta… Cały ten tłum był w malutkim porcie:

Główna uliczka, przy której zostawiliśmy nasz wózek. I ani żywego luda.

Wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy do siebie, żeby przysypiać na leżaczkach w ogrodzie.

Witam w dżungli (w Krainie Deszczowców)

Po przejechaniu około tysiąca kilometrów, kiedy już skończy się autostrada tuż przed Cuxhaven, a my skręcamy na lokalną drogę i mamy jeszcze 35 kilometrów do celu, wtedy zaczynamy się zastanawiać, co zastaniemy w naszej małej wiosce. Czy kuna nie zrobiła znowu dziury w dachu, albo nie poprzegryzała kabli, czy rybki jeszcze żyją, czy ktoś kupił dom Pani Irmy, która zmarła w zeszłym roku, czy krowy są już na nadrzecznych łąkach, ile sów wykluło się w tym roku, jaka wysoka jest trawa i czy będziemy musieli polować na dwieście pająków, czy tylko na dwadzieścia… Tym razem też tak sobie gadaliśmy, ale kiedy podjechaliśmy pod domek, nie spodziewaliśmy się tego:

How to get to our house?

Dróżka do domku zupełnie zarosła, a ponieważ większość tych roślin ma wielkie kolce, wydawało mi się, że noc spędzimy na wycinaniu ścieżki w tym gąszczu. (hihihi) Ale Pan i Władca przedarł się do szopy, odnalazł sekator i dzielnie rzucił się na kolce, gałęzie i zieleń i utworzył drogę dla swoich wiernych sług – Sancho-Pansy (ja) i osiołka (Quattro). Mimo licznych ran, zadrapań i podartej trochę odzieży, osiągnął wyznaczony cel i po dwudziestu minutach mogliśmy przenieść bagaże pod nasz dach ulubiony:

Free way!

To na końcu, to leżak, który oddziela Q od reszty świata, który to świat czuje się bezpieczniejszy, kiedy jest obszczekiwany zza takiej przeszkody. Zbliżała się 23-cia. Byliśmy wykończeni.

Kuchennie w Krainie Deszczowców

Znów się będę chwalić. Tym razem kuchnią, nad którą pracowałam długo po wielkim remoncie w zeszłym roku. Wcześniej wygladała jak składnica wszystkiego – wazoników, figurek kotów, kuchennych utensyliów, starych puszek po Ovomaltinie i płatkach kukurydzianych, starych przypraw i durszlaków. A pod dywanem był wielki właz do podziemi? Schronu? Innego wymiaru? W każdym razie budził moją grozę, tym bardziej, że był zalany wodą, w której mogły się czaić wodne potwory…

Old kitchen

Potem pojawiła się nowa podłoga, a pod nią ogrzewanie. Właz do alternatywnego świata został częściowo zamurowany i nie potrzebujemy już dywanu. Przywieźliśmy górne szafki w jasnym kolorze, a ja pracowicie malowałam dolne na kolor zbliżony do tych na górze. Odnowiłam stary, brudny stół (o tym później), a wszystkie kubki, i inne bałaganiarskie przedmioty znalazły się poza zasięgiem wzroku. No i te czyste, białe ściany… Pająki je uwielbiają.

New kitchen

Nowy wygląd nie oznacza, że bardziej lubię gotować, czy coś. Ale przynajmniej miło tu być.

Różowo w Krainie Deszczowców

Pamiętacie tę japońską wiśnię, która obsypana kwieciem była ozdobą przedniej części naszego domu? Była przez niecałe dwa tygodne, a potem kwiecie się obsypało… Pięknie się obsypywało, tańcząc w podmuszkach wiaterku i okrywając brzydkie, zalane deszczem płyty chodnikowe najpierw nieśmiałą, różową warstwą:

Potem grubą warstwą:

Aż w końcu wszystko to wyschło, zbrązowiało i zrobiło się paskudne, tym bardziej, że Pan Pies przynosił do domu na łapach i podwoziu tysiące płatków dziennie. Problem ten nie dotyczył kwiatów starej jabłoni, które pachniały jak raj o poranku, „zagłuszając” nieraz bardzo intensywny zapach „prawdziwej wsi”.

