Słońce dziś wstało o 7:56. Wstało na czerwono, jak prawie codziennie i natychmiast połknęły je chmury. Pewnie będzie padać, jak prawie codziennie w Krainie Deszczowców. Pan Pies, jak prawie codziennie leżał w swojej komórce pod schodami na grzbiecie, z łapami do góry, przygotowanymi do witania, a ogon walił głośno w ścianę. Jak prawie codziennie zeszliśmy z góry i rzuciliśmy się na niego z głaskami, pieszczotami i czułymi słówkami.
Potem kawka i śniadanko, w niedzielę zawsze jajecznica, poranne pogaduchy, a za kuchennym oknem ciemna zieleń rododendronów, które zasłaniają nas od świata i światła. Buszują w nich małe ptaszki, które wyglądają jak pierzaste, szare kulki. Jeszcze kromeczka z arcysłodkim dżemem truskawkowym z mango, jeszcze filiżanka gorzkiej kawy. Trzeba iść z Panem Psem na spacer, choć wieje. A tymczasem za południowym oknem inni też jedzą śniadanko:
Zacznę od magicznego zwierzęcia, którego znaleźć się nie da, ale za to słychać je dobrze, zwłaszcza w nocy. Stukot pazurków po drewnianych deskach, które dla nas są sufitem (deski, nie pazurki), a dla zwierzęcia podłogą. Cichutkie skrobanie tuż nad naszymi głowami, które zaczyna się przed północą i trwa… Chroboty i stukanie za ścianą naszej nowo powstałej łazieneczki na górze… Tak, to nasza kuna, która zrobiła wielką dziurę w dachu. Dziura została załatana przez pana Wojciecha, którego w czarodziejski sposób znaleźliśmy niedaleko naszej wsi. Boimy się, że magiczne zwierzę będzie chciało mieć nową dziurę, my będziemy chcieli mieć dom bez deszczu w środku i tak to będzie trwało. Na szczęście we wsi obok mieszka Łowca, który obiecał zastawić na zwierzę pułapkę, a potem wywieźć je daleko, daleko… Cóż, gdybym miała się założyć, to stawiam na kunę.
Inna historia: Pewnego poranka, jak każdego poranka poszliśmy z Panem Psem na spacer. Kiedy krowy pasą się daleko, idziemy w stronę rzeki, omijając kałuże i krowie placki. Dygresja: Pan Pies pięknie omija zarówno jedno, jak i drugie. Więc idziemy sobie krowią ścieżką na wał, pod górę, a potem w dół, wzdłuż rzeki, gdzie mieszka tysiące ptaków i innych stworzeń. Dobra, więc idziemy sobie i nagle widzę jakieś dwa zwierzaki pluskające się w błotnistej wodzie. „Szczury” – myślę z przerażeniem, bo tyle się nasłuchałam o wielkich osobnikach pływających w rowach melioracyjnych. Pan Pies też zauważył i pociągnął gwałtownie. „Szczury?” – pomyślałam, kiedy podeszliśmy bliżej. Widzę szerokie głowy, siwe wąsy i małe łapki złożone razem jak do modlitwy. No i dużo większe niż szczury! Nie widzę za dobrze, bo taka jestem młoda, ale przysięgłabym, że te mokre pyszczki się UŚMIECHAJĄ. Zdębiałam z lekka, ale wtedy Pan Pies zaczął szczekać. Trudno mu się dziwić, on też nie widział nikogo podobnego. Zobaczyłam tylko jak stworzonka płyną w kierunku trzcin i znikają.
Poniżej: Pan Pies obserwuje miejsce, w którym kąpały się wąsate pyszczki:
Nie widzieliśmy tych stworzeń nigdy więcej. Pan Pies jednak zawsze. kiedy idziemy w stronę rzeki, siada i patrzy z nadzieją w mętną wodę. Nigdy nie rozmawiamy o tym spotkaniu z tajemniczymi zwierzętami, ale oboje myślimy, że to były… wydry. Prawdziwe.
W języku swahili „hakuna matata” znaczy „nie martw się”. Ale niestety muszę się martwić i to powyżej średniej (bo zwykle martwię się wszystkim, w skali 1-10 to zwykle około 4-5).
