Wesołych

Wesołych dni świątecznych dla was kochani.

I trzymajcie kciuki za mnie, we wtorek rano poderżną mi gardło (i usuną kolejną przytarczycę, kolejną z rakiem, tym razem wcześniej niż poprzednim razem, więc zasraniec nie połamie mi kości, nie zniszczy trzustki i nie każe leżeć pół roku). Tylko przeżyć, a potem znów będzie cudownie.

Hamburg, szósta rano

Deszcz pada poziomo. Właściwie nie pada, tylko leje, wichura rąbie tym deszczem w samochód, ale w ciemnościach widać tylko to, co pojawia się w światłach reflektorów. Do Hamburga mamy tylko 100 kilometrów, ale dzisiaj droga zajmuje prawie trzy godziny.

Do Hamburga wjeżdżamy o szóstej rano, ulewa i wichura jeszcze przybierają na sile, ale przynajmniej latarnie rozświetlają ciemność. Jazda przez miasto zajmuje nam godzinę, do celu przybywamy przed czasem, mogę spokojnie dojść z parkingu, zarejestrować się i ochłonąć.

Schon Klinik w Hamburgu. Ponoć najlepszy szpital w północnych Niemczech. Super. Obym nie musiała tu zostać. Po godzinie czekania proszą mnie do gabinetu. Pani Oberärztin (Starszy Lekarz?) na szczęście zna angielski i informuje mnie, że scyntygrafia wskazuje, że moja choroba wróciła, ale nie wie, co ma z tym zrobić, bo w ciągu 20 lat mieli tylko jeden przypadek takiego raka, więc się skonsultuje z Profesorem i da mi znać. Prosi, żebym przetłumaczyła na angielski hist-pat i epikryzę ze szpitali w Polsce. Jasne. Mam to wszystko w dupie, najważniejsze że możemy wracać do domu.

Kiedy wychodzimy z kliniki jest już jasno i pięknie. Hamburg jest piękny. Pogoda jest piękna, droga do domu jest piękna. Życie jest piękne.

Wczoraj zadzwoniła. Profesor radzi, żeby zrobić operację. Da znać kiedy, ale prawdopodobnie w kwietniu. Jasne. Szczęśliwego Nowego Roku.

Na górze

Dziś pierwszy raz w tym roku poszłam po schodach (9 + podest + 9) na piętro mojego domu. Poszłam to może za dużo powiedziane, raczej wlokłam nogi, podpierając się na rękach, sapiąc głośno i jęcząc cicho. Jeszcze nie chodzę, raczej robię próby chodzenia z balkonikiem, a kiedy wczoraj spróbowałam zrobić krok bez podparcia, okazało się, że nie mam mięśni. Mało nie upadłam, ale na szczęście wózek był blisko.

Tak więc weszłam na górę. Marzyłam o tym od dawna, wyobrażałam sobie mój piękny pokój, gdzie leżą moje niedokończone arcydzieła, moje ciuchy, książki z dzieciństwa, naszyjniki, korale i kolczyki, zbiór rodzinnych dokumentów i balowe rękawiczki. Wszystko było na swoim miejscu, nieco zakurzone i zapomniane. Taka wyprawa do zaginionego świata.

Było cudownie. Pooglądałam swoje spódnice, sprawdziłam co właściwie mam w szufladach, wyrzuciłam rachunki z 2010 roku, posiedziałam na kanapie… Potem z pomocą Pana i Władcy zeszłam na dół, gdzie teraz toczy się moje życie, gdzie jest moje paskudne szpitalne łóżko, gdzie mogę swobodnie jeździć na wózku, gotować, robić pranie i odkurzać.

Jasne, że chciałabym gdzieś jechać, coś zobaczyć, albo chociaż móc wyjść z domu i pochodzić po ogrodzie. Ale byłam dziś na wielkiej wyprawie. 9 stopni plus podest plus 9 stopni. Kilimandżaro.

Matura

Od tego wszystko się zaczęło. Od zdania matury. Taka obowiązkowa rzecz, którą trzeba zaliczyć, żeby wejść w dorosłość, cezura pomiędzy zależnością a wolnością, podleganiem i własnymi wyborami. Albo tak mi się wtedy wydawało, bo ilość kiepskich wyborów, jakich dokonałam zajęłaby ze sto stron w mojej biografii, gdyby ktoś ją kiedyś napisał.

Moja pokopana rodzina ma szczytne osiągnięcia na niwie zdawania matur. Jeden dziadek nigdy nie doszedł do tego etapu edukacji, drugi zdawał maturę w trybie eksternistycznym, ponieważ chcąc zarobić, grał na gitarze na seansach w niemym kinie i został za to z prestiżowej szkoły wywalony. Babcie, przygotowywane do życia „przy mężu” matury zdały dopiero po wojnie, za sprawą dobrodziejstw komunistycznego systemu edukacji. Ja swojej matury nie pamiętam, zdawałam ją w jakimś amoku, podsycanym przez szalejącą wiosenną przyrodę, ale dobrze pamiętam zachwyt nad własną mocą i poczucie pustki, kiedy było już po wszystkim.

