Ufff

No i po świętach. Na szczęście dożyłam końca, a zapewniam, że nie było łatwo. Po raz pierwszy robiłam wegetariańską kolację wigilijną. Przekonałam się, że przygotowanie wszystkiego wyłącznie z nie-mięsnych produktów kosztuje więcej pracy, niż kiedy zjada się zwierzęta. A oprócz tego, uzyskanie fajnych smaków jest niesłychanie trudne, zwłaszcza dla kogoś, kto gotuje tylko trochę lepiej, niż Pan Pies… Póki co, leczę resztki stresu pourazowego i przygotowuję się, żeby przyjąć na klatę Nowy Rok, który będzie pełen wyzwań, którym mogę nie sprostać. Ale i tak was wszystkich kocham i życzę, czego tylko chcecie.

Me and my daughter – whatsapp photo

Tak się składa życzenia! (ja i córka)

Pojednanie. I wesołych Świąt.

Wojna miała się już dawno skończyć, ale trwa już od pięciu miesięcy. Żołnierze siedzą w okopach, znosząc wszy, szczury i przenikliwe zimno. Ich dowódcy nie przejmują się tysiącami poległych i rannych, ani losem tych, którzy walczą za swoje ojczyzny, choć to nie jest wojna żołnierzy – to wojna europejskich władców, próbujących wydrzeć dla siebie jak najwięcej ziemi, poddanych i przywilejów.

Jest wigilia 1914 roku. Pod Ypres umilkły strzały, żołnierze po obu stronach frontu cieszą się z chwilowego spokoju. Niemiecki Pułk Saksoński rozpala światełka w swoich okopach i zaczyna śpiewać „Stille Nacht” (Cicha noc), a głosy żołnierzy wybrzmiewają pięknie w wieczornym, mroźnym powietrzu. Po chwili kolędę zaczynają śpiewać walijscy fizylierzy i Szósta Jednostka Gordon Highlanders, z obu stron zaczyna się wykrzykiwanie życzeń światecznych. Dowódcy oddziałów niemieckich i brytyjskich spotykają się na ziemi niczyjej i uzgadniają, że nie będą do siebie strzelać aż do drugiego dnia Świąt. Żołnierze mieli zostać w okopach, ale wkrótce wszyscy je opuścili i zaczęli wymieniać się podarunkami. Pochowano zmarłych we wspólnym grobie, dzielono się tytoniem i słodyczami, rozegrano mecz futbolowy, zakończony nadzianiem się piłki na drut kolczasty…

Rozejm nie spodobał się oficerom ze sztabów. Zabroniono dalszego bratania się z wrogiem pod groźbą rozstrzelania, a żołnierzy często przenoszono w inne miejsce, żeby nie zdążyli się zaprzyjaźnić z przeciwnikami…

Tę historie opowiada poniższy, krótki film, który właściwie jest reklamą czekolady i sklepu Sainsbury 🙂

Wesołych Świąt dla was wszystkich. Merry Christmas for all of you. Feliz Navidad a todos. Frohe Weihnachten an alle. Buon Natale a tutti.

Z najlepszymi życzeniami dla pewnego &*%*#, który krzywdzi mój kraj

Który skrzywdziłeś

Który skrzywdziłeś człowieka prostego

Śmiechem nad krzywdą jego wybuchając,

Gromadę błaznów koło siebie mając

Na pomieszanie dobrego i złego,

Choćby przed tobą wszyscy się skłonili

Cnotę i mądrość tobie przypisując,

Złote medale na twoją cześć kując,

Radzi że jeszcze jeden dzień przeżyli,

Nie bądź bezpieczny. Poeta pamięta

Możesz go zabić – narodzi się nowy.

Spisane będą czyny i rozmowy.

Lepszy dla ciebie byłby świt zimowy

I sznur i gałąź pod ciężarem zgięta.”

Czesław Miłosz

17:06

I co pokazała opozycja? Że jest nieodpowiedzialna, zakłamana i że ma nas wszystkich gdzieś. A można było łatwo zapobiec. Dziesięciu głosów zabrakło. Dziesięciu. Nie pierwszy raz tak się stało, że zawiedli. Kiedyś przed jakimś ważnym głosowaniem się obrazili i wyszli, a rządzący zrobili co chcieli, jak zwykle. Nieobecnym posłom opozycji mogę tylko powiedzieć: idźcie się walić (excusez le mot).

A tysiące ludzi marzło wczoraj, żeby zaprotestować, pokazać, że im zależy. Właściwie to nie chce mi się gadać, więc się lepiej zamknę.

