Moje Wróżki

28 stycznia 2019

Mam wielkie szczęście, bo mój blog odwiedzają wspaniałe dziewczyny, na które mogę liczyć w kwestiach wielu: pocieszenia, dołączenia do moich utyskiwań, albo odcięcia się od moich utyskiwań, stawiania mnie do pionu, kiedy upadam, albo walnięcia w łeb, kiedy się zapomnę, zrozumienia moich idei, obrony zwierząt, pozostawania po tej samej stronie barykady, kiedy trzeba rzucić kamień we wraże siły polityczne, współodczuwania, czyli empatii, pozostawania w proletariackiej czujności, kiedy dzieje się coś paskudnego oraz porad wszelakich, na czele z kulinarnymi, co w mojej sytuacji jest bardzo pożądane. Mój mózg nie wykształcił części odpowiedzialnej za gotowanie, więc nie potrafię nic ciekawego upichcić bez łopatologii. Wiem co mówię, bo wczorajsza lasagne… Cóż.

Myślę, że ludzkości, która ma jeszcze tylko dwie minuty do końca świata jaki znamy, nie zaszkodziłaby książka kucharska dla debili kulinarnych (takich jak ja) i może świat byłby bardziej oddalony od zagłady. Póki co, pełna pokory, prezentuję obrazek dnia („Mam kuchnię tylko dlatego, że była razem z domem”) i dziękuję Ani. 

I Matyldzie. I Magdzie. I Tess. I Basi. I Emmie. I Ervishy. I Kobiecie w Barwach Jesieni. I Pani z Belgii. I Kolewoczy. I Mary. I I wszystkim innym, których nie zdołałam wymienić.

Biedronki – reaktywacja

20 stycznia 2019

Zwykle w listopadzie, kiedy zdarza się ciepły, słoneczny dzień, z odległych krain, łąk, lasów, zagajników, pól, ogrodów i pobliskich krzaczków, na  mój ganek zlatują się biedronki (nie wiedzieć czemu zwykle jest to niedziela). Są różnej maści, choć wszystkie w odcieniach czerwieni lub pomarańczu, różnej ilości kropek i różnych rozmiarów. Wszystkie one – a jest ich zwykle kilkaset – starają się za wszelką cenę dostać do domu, żeby spokojnie spędzić w nim zimę. Wielu się to udaje, bo nie zamknęłam dla nich granicy ogród / dom i wciśnięte w różne zakamarki zasypiają cichutko. Po kilku miesiącach, nie wiedzieć czemu, przychodzi taki dzień, kiedy ci wszyscy moi goście i gościówy zaczynają wychodzić ze swoich kryjówek i zwiedzać dom. Zwykle są tolerowane, wiele z nich niestety ginie pod naszymi stopami, kiedy nieopatrznie znajdą się na podłodze, kilka zjada pies, zdarzają się też eksmisje do ogrodu, pod krzaczki lawendy, kiedy znajduję je w lodówce lub wręcz w jedzeniu. Te, które bezpiecznie dożywają do otwarcia okien, kiedy jest już ciepło, mogą iść tam, gdzie zwykle biedronki spędzają wiosnę i lato. I tak jest co roku i muszę przyznać, że bardzo mi odpowiada bycie częścią odwiecznego cyklu. Ale najważniejsze jest to, że zwykle reaktywacja biedronek zwiastuje przedwiośnie… I tego się trzymam. Póki co śnieg zniknął i Białe Tyłki odzyskały dostęp do oziminy sąsiada (zdjęcie z okna łazienki):

My Bambies in winter

A jakiś czas później zaczął padać śnieg… (widok z teg samego okna).

Snow is falling

Wiem, że wiosna blisko. Biedronki mi powiedziały.

Sound of Silence

15 stycznia 2019

Stałam tam ze wami wszystkimi w Gdańsku, z wami zapłakanymi, przestraszonymi, zadumanymi, pełnymi złości, pełnymi nadziei, zmęczonymi, smutnymi… Słuchałam słów nieśmiertelnej pieśni w ciszy, bo cóż właściwie można powiedzieć?

        Brzmienie ciszy

Witaj mroku, mój stary przyjacielu,

Przyszedłem znów z tobą porozmawiać,

Ponieważ delikatna wizja skradająca się we śnie,

Zasiała nasiona,

I ta wizja w mojej głowie

Wciąż pozostaje

W dźwięku ciszy.