Potem popełniłam wszystkie możliwe błędy, które przywiodły mnie do „tu i teraz”. I tyle.

Dziesięć tygodni

Ale mnie nie było dłuuuugo. Dłuuuuuuuuuuuuuugo. Aniu, Basiu, Magdo i inni kochani, dziękuję za wsparcie, dziękuję za współodczuwanie, pocieszanie, rozśmieszanie, wypełnianie mi czasu, za gadanie ze mną i wirtualne przytulanie. To był dla mnie okropny czas, okropny, straszny, pełen strachu i bólu, zwątpienia i rozpaczliwego szukania pociechy.

Dwudziestego szóstego grudnia złamała mi się noga. Tak się złamała sama, po prostu, trach i już. Jak słomka ptysiowa. Okazało się, że mam raka i nawet nie mogą mnie poskładać, bo muszą czekać na wynik biopsji. Po kilku tygodniach znów operacja – uff, noga poskładana jakimiś śrubami i płytami metalowymi, nareszcie ból mniejszy, ale druga noga też zagrożona złamaniem, więc o wstawaniu nie ma mowy, a kolejne badania wykazują, że mogę połamać się wszędzie, więc leżę i leżę i się wściekam i płaczę i narzekam i plecy mnie bolą i dupa i wszystko mnie boli od tego leżenia.

Po kilku tygodniach panowie ortopedzi (kocham ich) ustalają diagnozę i zostaję przewieziona z Piekar Śląskich do szpitala w Katowicach. Badania, badania, operacja, guz usunięty, można zdrowieć. I tak sobie zdrowieję do dziś, ciągle jeszcze w łóżku, ciągle jeszcze mam nie wstawać, bo kości jeszcze słabe, ale może to jeszcze tylko cztery tygodnie, może jakoś wytrzymam. Na pewno wytrzymam, bo to jeszcze tylko cztery tygodnie, mam nadzieję, że tylko cztery. Od kilku dni jestem nareszcie w domu. I się wściekam, bo leżę i plecy mnie bolą i dupa, a przecież byłam grzeczną dziewczynką.

Wesołego Dnia Kobiet dla wszystkich. Na marginesie zdarzeń.

Cnoty niewieście

Dziewczyny, jeśli chcecie ugruntować cnoty niewieście, to pamiętajcie:

Jeśli facet mówi, że coś naprawi, to naprawi. Nie trzeba mu o tym przypominać co 6 miesięcy.

*

Dom jest tam, gdzie nie trzeba nosić stanika.

*

Nie przejmuj się tym, co ludzie o tobie myślą. Nie robią tego zbyt często.

*

Zbalansowana dieta, to ciastko w każdej ręce.

*

Jeśli twój facet chce śniadanie do łóżka, to niech śpi w kuchni.

*

Za każdym człowiekiem sukcesu stoi kobieta. Za każdą kobietą sukcesu stoi ona sama.

*

„Miejsce kobiety jest w kuchni…gdzie siedzi wygodnie, popijajac dobre wino I przyglada sie, jak jej wybrany mężczyzna dla niej gotuje” Tessa

*

„Jeżeli wciąż nie poznałaś mężczyzny, u boku którego chciałabyś się zestarzeć, nie przejmuj się. Bez mężczyzny też sie zestarzejesz. Może tylko później” Maria Czubaszek

*

No i najważniejsze:

Jak kochać to księcia, jak je..ć to PIS

Czekam na wasze ugruntowywanie 🙂

For your eyes only*

*tytuł filmu o Jamesie Bondzie „Tylko dla twoich oczu” z 1981 roku, 12 film o agencie 007

Było tak:

6:15 – piątek, 25 czerwca, busik podjeżdża pod dom, pakujemy się do środka (Pan i Władca oraz ja) i o 8:15 jesteśmy pod kliniką w Ostravie.

9:00 – zaczynają się badania za pośrednictwem sześciu różnych urządzeń, w których świecą różnokolorowe światełka, albo widać malutkie domki i balony. Dowiaduję się, że mam astygmatyzm i zaćmę na prawym oku. Pan doktor każe mi następnie czytać literki, z których widzę tylko te do trzeciego rzędu i w dodatku tylko ich obrzeża.

11:20 – wizyta u doktora, który kieruje na operację (lub nie kieruje). Pan i Władca już skierowany, też ma zaćmę i ma dostać soczewkę, która poprawi mu widzenie. Mnie robi dodatkowo usg oka i wzywa innego lekarza, gadają szybko po czesku, zbyt szybko żebym mogła zdozumieć, ale kilka razy słyszę słowo „dziwne”. Potem tłumaczy mi, że zoperują zaćmę i wszczepią najprostszą soczewkę, ponieważ „waśz mózg nie pracuje razem z okiem”. Znaczy mam uszkodzony nerw i nawet najdroższa soczewka niczego nie naprawi.

