Smuteczki i szczęśliwości

Właśnie minął rok odkąd nasz cudny czarnuch odszedł do psiego nieba. Tęsknimy za nim niezmiennie, wspominamy czule i często, pocieszając się tym, że gdyby żył do dziś, cierpiałby z powodu starości i różnych chorób. Przedstawia ostatni film z jego udziałem, jego ostatni koncert, bo jak wszyscy wiedzą, śpiewakiem był wspaniałym…

A u mnie? Może być. Mam niekończącą się odrazę do wszelkich działań związanych z jakimkolwiek wysiłkiem intelektualnym. Wszelkie myśli staram się jeszcze w zarodku skopywać w nieświadomość i udaje mi się to coraz lepiej. Nawet spać już mogę jako tako, o ile nie przyplącze mi się do mózgu coś na temat raka i obaw z nim związanych, ale zaraz zagłuszam to głośną muzyką i podrygiwaniem w jej takt 🙂

Za to uwielbiam sprzątać, prasować, układać, porządkować, myć okna i robić wszystko, co wymaga fizycznego wysiłku. Nie mogłam tego robić przez ponad pół roku, a odkąd mogę, sprawia mi to niewysłowiona radość. Martwię się tylko, że okna do mycia mi się kończą, tak jak i szafki i szafy do sprzątania.

Mogę już chodzić z jedną kulą. Jestem taka dzielna, bo codziennie pokonuję kilkaset metrów wzdłuż ulicy. Najważniejsze, że nie boli. I już jestem szczęśliwa. Całuski dla wszystkich i dziękuję za wasze wsparcie i serdeczność.

Na górze

Dziś pierwszy raz w tym roku poszłam po schodach (9 + podest + 9) na piętro mojego domu. Poszłam to może za dużo powiedziane, raczej wlokłam nogi, podpierając się na rękach, sapiąc głośno i jęcząc cicho. Jeszcze nie chodzę, raczej robię próby chodzenia z balkonikiem, a kiedy wczoraj spróbowałam zrobić krok bez podparcia, okazało się, że nie mam mięśni. Mało nie upadłam, ale na szczęście wózek był blisko.

Tak więc weszłam na górę. Marzyłam o tym od dawna, wyobrażałam sobie mój piękny pokój, gdzie leżą moje niedokończone arcydzieła, moje ciuchy, książki z dzieciństwa, naszyjniki, korale i kolczyki, zbiór rodzinnych dokumentów i balowe rękawiczki. Wszystko było na swoim miejscu, nieco zakurzone i zapomniane. Taka wyprawa do zaginionego świata.

Było cudownie. Pooglądałam swoje spódnice, sprawdziłam co właściwie mam w szufladach, wyrzuciłam rachunki z 2010 roku, posiedziałam na kanapie… Potem z pomocą Pana i Władcy zeszłam na dół, gdzie teraz toczy się moje życie, gdzie jest moje paskudne szpitalne łóżko, gdzie mogę swobodnie jeździć na wózku, gotować, robić pranie i odkurzać.

Jasne, że chciałabym gdzieś jechać, coś zobaczyć, albo chociaż móc wyjść z domu i pochodzić po ogrodzie. Ale byłam dziś na wielkiej wyprawie. 9 stopni plus podest plus 9 stopni. Kilimandżaro.

Matura

Od tego wszystko się zaczęło. Od zdania matury. Taka obowiązkowa rzecz, którą trzeba zaliczyć, żeby wejść w dorosłość, cezura pomiędzy zależnością a wolnością, podleganiem i własnymi wyborami. Albo tak mi się wtedy wydawało, bo ilość kiepskich wyborów, jakich dokonałam zajęłaby ze sto stron w mojej biografii, gdyby ktoś ją kiedyś napisał.

Moja pokopana rodzina ma szczytne osiągnięcia na niwie zdawania matur. Jeden dziadek nigdy nie doszedł do tego etapu edukacji, drugi zdawał maturę w trybie eksternistycznym, ponieważ chcąc zarobić, grał na gitarze na seansach w niemym kinie i został za to z prestiżowej szkoły wywalony. Babcie, przygotowywane do życia „przy mężu” matury zdały dopiero po wojnie, za sprawą dobrodziejstw komunistycznego systemu edukacji. Ja swojej matury nie pamiętam, zdawałam ją w jakimś amoku, podsycanym przez szalejącą wiosenną przyrodę, ale dobrze pamiętam zachwyt nad własną mocą i poczucie pustki, kiedy było już po wszystkim.