Otóż mamy zwierzątko. Zwierzątko przyszło do nas na zimę, choć wiemy, że nigdy się samo nie wyniesie. Zwierzątko jest śliczne i zapewne mądre, ale jest też obrzydliwe w postępowaniu, nie ma sumienia ani litości i musimy to niestety nienawidzić. Zwierzątko nazywa się kuna i jak na razie zniszczyło nam dach:
Distroyed roof in our Rainland
Wiemy, że jeśli nie pozbędziemy się go szybko, to zniszczy też całe ocieplenie, poprzegryza kable elektryczne (co już miało miejsce), zrobi więcej dziur w strzesze, rozmnoży się, będzie składować śmierdzące żarcie, będzie tupać głośno w nocy i nie wiadomo, czy nie dostanie się do środka… o ile już się nie dostało.
Distroyed roof in our house in Rainland
Nie ma nas tam teraz i nic nie możemy zrobić. Bardziej już osiwieć nie mogę ze zmartwienia, mogę tylko się popłakać z bezsilności… Jeśli ktokolwiek zna sposób na pozbycie się tego… potwora, proszę niech da znać.
Znów jest bardzo zielono w Krainie Deszczowców, ale skoro pada cztery razy dziennie… Krowy znowu zniknęły z łąk, ponieważ poszły spełniać swoją kolejną powinność – dać się zapłodnić. Nie wiem, czy prokreacja jest dla nich fajna, więc nie wiem, czy im współczuć, czy nie. Póki co korzystamy z ich nieobecności na nadrzecznych pastwiskach i łazimy z Panem Psem nie przejmując się mżawką.
Nasz najbliższy Pan Sąsiad H. zjechał do swojego domu letniego wraz ze znajomymi. Poza piciem piwa i podziwianiem naszej odnowionej chaty, ich wizyta zaowocowała filmikiem z drona (u mnie filmiku nie ma, gdzieś zaginął w cyberprzestrzeni, zostało tylko zdjęcie):
View from the air of our Rainland
Na samej górze widać wał przeciwpowodziowy i kawałek nadrzecznych łąk. Wał wydaje się płaski z góry, ale uwierzcie mi, nie jest płaski, jest wysoki. Zresztą płacimy za jego utrzymanie 16 euro rocznie, więc musi być wysoki 🙂 Trochę niżej jest droga, która prowadzi do domu Bremeńczyków – ostatniego domu w wioseczce. Tam droga się kończy i zaczynają się pola i pastwiska. Bremeńczycy przyjeżdżają tylko na weekendy i nieczęsto ich widujemy, a poza tym ciągle mają problemy z domem, który kupili w zeszłym roku.
Małe coś poniżej drogi to cysterna na wodę dla zwierząt, a te dwa czerwone dachy to dom i warsztat naszych sąsiadów, którzy mieszkają tu na stałe i są przemili i niezwykle uczynni. Mają śliczną beagle-elkę Mabel, która bardzo chciałaby się bawić z Panem Psem, ale on jest za głupi, żeby to pojąć.
Nizej jest wiele drzew i dom z jasnym dachem. To ogród i dom naszych najbliższych sąsiadów. Wypiliśmy razem wiele piwa i innych trunków, więc możemy spokojnie stwierdzić, że są w porządku. Przyjeżdżają co kilka miesięcy, na codzień mieszkając 500 kilometrów na południe.
A ten mały domek ze strzechą i scianą z bluszczem to nasza chata. W ogrodzie widać domek dla kosiarki i granatową plamkę stawu z rybkami, a po drugiej stronie domeczek z sauną, parasol pod którym zapewne siedzimy i wiatę na samochód z dachem z blachy, dalej wąską drogę i pola kukurydzy.
Na dole widać dróżkę prowadzącą do domu sąsiada, który ma ponad 90 lat i rzadko opuszcza dom. Ale nas już odwiedził dwa razy i bardzo smakowało mu ciasto. Przyniósł mi (zamiast bukietu) wielki kwiat słonecznika (sztucznego). Czyż nie jest słodki?