12:15 – PiW już po operacji, jak cała reszta dostał opatrunek na oko i twierdzi, ze nic nie bolało. Wchodzę na salę operacyjną w specjalnym ubranku, pan doktor, ok. 2 metry wzrostu, z wielką, czarna brodą zapakowaną w siatkę wita się ze mną serdecznie. Układają mnie poziomo na fotelu i na bieżąco informują o wszystkim, co będą robić. Specjalna cerata na oko, polewają obficie znieczuleniem, tną oko, usuwają zaćmę (nieprzyjemne), umieszczają soczewkę, mówią co mogę czuć, poruszają nią na boki, żeby się uleżała prawidłowo (nieprzyjemne), leją krople, widzę niesamowite kolory i wielkie światło, kolory głównie intensywnie niebieski i różowy, zamykają nacięcia (trochę boli), mówią, że to koniec i ze wszystko poszło prawidłowo. Pan Doktor dziękuje mi za operację (???!!!), ja dziękuję jemu, pytam, czy usunęli mi przy okazji zmarszczki, wszyscy się śmieją, pan Doktor informuje mnie, że nie usunęli mi zmarszczek. Pielęgniarka odprowadza mnie do wyjścia i sadza na krzesełku. Minęło niecałe 10 minut.

13:30 – jesteśmy w hotelu w Chałupkach, niecały kilometr od granicy. Wszyscy goście mają zakryte jedno z oczu. Wszystko w porządku, czuję tylko, że mam jakieś badyle pod powieką, które swędzą i drażnią. Rzucam się na wyro i zasypiam.

8:20 – sobota, jesteśmy z powrotem w klinice. Opatrunki zdjęte, oka zakropione. Pan i Władca nie może uwierzyć, że z minus 7,5 dioptrii ma teraz minus 2,5. Ja nie mogę uwierzyć, że wyrażniej widzę kolory i bardzo razi mnie światło, a poza tym jest gorzej niż było, bo widzę dziwnie i niejednakowo, a poza tym oko do połowy wypełnia mi woda (tak czuję). Pan Doktor mówi, że jest super. Do kontroli za dwa tygodnie. Na shledanou i ahoj.

13:20 – już w domu.

I tyle. Wody w oku już nie mam, ale nie widzę dobrze. Akomodacja za bardzo nie działa, czasem widzę mglisto, cały czas chodzę w ciemnych okularach i zakrapiam 5 razy dziennie. Jeszcze tydzień do wyjazdu, zobaczymy. Pan i Władca będzie miał naprawione drugie oko i wtedy zobaczy, jak wygladam naprawdę 😉

Dziękuję wszystkim za życzenia, trzymanie kciuków i i serdeczności. Nawet trochę ślepa was kocham.

Nasz pałac hotel w Chałupkach

Psie i paniowe smutki

Pan Pies zaczął utykać na przednią, wielką łapę, większą niż pozostałe trzy, bo ta na którą utykał, spuchła. Vet (już były) stwierdził, że to zwyrodnienie, bo Q. jest już stary itd. Kulał biedak kilka tygodni, aż znaleźliśmy dobrą duszę, która Pana Psa ostrzygła z kilogramów futra i wtedy mogliśmy łapę zobaczyć w całej łapiej okazałości. I już wiedzieliśmy, że to nie tylko starcze zwyrodnienie…

Mr. Dog before grooming – Pan Pies przed strzyżeniem

Załatwiliśmy niskopodłogowy samochód, do którego jakoś udało się włożyć 55 kilogramów Pana Psa i pojechaliśmy do innej kliniki, gdzie Pani Vet spojrzała na łapę i stwierdziła, że łapa ma raka. Zrobiła psu badania, potwierdziła diagnozę i wczoraj Q. został zoperowany. Na szczęście łapę udało się ocalić, ma tylko amputowany palec. Przy okazji Pani Vet usunęła narośl w wielkiego oka i wielki guzek z wiekiej łopatki.

Mr. Dog day after surgical operation – Pan Pies po operacji

Wczoraj po powrocie do domu spał i spał. Dzisiaj wstał, napił się wody, poszedł sam do ogródka, wrócił szybciutko, przekąsił kanapeczkę z kiełbasą i poszedł znowu spać. I będzie dobrze. Czego i wam życzę.

Symbol

Dla ofiar Holokaustu (około 6 milionów)

Dla Ormian (około 1 milion 800 000)

Dla Ukraińców (12 milionów)

Dla Chińczyków w Nankinie (300 tysięcy)

Dla Aborygenów Australii (niepoliczalna)

Dla Indian obu Ameryk (niepoliczalna)

Dla ofiar Porajmos (500 tys.)

Dla rdzennych mieszkańców Konga (15 milionów)

Dla Czeczenów (400 tys., 24 % populacji)

Dla Polaków (3 miliony naziści + 250 tys. NKWD)

Dla ludów Herero i Namaqua (82 % populacji)

Dla Tutsi (1994) w Rwandzie i Hutu w Burundi (1972) (900 tys Tutsi, 230 tys. Hutu)

Dla Kurdów (200 tys)

Dla Majów z Gwatemali (40 % populacji)

Dla ofiar Czerwonych Khmerów (około 3 miliony)

Dla milionów innych.

A to wszystko tylko w XX wieku.