Potem popełniłam wszystkie możliwe błędy, które przywiodły mnie do „tu i teraz”. I tyle.

Dziesięć tygodni

Ale mnie nie było dłuuuugo. Dłuuuuuuuuuuuuuugo. Aniu, Basiu, Magdo i inni kochani, dziękuję za wsparcie, dziękuję za współodczuwanie, pocieszanie, rozśmieszanie, wypełnianie mi czasu, za gadanie ze mną i wirtualne przytulanie. To był dla mnie okropny czas, okropny, straszny, pełen strachu i bólu, zwątpienia i rozpaczliwego szukania pociechy.

Dwudziestego szóstego grudnia złamała mi się noga. Tak się złamała sama, po prostu, trach i już. Jak słomka ptysiowa. Okazało się, że mam raka i nawet nie mogą mnie poskładać, bo muszą czekać na wynik biopsji. Po kilku tygodniach znów operacja – uff, noga poskładana jakimiś śrubami i płytami metalowymi, nareszcie ból mniejszy, ale druga noga też zagrożona złamaniem, więc o wstawaniu nie ma mowy, a kolejne badania wykazują, że mogę połamać się wszędzie, więc leżę i leżę i się wściekam i płaczę i narzekam i plecy mnie bolą i dupa i wszystko mnie boli od tego leżenia.

Po kilku tygodniach panowie ortopedzi (kocham ich) ustalają diagnozę i zostaję przewieziona z Piekar Śląskich do szpitala w Katowicach. Badania, badania, operacja, guz usunięty, można zdrowieć. I tak sobie zdrowieję do dziś, ciągle jeszcze w łóżku, ciągle jeszcze mam nie wstawać, bo kości jeszcze słabe, ale może to jeszcze tylko cztery tygodnie, może jakoś wytrzymam. Na pewno wytrzymam, bo to jeszcze tylko cztery tygodnie, mam nadzieję, że tylko cztery. Od kilku dni jestem nareszcie w domu. I się wściekam, bo leżę i plecy mnie bolą i dupa, a przecież byłam grzeczną dziewczynką.

Wesołego Dnia Kobiet dla wszystkich. Na marginesie zdarzeń.

Sierpień w Krainie Deszczowców 2

Czwarty tydzień okazał się cudem natury. Słońce świeciło od rana do wieczora, przez brudne szyby wpadało mnóstwo światła i wykurzało z domu zapach pleśni i mokrych kudełków Pana Psa. Pleśn odkryłam przypadkiem w starym kredensie, szczelnie zamkniętym w dolnej części, bo pustym i zaimpregnowanym jakimś przedwojennym olejem. Pleśń była biała i mięciutka i zmusiła nas do podróży do sklepu z produktami niszczącymi pleśń. Kredens, służący w swej górnej części za bibliotekę został uratowany.

Domek już bez drzewa – było po lewej stronie, teraz wygląda jak duży krzew

Pogoda skłoniła nas do wystawienia nosa dalej – pojechaliśmy nad morze, chyba pierwszy raz od dwóch lat. Morze niedaleko nas objawia się niewielką plażą, zimnym wiatrem wiejącym zawsze, ogromną przestrzenią pokrytą trawą i dziesiątkami statków wpływających i wypływających przez ujście Elby (Łaby), zmierzających do i z Hamburga. Wyglądają jak małe miasteczka z wysokimi domami. Niestety, na razie nie mogę pokazać, bo telefon nie chce oddać zdjęć. W każdym razie nad morzem wiało straszliwie, kiedy siedziałam na ławce na szczycie wału przeciwpowodziowego, a Pan i Władca spacerował energicznie wśród tłumów nad wodą.