Do góry nogami

I tak nie mam co robić. Siedzę i czekam aż skończy się malowanie „na górze” i wtedy będę mogła zabrać się znowu do pracy. Strasznie mnie dołuje to, że posprzatałam już dokładnie „na dole” i z racji kurzu powinam właściwie zaczynać od nowa. Nie zacznę, wolę się wyprowadzić do domu, w którym nie robi się generalnych porządków przez dwa miesiące, a jedynie przez dwa dni. Ale szaleństwo się we mnie tli i mam nadzieję, że do końca tygodnia uporam się ostatecznie z katastrofą, która ma miejsce piętro wyżej. Z racji depresji remontowej wczoraj przez cały dzień miałam na głowie czapkę, która jakoś odgradzała mnie od pomysłu natychmiastowego opuszczenia domu z węzełkiem na plecach i starym psem u boku (Fuscilko, tobie zawdzięczam ten pomysł, wiesz, że ciepłe i puchate 🙂

i dzień słuchania muzyki irlandzkiej, która zawsze przenika odrobiną optymizmu, choćby to były piosenki śpiewane na pogrzebach, tak jak ta:

No i wreszcie doszłam do tego „do góry nogami”. Chodzi o proste ciasto, które kiedyś zrobiłam i wyszło. Kiedy mówię, proste, to proste. A idzie to tak:

100 g masła/margaryny i żeby było/a roztopione, 100 g cukru (może być brązowy), 200 g mąki, 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia, 1/4 łyżeczki sody, 1 jajo duże w temp. pokojowej, 60 g jogurtu, 100 ml mleka, trochę soli, rozmieszać wszystko dokładnie. No i owoce. Najlepsze jest z anananananasem, ale ja robię ze śliwkami i też jest pyszne. Jakiekolwiek owoce mamy, kładziemy je niestarannie na dno foremki, uprzednio dodając małe kawałki masła, tak żeby sie nie przypaliły. Na owoce na dnie lejemy ciasto i wstawiamy do pieca nagrzanego do 180 stopni i pieczemy przez 40-50 min. Kiedy trochę wystygnie kładziemy talerz na wierzch foremki i odwracamy ciasto do góry nogami tak, żeby wszystkie owoce znalazły się na wierzchu. U mnie wygladało to tak:

Przed odwróceniem i po odwróceniu. Upside Down Cake. Ciasto do góry nogami. Robione do góry nogami, ze złością, hihihi.

Serwis info z Krainy Deszczowców

Kochaaaaani moi, a zwłaszcza kochane. W skrócie o wydarzeniach mało ważnych i nieistotnych z punktu widzenia Wielkiego Świata, więc jeśli nie macie czasu, albo ochoty, to nie musicie czytać, choć nie samą polityką człowiek żyje… Po pierwsze wejście do domu zarosło, ale nie tak bardzo jak poprzednio, za to okno w łazience wyglądało tak:

Pan Pies ledwo chodzi. Tylne łapy nie chcą go słuchać, często nie może wstać i chodzi wolniutko i niechętnie. Na szczęście już nie kuleje, pewnie po tabletkach, które mają zregenerować stawy. Nasz cudaczek (cudowny+psiaczek) ma już około 10 lat, co przelicza się na ludzkie 80 lat 😦 . No i musi trochę schudnąć, co jest dla niego straszną karą. Na zdjęciu: po śniadanku, które jadł na leżąco, z uchem w swojej malutkiej, 5-litrowej miseczce:

Wyremontowałam naszą paskudną, starą skrzynkę na listy. Wyszorowałam, pomalowałam, ozdobiłam. Za bardzo mi się nie podoba, ale przynajmniej nie budzi już obrzydzenia. Łe.

Rybki przetrwały. Zwykle są same przez całą zimę, nikt ich nie karmi i nie gada z nimi, ani nie pilnuje, więc mnożą się na potęgę, a niektóre zrobiły się strasznie wielkie, jak na rybki ze sadzawki. Kiedyś ich nie lubiłam, ale teraz kiedy widzę, jak się cieszą, kiedy staję na brzegu, jak płyną szybciutko w moją stronę i skaczą, kiedy rzucam im jedzenie, to mogłabym je przytulać na „dzień dobry”. Te śmieci w wodzie, to ich poranne jedzonko:

My lovely fisches

No i to chyba tyle. A, nie, jeszcze jedno – zdarzyło się ostatnio, że miałam urodziny, a Pan i Władca zadbał o to, żebym nie schudła i szwardzwaldzki torcik nabył drogą kupna:

No to teraz to już chyba wszystko. Bardzo was pozdrawiam i tęsknię za czytaniem waszych blogów, ale na razie jeszcze nie mogę was odwiedzać. Przytulam!

Niepokój w Krainie Deszczowców

Jest tak: nasz najbliższy sąsiad, ten który graniczy z nami od północnej strony podjął decyzję o sprzedaży swojego domu. Dom jest wielki, trzy- piętrowy, z paskudnym, ogromnym dachem (nie takim ślicznym jak nasz – zdjęcie naszego poniżej) i z nieprzyjemnym zapachem pleśni w środku.