W niespokojnych snach chodziłam sama

Po wąskich uliczkach bruku,

W kręgu aureoli latarni,

Podniosłam kołnierz na zimno i wilgoć

Kiedy moje oczy zostały ugodzone błyskiem neonu

To podzieliło noc

I dotknęło dźwięku ciszy.

I w nagim świetle zobaczyłam

Dziesięć tysięcy ludzi, może więcej.

Ludzi mówiących bez mówienia,

Ludzi słyszących bez słuchania,

Ludzi piszących piosenki, których głosy nigdy nie współbrzmią

I nikt się nie odważy

Zakłócić dźwięk ciszy.

„Głupcy” powiedziałam. „Nie wiecie

Że cisza rośnie jak rak.

Usłyszcie moje słowa, ​​mogę was uczyć,

Złapcie moje ramiona, abym mogła do was dotrzeć.”

Ale moje słowa spadały jak ciche krople deszczu,

I powtórzyły się echem

W studniach ciszy.

A ludzie skłonili się i modlili

Do stworzonego przez siebie neonowego boga.

A znak zamigotał ostrzeżeniem,

W słowach, które się tworzyły.

A ten znak powiedział: „Słowa proroków

są napisane na ścianach metra

I kamienicach. „

I szeptem w ciszy milczenia.

Tłumaczenie: moje

Ratujmy dziki!

9 stycznia 2019

Miało być o zimie i śniegu i pięknych okolicznościach przyrody, ale niestety nasz ulubiony rząd zaplanował na 12 stycznia masowe morderstwo na dzikach. Myśliwi mają zamordować 200 000 dzików (słownie: dwieście tysięcy), wraz z samicami w ciąży i warchlakami. Chcą nam wmówić, że w ten sposób zlikwidują ASF (to taka choroba świń), więc społeczeństwo powinno im być wdzięczne. Za każdego zamordowanego dzika myśliwy ma dostać kilkaset złotych (z naszych pieniędzy), więc darz bór. Proszę, podpiszcie petycję, może coś da się zrobić, żeby ocalić te piękne  i mądre zwierzęta, które nic złego nie robią, poza tym, że chcą żyć, co najwyraźniej przeszkadza rządowi, łącznie z miłośnikiem kotów panu prezesowi KJM (ku..a j..o mać). Link do petycji:

https://secure.avaaz.org/pl/community_petitions/Minister_Srodowiska_Nie_dla_masowego_odstrzalu_dzikow/?tXGsunb

„Minister Środowiska – Nie dla masowego odstrzału dzików:

12 STYCZNIA ROZPOCZNIE SIĘ WIELKIE POLOWANIE

My, wrażliwi na los wszystkich zwierząt i środowiska, stanowczo sprzeciwiamy się eksterminacji dzików w polskich lasach przez Polski Związek Łowiecki w ramach „walki” z ASF (afrykański pomór świń). Odstrzał ma objąć w sumie ponad 200 tys. osobników, także tych zdrowych (w tym samice i warchlaki). W praktyce może dojść do odstrzelenia całej populacji. 

Myśliwi otrzymają ekwiwalent finansowy w wysokości kilkuset złotych za zwierzę. Wobec krytyki ze strony naukowców i braku jakichkolwiek dowodów potwierdzających, że masowe wybijanie tych zwierząt zredukuje w znaczący sposób ASF, żądamy natychmiastowej zmiany decyzji w tej sprawie. Konsekwencją tej skandalicznej akcji będą nieodwracalne skutki nie tylko dla tego gatunku w naszym regionie, ale i dla środowiska naturalnego na tym obszarze. Niech zwycięży rozsądek i nauka, a nie polityka i lobby myśliwskie! „

Chciałabym, żeby wszystkie okoliczne dziki przyszły na mój teren i schowały się cichutko, bo tu żaden myśliwy nie ma wstępu!