Window

Piąty tydzień był rozpaczliwą próbą pogodzenia się z losem i pozostawienia mojego domku do następnego pobytu. Dopiero skończyłam zmiatanie pajęczyn, dopiero przycięłam bluszcz włażący do okien i udobruchałam dziko rosnącą lawendę, a już trzeba wracać… W ostatni dzień przed wyjazdem zjawił się długo oczekiwany pan Drwal, który zgodził się niedrogo ściąć stare drzewo chylące się niebezpiecznie na stronę sąsiada. Ściął je na wysokości dwóch metrów, zostawiając pień opleciony szalonymi pnączami. Drzewo okazało się być jakąś prehistoryczną hybrydą dającą jabłka o smaku gruszki i wszyscy żałowali, że już go nie ma, ale co by było, gdyby przewróciło się na pana Wulfa?

Powyżej: fragment domku dla ptaków, który był na ściętym drzewie i został omalże pożarty przez pnącza.

Czwartego września wyruszyliśmy na wschód…

Pod Spodem:

zainteresowanych informuję, że na moim drugim, podróżniczym blogu są nowe wpisy, nareszcie 🙂

http://www.distantcruise.video.blog

Sierpień w Krainie Deszczowców

Tak, nareszcie spędziłam pięć tygodni w moim domku cudnym. Kochani, całe pięc tygodni! Wprawdzie nie zaspokoiło to moich pragnień i ambicji w zakresie długości pobytu w mojej bajkowej krainie, ale dało mi namiastkę tego, czego mam nadzieje doświadczę, kiedy już będę mogła nareszcie zostać tam tak długo, jak będę chciała.

Pierwszy tydzień minął jak zawsze na sprzątaniu i pozbywaniu się setek pająków, które jak zwykle przekroczyły normy panoszenia się w każdym kącie. Gdybym miała arachnofobię, to zapewne już siedziałabym w najblizszym zakładzie dla obłąkanych, ale tym razem jeszcze się udało. Poza tym mieliśmy mnóstwo odwiedzi sąsiadów bliższych i dalszych, nie wiedzieć czemu wyrażających radość z powodu naszego przyjazdu.

Na dokładkę cały tydzień lało omalże bez przerwy. Siedzieliśmy więc pod kocykami, czytając Johna leCarre i gadając o tym, co jest do zrobienia i jak fajnie byłoby, gdyby wreszcie przestało lać.

Drugi tydzień zaczął się od przejaśnień i odrobiny ciepełka, co nie oznaczało końca opadów – Kraina Deszczowców chciała nam wynagrodzić tęsknotę i pokazać się z jak najlepszej strony. Pan i Władca spędzał teraz więcej czasu na obserwacji nieba, szykując się mentalnie do koszenia trawy, która jak wszystko tam wyrosła jak łan bambusów. Ja w przerwach na czytanie pod kocykiem wyobrażałam sobie jak pomaluję stare meble i co zrobię z ohydnym placykiem przed domem, który to placyk jest zasypany różnej wielkości kamieniami i porośnięty paskudnymi badylami, których za nic nie da się usunąć. No i pichciłam jakieś wyszukane obiadki, skomponowane z gotowców zakupionych w Aldim bądż Lidlu, starając się jeść jak najmniej treściwie. Pan Pies spędzał czas głównie na leżeniu i domaganiu się pieszczot, odmawiając stanowczo uczestniczenia w spacerach.

W trzecim tygodniu świat zaczął odrobinę schnąć, co pozwoliło na skoszenie trawy i przycięcie ogromnego żywopłotu, przez który nie przeszłyby nawet stada kóz. Uporządkowałam nieco wąski pasek ogrodu od strony południowej, gdzie rękoma PiW zostały wycięte w pień paskudne krzaki róż, róże i więcej róż, odsłaniając widok na wielką, zieloną połać sąsiedniego ogrodu.

C.D.N.

Nie ma go…

Wstaję rano i nie słyszę uderzeń ogona o posłanie… nie ma go, nie leży u siebie, czekając na poranne witanie i głaskanie i czochranie. Michy stoją puste, zawsze kiedy spojrzę, myślę, że trzeba nalać zimnej wody, ale zaraz przypominam sobie, że go nie ma… Nie skrada się już cichutko, jak wtedy, kiedy wracał ze spaceru, a mnie nie było tam, gdzie zwykle byłam, a on powolutku przechodził z jednego pomieszczenia do kolejnego, aż w końcu znajdował mnie w pralni, albo na tarasie. Kiedy wracam do domu ze sklepu, nie biegnie, żeby przywitać mnie już w garażu i przy okazji przekonać się, co przywiozłam. Nie ma go, kiedy jemy, a zawsze leżał niedaleko stołu, żebyśmy czasem nie zapomnieli dać mu smakołyków. Przestał się wreszcie martwić o nas i pilnować na każdym kroku, żeby nie stała nam się krzywda, jak dobry, czarny duch naszego domu.