Nasz domek po wiosennym odświeżaniu strzechy.

Dotąd lubiliśmy naszego sąsiada, przede wszystkim dlatego, że traktował swój dom jako letnią rezydencję i przyjeżdżał najwyżej raz w miesiącu, pił z nami piwo i pokazał nam Cuxhaven, ale ponieważ perfidnie ukrył przed nami fakt wystawienia domu na sprzedaż i niestety dowiedzieliśmy sie o tym przypadkiem, więc nie należy już do naszych ulubieńców.

Nasi ulubieni sąsiedzi, ci którzy mieszkają najbliżej rzecznego wału i graniczą z domem do sprzedaży z drugiej strony, D. i B. ciągle piszą do nas niepokojące wiadomości: byli jacyś ludzie oglądać dom, wyglądają nieodpowiednio, albo asocjalnie, albo bardzo głośno mówią, albo zamierzają zrobić tu dom wakacyjny dla przyjezdnych, albo zgłaszają nam inne nieprawidłowości. A wszyscy, cała czwórka błagamy los, żeby nowi właściciele: a) nie mieli za dużo dzieci; b) nie mieli zbyt wielu psów; c) nie hodowali kur; d) nie zrobili domu wakacyjnego; e) nie urządzali imprez w ogrodzie; f) nie mieszkali tutaj; g) nie przyjeżdżali częściej niż raz w roku. Wszystkie nasze wredne i nie-wredne życzenia są możliwe do spełnienia, więc może się uda. Poza tym chcielibyśmy, żeby nowi byli jedno lekarzem – geriatrą, a drugie weterynarzem, mogą być gejami, ale nie powinni być młodzi ani zbyt starzy, mają nam fundować piwo raz w tygodniu i pokochać nasze psy – Quattro i bigielkę sąsiadów – Mabel. A reszta powinna się ułożyć, no co nie? 🙂

Proszę…

Dziś tylko kilka słów. Proszę, podpiszcie petycję w obronie stada wolnych krów, które minister rolnictwa chce zamordować. Ich historia jest wspaniała, one są wspaniałe i może dzięki wam ocaleją.

Dziękuję bardzo.

Blaski i cienie Krainy Deszczowców

Najlepsze od dekady święta mam za sobą: z pomocą Pana i Władcy zrobiłam sałatkę i to było wszystko! Żadnych gości, progenitura nie umarła z powodu nieobecności matki, nawet nie zaszczycili telefonem, pogoda była piękna, ech, dolce vita! Poza świętami ciągle nas ktoś odwiedzał, cała wioska się przewaliła przez nasz dom, a my tacy słabiutcy po chorobie. Ale dla Pana Psa była to niezła rozrywka, po trzech tygodniach krótkich spacerów i niewielkiej ilości głasków.

W Wielkanoc dostaliśmy zaproszenie na tutejsze, tradycyjne palenie ognisk, do farmy „za drogą”, czyli około kilometra od nas. Pomijam ognisko, które płonęło po zmroku na wysokość dziesięciu metrów i mogły w nim spłonąć ze trzy czarownice wraz z kotami, ale oprowadzono nas po farmie, na której żyją setki krów. Krowy, na szczęście wychodzą swobodnie na pastwiska i nie muszą siedzieć w oborach, ale odwiedziłam też krowi żłobek i przedszkole, gdzie samotne, smutne cielaki, niektóre urodzone kilka godzin wcześniej, leżą lub stoją w śmierdzących zagrodach, a mleko piją z wiaderek, które muszą najpierw nauczyć się obsługiwać. Te cielaczki są zabierane od ich mam natychmiast po urodzeniu, ich wielkookie mamy nawet nie zdążą ich umyć, nakarmić, przytulić. Po prostu zabiera im się dziecko, kładzie na wiązce słomy i każe dorosnąć, żeby mogły zasilić rzekę mleka, która płynie do mleczarni i strumień pieniędzy, który płynie z mleczarni. Nie wiedziałam, że tak jest. Nie miałam pojęcia, że nawet w tak zdawałoby się prostej sprawie, ludzkie okrucieństwo zwycięża naturę i jej najbardziej elementarne prawa. Czy naprawdę te biedne, krowie dzieci, i tak skazane na smutny, poddańczy los, nie zasługują na choć kilka tygodni z mamą i czy biedne mamy nie mają prawa, żeby choć trochę pobyć ze swoim dzieckiem?

Mleko przestało mi smakować. Kolejny produkt namaszczony cierpieniem stworzeń, które muszą służyć człowiekowi, nie mając żadnych praw. Kolejny dowód na to, że ludzkość jest przereklamowana.

Ale Pan Pies nie jest przereklamowany i przesyła wam 59 machów ogonem, a ja z braku ogona przesyłam machy obiema łapami. No i wiśnia japońska zakwitła.