Proszę, jedno zdjęcie z drona, a tyle andronów :-)))
Było gorąco. Pewnego dnia spojrzałam na termometr: było 41 stopni w cieniu. To najwyższa temperatura jaką przeżyłam (ledwo) i rekord 40 stopni w tunelu świętego Bernarda został pobity. Poza tym straszna susza wygoniła krowy z pastwisk, wróciły do swoich obór, nie mając co jeść na zwykle zielonych łąkach. Znajdowaliśmy zabite przez upał ptaki, a w ogrodach suche liście opadały z drzew. Po kilku dniach zaczęło padać, a po następnych kilku krowy wróciły na znowu zielone trawy.
Pewnego dnia przyjechała nasza ekipa remontowa, pracowali strasznie ciężko przez 11 dni, a kiedy pojechali mogłam się wreszcie wykąpać i to była piękna chwila. Mogłam też zacząć sprzątać koszmarny bałagan. Sprzątałam przez 10 dni, od rana do wieczora, ścierając każdy pyłek ze wszystkiego i to wielokrotnie, bo kurz wracał jak bumerang, na szczęście w coraz mniejszej ilości. Każda rzecz była zakurzona, każdy fragment domu, każdy przedmiot i bibelot, wszystko tonęło w kurzu. Najbiedniejszy był Pan Pies, który musiał mieszkać w kurzu, nie miał się gdzie podziać i często był „przekładany” na inne miejsce, bo zwykle kładł się w najbardziej uczęszczanym miejscu i oczywiście w największym bałaganie. Dzięki temu wymyśliłam nowe Prawo Murphy’ego: „Pies w czasie remontu zawsze kładzie się tam, gdzie najbardziej przeszkadza”.
Pan i Władca przyjechał, kiedy już było po wszystkim. A ja nie mogę chodzić do dziś, bo nawaliły mi kolana i nie mogę się schylać, nie wiem dlaczego, hihihi…
Na koniec kawałek domku, który niczego nie wyjaśnia:
Kilka bajeczek, które mogą być aktualne w naszej rzeczywistości obecnej, czyli współczesnej. Każdy znajdzie analogie. No, może nie każdy.
Autorem jest nieodżałowany Andrzej Waligórski:
„Przyszedł gość do doktora, biada na swe zdrowie. Jakaś mi żaba – mówi – wyrosła na głowie. Umówmy się – odrzekło to zwierzę niegłupie – nie ja jemu na głowie, lecz on mnie na dupie.
Zrobił wilk elektrownię, lecz by prąd uzyskać Spalał w niej cały węgiel z kopalni od liska. Kopalnia z elektrowni cały prąd zżerała, Stąd brak światła i węgla. Ale system działa!
Raz ordynarny niedźwiedź kucnąwszy na łące W dość niewybredny sposób podtarł się zającem. Zając się potem chwali żonie po obiedzie: – Wiesz stara, nawiązałem współpracę z niedźwiedziem!
Kiedyś pijany zając włóczył się po rżysku, A spotkawszy niedźwiedzia naprał go po pysku. Niedźwiedź wpadłszy do domu wrzasnął – Leokadio! Coś się chyba zmieniło, włącz no prędko radio!
Udzielał raz wywiadu kotek, że jest zdrowy, Wtem uszki mu opadły, oczki wyszły z głowy. Pękł mu brzuch, ogon, płuca i głosowa struna Wreszcie zdębiał, ocipiał, zesrał się i umarł”
Nie wiem, jaki jest stosunek mieszkańców „reszty Polski” do tzw. pielgrzymów, ale wszyscy mieszkańcy Częstochowy których znam, uważają ich za element niepożądany. Oczywiście „element niepożądany” to eufemizm, bo kryje się w tym określeniu wiele agresji, złości i bezradności. Myślę, że podobnie czuli się ludzie w małych miejscowościach, w których stacjonowały oddziały wojsk.