Z tyłu ogrodu, schowana za nie-wiem-jakim-drzewem rośnie pigwa, która również jest drzewem. Pigwa jest pospolita, a przynajmniej tak się nazywa, ale moim zdaniem wcale pospolita nie jest, bo mój ogród w Krainie D. był pierwszym miejscem, w którym ją zobaczyłam i nie miałam pojęcia co to za gatunek. Dopiero kiedy jesienią zobaczyłam owoce, domyśliłam się co to za ziółko. Ma przepiękne owoce, które dopiero po dłuuuugim gotowaniu nadają się do jedzenia, a ich smak jest jedyny w swoim rodzaju:

Poza tym okazało się, że kiedy obetnie się wiele, wiele krzaków róż (brrr), to wyłoni się wiele cudnych, kwitnących i nie kolczastych krzewów, które dotąd tłumione przez okupanta, odżywają jak więźniowie, których wreszcie wypuszczono na słońce. Są to głównie rododendrony, które kwitną obficie, a ich wielkie kwiaty mają kolory, o których mi się nie śniło. A inne rododendrony, które były za duże, by okrył je różany mrok oświetlają w pogodne dni moją ciemną, ponurą kuchnię, do której nigdy nie zaglada słońce:

Nasza rzeka w Krainie Deszczowców

16 grudnia 2018

Nasza rzeka płynie kilkaset metrów od domu. Chroni nas przed nia wysoki wał i szerokie łąki, gdzie nasza rzeka będzie mogła się wylać, gdyby zachciało jej się uciec z koryta. Nasza rzeka ma 153 kilometry długości i niedaleko od naszego domu wpływa do potężnej Elby, która zaraz potem wpływa do Morza Północnego. Rzeka nazywa się Oste i jest grzeczną rzeką, po której można pływać żaglówkami, łodziami i małymi barkami. Wije się malowniczo wśród łąk, pastwisk i niewielkich lasów. Mieszkają nad nią tysiące ptaków różnej wiekości, a cały ten nadrzeczny obszar jest wielkim rezerwatem

Tak wygląda obok naszego domu – jest pogłębiana, stąd te stosy żwiru. Po drugiej stronie jest małe miasteczko.

Oste river

Często w rzece płynie słona woda. Zdarza się to wtedy, kiedy wieje silny wiatr z północnego-zachodu.

Oste river

A to jest most zwodzony nad naszą rzeką, około 4 kilometry od naszego domu. Można dojechać rowerem, a potem stać tam i gapić się na przepływającą pod mostem wodę i stateczki i łódeczki i kaczuszki.  Takie małe porty jak ten poniżej można znaleźć po obu stronach rzeki.

Drawnbridge and Oste river
Oste river

Widok na Oste z mostu. Niedaleko za zakrętem mieszkamy my, na lewym brzegu. A na prawym jest rezerwat ptaków, rezerwat wiatraków i zaraz potem wielka Elba.

Oste river from the bridge

Nad rzeką są malownicze wioski, takie jak ta poniżej. A ta droga za 3 metry skończy się w rzece. 

Hamlet by the river Oste

Niedzielny poranek w Krainie Deszczowców

18 listopada 2018

Słońce dziś wstało o 7:56. Wstało na czerwono, jak prawie codziennie i natychmiast połknęły je chmury. Pewnie będzie padać, jak prawie codziennie w Krainie Deszczowców. Pan Pies, jak prawie codziennie leżał w swojej komórce pod schodami na grzbiecie, z łapami do góry, przygotowanymi do witania, a ogon walił głośno w ścianę. Jak prawie codziennie zeszliśmy z góry i rzuciliśmy się na niego z głaskami, pieszczotami i czułymi słówkami. 

Quattro the Dog - Black Russian Terrier

Potem kawka i śniadanko, w niedzielę zawsze jajecznica, poranne pogaduchy, a za kuchennym oknem ciemna zieleń rododendronów, które zasłaniają nas od świata i światła. Buszują w nich małe ptaszki, które wyglądają jak pierzaste, szare kulki. Jeszcze kromeczka z arcysłodkim dżemem truskawkowym z mango, jeszcze filiżanka gorzkiej kawy. Trzeba iść z Panem Psem na spacer, choć wieje. A tymczasem za południowym oknem inni też jedzą śniadanko:

View in Rain Land

Magiczne zwierzęta i jak je znaleźć w Krainie Deszczowców

10 listopada 2018

Zacznę od magicznego zwierzęcia, którego znaleźć się nie da, ale za to słychać je dobrze, zwłaszcza w nocy. Stukot pazurków po drewnianych deskach, które dla nas są sufitem (deski, nie pazurki), a dla zwierzęcia podłogą. Cichutkie skrobanie tuż nad naszymi głowami, które zaczyna się przed północą i trwa… Chroboty i stukanie za ścianą naszej nowo powstałej łazieneczki na górze… Tak, to nasza kuna, która zrobiła wielką dziurę w dachu. Dziura została załatana przez pana Wojciecha, którego w czarodziejski sposób znaleźliśmy niedaleko naszej wsi. Boimy się, że magiczne zwierzę będzie chciało mieć nową dziurę, my będziemy chcieli mieć dom bez deszczu w środku i tak to będzie trwało. Na szczęście we wsi obok mieszka Łowca, który obiecał zastawić na zwierzę pułapkę, a potem wywieźć je daleko, daleko… Cóż, gdybym miała się założyć, to stawiam na kunę.