Wszyscy go uwielbiali. Znali go wszyscy w okolicy, pozwalał się głaskać każdemu i był z siebie bardzo zadowolony, kiedy przytulał się do naszych ud i mówił nam: „zobacz jaki jestem grzeczny”. Nigdy nie zrobił niczego złego, był najgrzeczniejszym i najbardziej zrównoważonym psem na świecie. Pamiętam, kiedy po moim wypadku, kiedy siedziałam na zmarzniętej ziemi, wyjąc z bólu, on spokojnie położył się tuż obok mnie i pilnował, żeby już nie stała mi się żadna krzywda.

Rozumiał setki słów. Zawsze słuchał uważnie tego co do niego mówiłam, starając się wychwycić znane słowa. Czasem gadał z nami, protestując przeciwko zbyt małej ilości pieszczot, albo kiedy dostawał całuski w nos, a nie cierpiał tego bardzo… A teraz go nie ma i tak strasznie brakuje jego wielkiej głowy do przytulania… Zawsze starał się być wobec nas w porządku, wiedział, że i my jesteśmy w porządku wobez niego. Wielki, cierpliwy i dobry dzieciak.

Jeśli nasza miłość mogłaby cię ocalić, to powinieneś żyć wiecznie. Zawsze będziemy cię kochać.

Cnoty niewieście

Dziewczyny, jeśli chcecie ugruntować cnoty niewieście, to pamiętajcie:

Jeśli facet mówi, że coś naprawi, to naprawi. Nie trzeba mu o tym przypominać co 6 miesięcy.

*

Dom jest tam, gdzie nie trzeba nosić stanika.

*

Nie przejmuj się tym, co ludzie o tobie myślą. Nie robią tego zbyt często.

*

Zbalansowana dieta, to ciastko w każdej ręce.

*

Jeśli twój facet chce śniadanie do łóżka, to niech śpi w kuchni.

*

Za każdym człowiekiem sukcesu stoi kobieta. Za każdą kobietą sukcesu stoi ona sama.

*

„Miejsce kobiety jest w kuchni…gdzie siedzi wygodnie, popijajac dobre wino I przyglada sie, jak jej wybrany mężczyzna dla niej gotuje” Tessa

*

„Jeżeli wciąż nie poznałaś mężczyzny, u boku którego chciałabyś się zestarzeć, nie przejmuj się. Bez mężczyzny też sie zestarzejesz. Może tylko później” Maria Czubaszek

*

No i najważniejsze:

Jak kochać to księcia, jak je..ć to PIS

Czekam na wasze ugruntowywanie 🙂

For your eyes only*

*tytuł filmu o Jamesie Bondzie „Tylko dla twoich oczu” z 1981 roku, 12 film o agencie 007

Było tak:

6:15 – piątek, 25 czerwca, busik podjeżdża pod dom, pakujemy się do środka (Pan i Władca oraz ja) i o 8:15 jesteśmy pod kliniką w Ostravie.

9:00 – zaczynają się badania za pośrednictwem sześciu różnych urządzeń, w których świecą różnokolorowe światełka, albo widać malutkie domki i balony. Dowiaduję się, że mam astygmatyzm i zaćmę na prawym oku. Pan doktor każe mi następnie czytać literki, z których widzę tylko te do trzeciego rzędu i w dodatku tylko ich obrzeża.

11:20 – wizyta u doktora, który kieruje na operację (lub nie kieruje). Pan i Władca już skierowany, też ma zaćmę i ma dostać soczewkę, która poprawi mu widzenie. Mnie robi dodatkowo usg oka i wzywa innego lekarza, gadają szybko po czesku, zbyt szybko żebym mogła zdozumieć, ale kilka razy słyszę słowo „dziwne”. Potem tłumaczy mi, że zoperują zaćmę i wszczepią najprostszą soczewkę, ponieważ „waśz mózg nie pracuje razem z okiem”. Znaczy mam uszkodzony nerw i nawet najdroższa soczewka niczego nie naprawi.