Szósta rano. Droga, którą idą jest oddalona od naszego domu o co najmniej 600 metrów, ale nawiedzone głosy śpiewające święte pieśni słychać nawet z pięciu kilometrów. I wierzcie mi, nie są to głosy ludzi, którzy potrafią śpiewać, a głosy kobiet brzmią jak wycie opętanych. Głos wzmocniony przez megafony niesie się daleko i odbiera możliwość snu, podnosi ciśnienie i (przepraszam z góry) wkurwia. Gdybym chciała tego słuchać, poszłabym do kościoła i nie chcę, żeby kościół / klasztor przychodził do mnie.
Południe. Ciągle idą i zawodzą. Wielu mieszkańców ma chęć kupić kałacha, żeby mieć trochę spokoju. Kończą czasem przed drugą, a czasem nie. A apogeum jest przed 15 sierpnia. Ale wtedy nas tu nie ma. Jesteśmy tam, gdzie religia nie powoduje u ludzi martwicy mózgu.
Od tygodnia jesteśmy z powrotem w Wielkim Domu. Remont w Krainie Deszczowców jest na etapie schnięcia wylewek po założeniu ogrzewania podłogowego. Możemy tam jechać za trzy tygodnie, kiedy beton zastygnie i będzie można położyć na nim podłogi. Pan Pies ucieszył się z powrotu, bo tu ma wielki obszar do obwąchania i wiele zwierząt do wytropienia. Ale najważniejsze, że ma tu najwygodniejsze łóżeczko na świecie: wielkie, mięciutkie i wygodne, na którym można się wylegiwać na jednym boczku, na drugim boczku i jeszcze na pleckach.
Pan Pies zaczyna być staruszkiem. Śpi długo, długo i łapki przestały go słuchać, kiedy próbuje się podnieść z posłania. Chodzi wolniej i jakby ostrożniej, choć cieszy się jak dawniej. W czarnych włosach coraz więcej srebra i czasem nie je śniadań. Ma około dziewięciu lat (nie wiemy dokładnie, bo jest ze schroniska) i niestety jego rasa skazuje go na śmierć w wieku najpóźniej 12 lat. Staram się o tym nie myśleć, ale strach przed stratą mojego cudownego stworzenia czasem mnie powala.
Quattro – black russian terrier
Poza tym od powrotu Pan Pies ma biegunkę (6 dni) i mimo stosowania różnych lekarstw (węgiel, smecta) nie za bardzo jest lepiej. Pani Vet dziś dała mu antybiotyk i kazała kupić nitrofurazyd, ale martwię się, czy to nie jest nic poważniejszego. Tyle dni! Dobrze, że pije normalnie i nie wygląda na biedaczysko z bólem brzucha. Mój słodki!
To tylko pies, tak mówisz, tylko pies… A ja ci powiem, że pies to czasem więcej niż człowiek On nie ma duszy, mówisz… Popatrz jeszcze raz Psia dusza większa jest od psa My mamy dusze kieszonkowe, maleńka dusza, wielki człowiek Psia dusza się nie mieści w psie I kiedy się uśmiechasz do niej, ona się huśta na ogonie A kiedy się pożegnać trzeba i psu czas iść do psiego nieba To niedaleko pies wyrusza, przeciez przy tobie jest psie niebo Z tobą zostaje jego dusza (B.Borzymowska)
Pogoda: rano lało, potem przestało, jest chłodno i ślicznie.
Wesoła wydra, w pasiastym ubranku wita przyjezdnych przy wjeździe do Otterndorf, czyli Wioski Wydr. Dwie wesołe wydry z wąsatymi pyszczkami bawią się obok ratusza na wielkim kamieniu, błyszczące od spływającej po nich wody z fontanny. (widać je na tle piwnicznego okna budynku Ratusza):
Town hall with otters little fountain
Miasteczko nie jest naszym najbliższym miasteczkiem, ale jest większe i jest tam biblioteka, do której jeździmy chociaż raz w tygodniu, żeby skorzystać z internetu. Poza tym są tu sklepy, których nie ma w pobliżu nas i jest też plaża i widać morze i są tu jarmarki i inne wydarzenia, króre nie wiedzieć czemu najczęściej odbywają się w trakcie ulew i lodowatego wiatru. Miasteczko nie jest najpiękniejsze na świecie, ale nam wystarcza jako odskocznia od wioseczki, w której mieszkamy.