Our House in Niedersachsen

Inna historia: Pewnego poranka, jak każdego poranka poszliśmy z Panem Psem na spacer. Kiedy krowy pasą się daleko, idziemy w stronę rzeki, omijając kałuże i krowie placki. Dygresja: Pan Pies pięknie omija zarówno jedno, jak i drugie. Więc idziemy sobie krowią ścieżką na wał, pod górę, a potem w dół, wzdłuż rzeki, gdzie mieszka tysiące ptaków i innych stworzeń. Dobra, więc idziemy sobie i nagle widzę jakieś dwa zwierzaki pluskające się w błotnistej wodzie. „Szczury” – myślę z przerażeniem, bo tyle się nasłuchałam o wielkich osobnikach pływających w rowach melioracyjnych. Pan Pies też zauważył i pociągnął gwałtownie. „Szczury?” – pomyślałam, kiedy podeszliśmy bliżej. Widzę szerokie głowy, siwe wąsy i małe łapki złożone razem jak do modlitwy. No i dużo większe niż szczury! Nie widzę za dobrze, bo taka jestem młoda, ale przysięgłabym, że te mokre pyszczki się UŚMIECHAJĄ. Zdębiałam z lekka, ale wtedy Pan Pies zaczął szczekać. Trudno mu się dziwić, on też nie widział nikogo podobnego. Zobaczyłam tylko jak stworzonka płyną w kierunku trzcin i znikają.

Poniżej: Pan Pies obserwuje miejsce, w którym kąpały się wąsate pyszczki:

Quattro the Dog in Rain Land

Nie widzieliśmy tych stworzeń nigdy więcej. Pan Pies jednak zawsze. kiedy idziemy w stronę rzeki, siada i patrzy z nadzieją w mętną wodę. Nigdy nie rozmawiamy o tym spotkaniu z tajemniczymi zwierzętami, ale oboje myślimy, że to były… wydry. Prawdziwe.

Quattro the Dog in Rain Land

ha KUNA matata

11 października 2018

W języku swahili „hakuna matata” znaczy „nie martw się”. Ale niestety muszę się martwić i to powyżej średniej (bo zwykle martwię się wszystkim, w skali 1-10 to zwykle około 4-5). 

Otóż mamy zwierzątko. Zwierzątko przyszło do nas na zimę, choć wiemy, że nigdy się samo nie wyniesie. Zwierzątko jest śliczne i zapewne mądre, ale jest też obrzydliwe w postępowaniu, nie ma sumienia ani litości i musimy to niestety nienawidzić. Zwierzątko nazywa się kuna i jak na razie zniszczyło nam dach:

Rain Land - distroyed roof

Wiemy, że jeśli nie pozbędziemy się go szybko, to zniszczy też całe ocieplenie, poprzegryza kable elektryczne (co już miało miejsce), zrobi więcej dziur w strzesze, rozmnoży się, będzie składować śmierdzące żarcie, będzie tupać głośno w nocy i nie wiadomo, czy nie dostanie się do środka… o ile już się nie dostało. 

Rain Land - distroyed roof

Nie ma nas tam teraz i nic nie możemy zrobić. Bardziej już osiwieć nie mogę ze zmartwienia, mogę tylko się popłakać z bezsilności… Jeśli ktokolwiek zna sposób na pozbycie się tego… potwora, proszę niech da znać.

A poza tym: hakuna matata

An(drony) w Krainie Deszczowców

27 września 2018

Znów jest bardzo zielono w Krainie Deszczowców, ale skoro pada cztery razy dziennie… Krowy znowu zniknęły z łąk, ponieważ poszły spełniać swoją kolejną powinność – dać się zapłodnić. Nie wiem, czy prokreacja jest dla nich fajna, więc nie wiem, czy im współczuć, czy nie. Póki co korzystamy z ich nieobecności na nadrzecznych pastwiskach i łazimy z Panem Psem nie przejmując się mżawką. 