12:15 – PiW już po operacji, jak cała reszta dostał opatrunek na oko i twierdzi, ze nic nie bolało. Wchodzę na salę operacyjną w specjalnym ubranku, pan doktor, ok. 2 metry wzrostu, z wielką, czarna brodą zapakowaną w siatkę wita się ze mną serdecznie. Układają mnie poziomo na fotelu i na bieżąco informują o wszystkim, co będą robić. Specjalna cerata na oko, polewają obficie znieczuleniem, tną oko, usuwają zaćmę (nieprzyjemne), umieszczają soczewkę, mówią co mogę czuć, poruszają nią na boki, żeby się uleżała prawidłowo (nieprzyjemne), leją krople, widzę niesamowite kolory i wielkie światło, kolory głównie intensywnie niebieski i różowy, zamykają nacięcia (trochę boli), mówią, że to koniec i ze wszystko poszło prawidłowo. Pan Doktor dziękuje mi za operację (???!!!), ja dziękuję jemu, pytam, czy usunęli mi przy okazji zmarszczki, wszyscy się śmieją, pan Doktor informuje mnie, że nie usunęli mi zmarszczek. Pielęgniarka odprowadza mnie do wyjścia i sadza na krzesełku. Minęło niecałe 10 minut.

13:30 – jesteśmy w hotelu w Chałupkach, niecały kilometr od granicy. Wszyscy goście mają zakryte jedno z oczu. Wszystko w porządku, czuję tylko, że mam jakieś badyle pod powieką, które swędzą i drażnią. Rzucam się na wyro i zasypiam.

8:20 – sobota, jesteśmy z powrotem w klinice. Opatrunki zdjęte, oka zakropione. Pan i Władca nie może uwierzyć, że z minus 7,5 dioptrii ma teraz minus 2,5. Ja nie mogę uwierzyć, że wyrażniej widzę kolory i bardzo razi mnie światło, a poza tym jest gorzej niż było, bo widzę dziwnie i niejednakowo, a poza tym oko do połowy wypełnia mi woda (tak czuję). Pan Doktor mówi, że jest super. Do kontroli za dwa tygodnie. Na shledanou i ahoj.

13:20 – już w domu.

I tyle. Wody w oku już nie mam, ale nie widzę dobrze. Akomodacja za bardzo nie działa, czasem widzę mglisto, cały czas chodzę w ciemnych okularach i zakrapiam 5 razy dziennie. Jeszcze tydzień do wyjazdu, zobaczymy. Pan i Władca będzie miał naprawione drugie oko i wtedy zobaczy, jak wygladam naprawdę 😉

Dziękuję wszystkim za życzenia, trzymanie kciuków i i serdeczności. Nawet trochę ślepa was kocham.

Nasz pałac hotel w Chałupkach

Ócz mych błękity

„Tonąc w srebrzystym ócz twoich błękicie,
Pod stopy twoje rzuciłbym me życie,
A razem żądzę uczuwam szaloną
Zabić cię jednym oczu moich błyskiem,
Bo wolałbym cię śmierci poślubioną
Widzieć, niż z innym splecioną uściskiem…” K. Przerwa – Tetmajer

Nie, nie, nie, żadnych uścisków, żadnego rzucania pod stopy i żadnych żądz. Tak mi się ten wierszyk przypomniał a propos… Jutro o szóstej rano wyjeżdżam na potencjalną operację oka, która potencjalnie ma mi przywrócić poprawne widzenie. „Przywrócić” to nie jest właściwe określenie, skoro właściwie od pół wieku tego poprawnego widzenia nie posiadam.

Jeśli sie zakwalifikuję, to wszczepią mi odpowiednią soczewkę i będę mogła… widzieć lepiej? Nie będę potrzebować okularów? Czytać dłużej niż 20 minut? Jeszcze nie wiem. Jeśli się nie zakwalifikuję, to zobaczę Ostravę i tyle.

Dam znać. A oczy mam piwne, cokolwiek to znaczy, choć wolałabym, żeby były koniakowe, albo chociaż burbonowe.