A obok kościoła (tak, tak, kościół też tu jest) i serii sklepików różnej maści (drogich…) i kilku restauracji odbywa się mały spektakl uliczny:
A tu (poniżej) mieści się harbaciarnia z setkami gatunków herbat i wielu różnych mydełek, ziół, amuletów, filiżanek do kawy i herbacianych kubków i słoni z podniesionymi trąbami:
Najpiękniejszy jest ptak na szczycie jednej z kamienic. A w bocznej uliczce są też inne ptaszki, które mieszkają na dachu (to jeden z najładniejszych zaułków miasteczka, malutkie domki ze ślicznymi ogródkami):
Side street with lovely witch on a bromstick
Poza tym Wydrowa Wioska jest uzdrowiskiem i ceny są tam wielkie jak rzeka Elba, ale za to są tłumy turystów, których widok przekonuje nas, że my jesteśmy TUTEJSI!
Dziś będzie o ogrodzie, który rozwala się przy zachodniej stronie domu. Różnica między dwoma częściami, czyli tej od ulicy i zadnią polega głównie na tym, że w zadniej niewiele da się zrobić. Rośliny tam stare i dobrze wyrośnięte (i wrośnięte) i można jedynie kosić trawę, o ile nie pada.
Zwykle trawa jest tak nasiąknięta wodą, że kosiarka działa jak wypluwacz (cokolwiek to jest, ale tak właśnie działa). Wszystkie krzewy są kolczaste (oprócz jednej różowej hortensji), natomiast drzewa są absolutnie pozbawione kolców! Takie cuda się tu dzieją! Po lewej widać orzech włoski, po prawej te wielkie, to są Wielkie Drzewa, a kiedy spojrzycie na godzinę pierwszą (na zdjęciu, kiedy spojrzy się na nie tak, jak na cyferblat zegara) to zobaczycie prawdziwe drzewo pigwowe! Nie mogłam uwierzyć, kiedy w zeszłym roku zobaczyłam żółte owoce, przypominające kształtem jabłuszka. Upiekłam z nich dwa ciasta crumbles, ale to już inna historia.
Takich zakątków jest w ogrodzie wiele. Roślina, która oplata wysoki krzew to odmiana chmielu, która nie ma szyszek, za to jest obrzydliwa w dotyku i rozrasta się jak zaraza. Walczymy z nią już drugi rok, ale nie można się jej pozbyć bez napalmu, albo armii chmielożernych stworzeń.
Z okna po zachodniej stronie domu widać to:
Z góry wygląda to lepiej, bo brudna woda i uschniete liście (w wodzie!) nie rzucają się w oczy. W sadzawce mieszkają czerwone i żółte rybki. Małe biedactwa przeżyły zimę, mimo że nikt ich nie karmił, były pozostawione same sobie, ale mam wrażenie że teraz jest ich dużo więcej niż jesienią. Skoro się rozmnożyły, to znaczy, że nie jest im bardzo źle.
Sadzawka powinna być czyszczona przez naszego sąsiada, który odziedziczył ten obowiązek po swoim ojcu, wraz z domem i wielkim ogrodem. Sadzawka jest akwenem granicznym i choć w całości leży po naszej stronie ogrodu, to Paul (poprzedni właściciel) zapewnia nas, że nie musimy się tym przejmować. Ale jak się nie przejmować biednymi stworzeniami, gdy populacja rośnie, a woda coraz brudniejsza?
Czasem wcześnie rano widzę parę dzikich kaczek, które chyba u nas nocują. Niestety Pan Pies płoszy je co rano i obawiam się, że przestaną do nas zaglądać. Mieszka tu też zielona żabka, która przyszła w odwiedziny jesienią. Kiedy zeszłam rano z poddasza, siedziała spokojnie na fotelu, jakby przyszła na poranną herbatkę. Wzięłam ją w złączone dłonie i zostawiłam na brzegu sadzawki.
My garden in Rainland and a Frog
To nie była ta żaba, tamta była malutka i zielona. Ale ta też u nas mieszka wśród wielkich liści. Znalazłam ją przez przypadek, taka była zamaskowana. Czasem ją odwiedzam z Panem Psem.