Nasz najbliższy Pan Sąsiad H. zjechał do swojego domu letniego wraz ze znajomymi. Poza piciem piwa i podziwianiem naszej odnowionej chaty, ich wizyta zaowocowała filmikiem z drona (u mnie filmiku nie ma, gdzieś zaginął w cyberprzestrzeni, zostało tylko zdjęcie):

Rain Land

Na samej górze widać wał przeciwpowodziowy i kawałek nadrzecznych łąk. Wał wydaje się płaski z góry, ale uwierzcie mi, nie jest płaski, jest wysoki. Zresztą płacimy za jego utrzymanie 16 euro rocznie, więc musi być wysoki 🙂 Trochę niżej jest droga, która prowadzi do domu Bremeńczyków – ostatniego domu w wioseczce. Tam droga się kończy i zaczynają się pola i pastwiska. Bremeńczycy przyjeżdżają tylko na weekendy i nieczęsto ich widujemy, a poza tym ciągle mają problemy z domem, który kupili w zeszłym roku.

Małe coś poniżej drogi to cysterna na wodę dla zwierząt, a te dwa czerwone dachy to dom i warsztat naszych sąsiadów, którzy mieszkają tu na stałe i są przemili i niezwykle uczynni. Mają śliczną beagle-elkę Mabel, która bardzo chciałaby się bawić z Panem Psem, ale on jest za głupi, żeby to pojąć.

Nizej jest wiele drzew i dom z jasnym dachem. To ogród i dom naszych najbliższych sąsiadów. Wypiliśmy razem wiele piwa i innych trunków, więc możemy spokojnie stwierdzić, że są w porządku. Przyjeżdżają co kilka miesięcy, na codzień mieszkając 500 kilometrów na południe.

A ten mały domek ze strzechą i scianą z bluszczem to nasza chata. W ogrodzie widać domek dla kosiarki i granatową plamkę stawu z rybkami, a po drugiej stronie domeczek z sauną, parasol pod którym zapewne siedzimy i wiatę na samochód z dachem z blachy, dalej wąską drogę i pola kukurydzy.

Na dole widać dróżkę prowadzącą do domu sąsiada, który ma ponad 90 lat i rzadko opuszcza dom. Ale nas już odwiedził dwa razy i bardzo smakowało mu ciasto. Przyniósł mi (zamiast bukietu) wielki kwiat słonecznika (sztucznego). Czyż nie jest słodki?

Proszę, jedno zdjęcie z drona, a tyle andronów :-)))

Sierpień w Krainie Deszczowców

11 września 2018

Było gorąco. Pewnego dnia spojrzałam na termometr: było 41 stopni w cieniu. To najwyższa temperatura jaką przeżyłam (ledwo) i rekord 40 stopni w tunelu świętego Bernarda został pobity. Poza tym straszna susza wygoniła krowy z pastwisk, wróciły do swoich obór, nie mając co jeść na zwykle zielonych łąkach. Znajdowaliśmy zabite przez upał ptaki, a w ogrodach suche liście opadały z drzew. Po kilku dniach zaczęło padać, a po następnych kilku krowy wróciły na znowu zielone trawy.

Pewnego dnia przyjechała nasza ekipa remontowa, pracowali strasznie ciężko przez 11 dni, a kiedy pojechali mogłam się wreszcie wykąpać i to była piękna chwila. Mogłam też zacząć sprzątać koszmarny bałagan. Sprzątałam przez 10 dni, od rana do wieczora, ścierając każdy pyłek ze wszystkiego i to wielokrotnie, bo kurz wracał jak bumerang, na szczęście w coraz mniejszej ilości. Każda rzecz była zakurzona, każdy fragment domu, każdy przedmiot i bibelot, wszystko tonęło w kurzu. Najbiedniejszy był Pan Pies, który musiał mieszkać w kurzu, nie miał się gdzie podziać i często był „przekładany” na inne miejsce, bo zwykle kładł się w najbardziej uczęszczanym miejscu i oczywiście w największym bałaganie. Dzięki temu wymyśliłam nowe Prawo Murphy’ego: „Pies w czasie remontu zawsze kładzie się tam, gdzie najbardziej przeszkadza”.

Pan i Władca przyjechał, kiedy już było po wszystkim. A ja nie mogę chodzić do dziś, bo nawaliły mi kolana i nie mogę się schylać, nie wiem dlaczego, hihihi…

Na koniec kawałek domku, który niczego nie wyjaśnia:

My house in Rain Land - black cat