Śnieżny Pan Pies i zajączek

8 stycznia 2019

Taaaak, sypie i sypie, jakby miało sypać do wiosny. Pan Pies po porannym spacerze wyglądał jak kula śnieżna z czarnym ogonem i wielkim, czarnym nosem. A ja się czuję, jakby święta i te wszystkie imprezy wypompowały ze mnie wszelki entuzjazm i siły życiowe. Zbieram się powoli, za bardzo powoli i oglądam różne hotele przy plaży w ciepłych krajach, choć wiem, że i tak nigdzie nie pojadę, bo brakuje czasu i pieniędzy, a za chwilę będzie za gorąco na ciepłe kraje i tylko Kraina Deszczowców nam zostanie. Ale dwa dni temu mieliśmy gościa przy płocie i znowu przestałam myśleć o bzdurach:

Hare came

No i mamy dziś piątą rocznicę przybycia Pana Psa do nas i umownie są to też jego urodziny, bo przecież ten, kto go porzucił gdzieś w lesie nie zostawił informacji na temat jego rodowodu, imienia, nazwiska, czy ulubionego jedzenia. Przywieźliśmy Pana Psa z czernyszowej fundacji, zabiedzonego i chudziutkiego, ostrzyżonego prawie do gołej skóry (miał sierść tak splataną i brudną, że trzeba go było ogolić), zmarzniętego i pewnie wystraszonego, choć nigdy nie dał po sobie poznać, że się boi. Wsiadł wieczorem, w ciemnościach do samochodu z dwojgiem ludzi, których nigdy w życiu nie widział, przytulił wielki łeb do nóg nowego pana i chyba przestał oddychać. W nowym domu czekało na niego posłanie i nowe miski i jedzenie i ciepło i tysiące przytulasów, a on tak strasznie starał się nas zadowolić, przewidzieć nasz reakcje na to, co zrobi, żeby tylko nie podpaść lub nas nie rozgniewać. Nigdy nas nie rozgniewał, nigdy nie mieliśmy powodu, żeby się na niego złościć, no może raz, kiedy dziabnął kłem jakiegoś faceta, który się pałętał po polach, nigdy nie zrobił niczego, co by nam się nie podobało, no może oprócz puszczania straszliwych bąków. Tak wyglądał pięć lat temu, kiedy już odważył się wyjść do ogrodu:

Quattro January 2014

Ważył wtedy 42 kilogramy. Teraz waży tyle, ile powinien – 57. Powinien dostać jakiś torck umownie-urodzinowy, ale musimy dbać o jego wagę, żeby jego cudne serce wytrzymało jak najdłużej. Idę przytulać :-)))

Nareszcie po świętach!

26 grudnia 2018

Och, jak dobrze po świętach! Wszystkie moje nieudane kulinarne wyczyny zniknęły, dzięki poświęceniu moich bliskich, dziękuję. Teraz już luzik, można wrócić do świata i poleżeć wielkim brzuchem do góry. Jestem w ciąży spożywczej, jak zawyrokowała moja chuda córka, ale nad odpowiednią dietą pomyślę później (nieokreślone później), bo jeszcze dużo ciasta zostało, a ponieważ pchodzi z cukierni, więc jest zjadliwe, w przeciwieństwie do wszystkich rzeczy, które udało mi się sknocić o wiele bardziej, niż w poprzednich latach. Poza niesmakiem kulinarnym, wesołe impresje: Mama (ja) i córka (D.)

Merry Christmas from E and D

Ho, ho, ho wszystkim!

Jeszcze szczypta magii…

23 grudnia 2108

Dziś rano na  świeżym śniegu zobaczyłam ślady lisa, saren i jakiegoś malutkiego stworzonka, zapewne mojej nornicy, która zżera mi wszystkie cebulowe kwiaty. To pierwsza magia dziś. Druga magia to ta, że nic jeszcze nie przygotowałam i nie kupiłam niczego na święta i nie wiem jak tak długo wytrzymałam bezczynnie. Trzecia magia to będzie, kiedy uda mi się coś jednak przygotować na czas, a czwarta magia… jest taka:

Santa cake from BHG

Przepisy dostępne na życzenie! To poniżej to Santa cup.

Nie wiem kto wymyśla te cuda, ale dla mnie, łasucha, najważniejsze jest to, że są jadalne!

I jeszcze coś malutkiego:

Christmas tree cups by BHG

Jak już pisałam przepisy są dostępne na żądanie (pochodzą z moich ulubionych amerykańskich czasopism „Country Living” i „Better Homes and Gardens”). Jak dla mnie to jest wystarczająca magia na święta w tym roku. Idę do roboty 😦

Magia…

20 grudnia 2018

Zgadzam się ze wszystkimi, którzy twierdzą, że święta nie mają już tej magii co kiedyś. Powody są różne, ale i tak wszystko sprowadza się do stwierdzenia, że to nie to co kiedyś. Wiem , mam takie samo odczucie już od wielu lat i nie przychodzi mi do głowy żadne wyjaśnienie, jak tylko takie, że taki mamy klimat. Cokolwiek to znaczy.

Ale trochę magii możemy jeszcze gdzieś uszczknąć, podkraść, podpatrzeć, wyśnić… Ja znajduję magię w tym:

Thomas Kinkade
Thomas Kinkade
Thomas Kinkade
Thomas Kinkade

Nasza rzeka w Krainie Deszczowców

16 grudnia 2018

Nasza rzeka płynie kilkaset metrów od domu. Chroni nas przed nia wysoki wał i szerokie łąki, gdzie nasza rzeka będzie mogła się wylać, gdyby zachciało jej się uciec z koryta. Nasza rzeka ma 153 kilometry długości i niedaleko od naszego domu wpływa do potężnej Elby, która zaraz potem wpływa do Morza Północnego. Rzeka nazywa się Oste i jest grzeczną rzeką, po której można pływać żaglówkami, łodziami i małymi barkami. Wije się malowniczo wśród łąk, pastwisk i niewielkich lasów. Mieszkają nad nią tysiące ptaków różnej wiekości, a cały ten nadrzeczny obszar jest wielkim rezerwatem

Tak wygląda obok naszego domu – jest pogłębiana, stąd te stosy żwiru. Po drugiej stronie jest małe miasteczko.

Oste river

Często w rzece płynie słona woda. Zdarza się to wtedy, kiedy wieje silny wiatr z północnego-zachodu.

Oste river

A to jest most zwodzony nad naszą rzeką, około 4 kilometry od naszego domu. Można dojechać rowerem, a potem stać tam i gapić się na przepływającą pod mostem wodę i stateczki i łódeczki i kaczuszki.  Takie małe porty jak ten poniżej można znaleźć po obu stronach rzeki.

Drawnbridge and Oste river
Oste river

Widok na Oste z mostu. Niedaleko za zakrętem mieszkamy my, na lewym brzegu. A na prawym jest rezerwat ptaków, rezerwat wiatraków i zaraz potem wielka Elba.

Oste river from the bridge

Nad rzeką są malownicze wioski, takie jak ta poniżej. A ta droga za 3 metry skończy się w rzece. 

Hamlet by the river Oste

Bzdurki

12 grudnia 2018

Zamiast szykować się do corocznego panikowania, postanowiłam zrobić coś, co lubię najbadziej, czyli naprawić coś starego, coś zniszczonego i tym razem nawet coś niebieskiego. Uwielbiam przywracać starym przedmiotom urodę, choć tu oczywiście możnaby się spierać o gusta. Jak wiecie, wraz ze starym domem stałam się posiadaczką tysiąca różnych przedmiotów, z których połowa nadaje się do oddania, a druga połowa do umieszczenia w kufrze na strychu. Wśród tej drugiej (większej) połowy (bo wiadomo, że połowy mogą być większe i mniejsze) znalazłam stare, metalowe puszki różnych kształtów i rodzajów. Na razie wybrałam dwie i troszeczkę je poprawiłam i teraz mogę w nich trzymać różne rzeczy.

Ta pod spodem wygladała mniej więcej tak:

Old metal box

Puszka była kiedyś domem dla duńskich ciasteczek maślanych (uwielbiam). Teraz wygląda tak:

Renovated old metal box

Zdjęcie jest fatalne (nie miałam czasu, przepraszam), ale oddaje ducha starej – nowej rzeczy. Kolejna puszka była w lepszym stanie, ale była pomalowana ohydnym, brązowym lakierem i nie mogłam jej znieść. Teraz wygląda tak:

Renovated metal box

Nie są to arcydzieła, nie są to nawet dzieła, ale myślę, że puszkom jest przyjemniej w nowych ubrankach.