Ogród nie jest na razie śliczny. Coś tam rośnie powoli i niechętnie, coś tam wyłazi z ziemi zasiane niedawno, sucho, pusto i zimno. Trawa przypomina step w Mongolii po wypasie wielbłądów w porze suchej, a jedyne co dotąd zakwitło, to kilka mleczy. Żeby ożywić krajobraz, zanim roślinność się rozbestwi i zajmie wszystkie wolne miejsca, ustawiłam w strategicznych miejscach deseczki takie jak ta:
Wooden board with flowers
Tak więc bierze się starą dechę, trochę wygładza grubym papierem ściernym, maluje białą farbą emulsyjną, która została z malowania ścian, następnie ustawia się na desce różne rzeczy, na koniec maluje się lakierem bezbarwnym, żeby deszcz nie zmył i stawia się na ganku, albo przy stercie drewna do kominka, albo na schodach, albo wiesza na płocie…
Herbs on board
Taką też można. Na płocie, albo w ziołach. I jest w dechę.
Zawsze wiedziałam, że czegoś mi brakuje. Oczywiście brakuje mi stu dwunastu rzeczy, ale wśród nich brakowało mi czegoś, gdzie mogłabym przechować moje skarby. W dzieciństwie bawiliśmy się w zakopywanie skarbów: znajdowało się gdzieś kawałek szkła, wykopywało się dołek w ziemi (najlepiej pod ścianą domu, albo jakimś murkiem), do dołka wkładało się kolorowe papierki, przykrywało szybką i przysypywało ziemią. Potem, czasem kilkanaście razy dziennie trzeba było odnaleźć swój skarb, odsypać ziemię ze szkiełka i wtedy… spróbujcie kiedyś.
Moje dzisiejsze skarby mają wartość niewiele większą niż te kolorowe papiereczki, ale nie miałam na nie nawet dołka w ziemi, tylko plastikowy woreczek. W końcu zrobiłam sobie skrzyneczkę na wszystkie poniewierające się w różnych miejscach: srebrny pierścionek z delfinem, kolczyki nie do pary w ilości czterech, kolczyki do pary kompletów trzy, łańcuszki srebrne z zepsutymi zapięciami – 3, łańcuszki srebrne zerwane – 2, łańcuszki srebrne bez wad nabytych – 1, flaga kanadyjska na szpilce, którą dostałam przy nadaniu mi obywatelstwa – 1, karteczka z kodem pin do konta, którego już nie ma, 3 skarabeusze, które odpadły od egipskiej bransoletki… i tyle. Zrobiłam wiele takich szkatułek/skrzyneczek, każda dla innej dziewczyny. Zgadnijcie, która jest moja:
Wszystkie dziewczyny, które ostatnio spotykam, głównie w sklepach, śmiało twierdzą, że nienawidzą tych Świąt. Może nie wszystkie używają języka nienawiści, ale tak on jakoś z ich słów się unosi, jak zapach starej ryby, albo starej sarniej nogi, którą mój Pan Pies przytargał z lasu i z namaszczeniem żuł przez czas długi, a głupia pani jego, czyli ja, chwaliła „o, przyniosłeś sobie patyyyyczek, grzeczny piesek”. Potem wszystko się wydało, bo psu smród z pyska walił na okoliczne wioski, pola i miasteczka, więc poprzez pokrętną analogię dołączam się tym samym do grona Świąt-generalnie-nienawidzących-bo-tylko-się-człowiek-narobi-i-przyjdą-i-się-nażrą-a-ja-też-człowiekjestem”.
Nie tylko takich argumentów używają, ale nie chce mi się ich „słusznych racji” przytaczać, niech każdy/każda sobie własne argumenty dorobi, spisze i pamięta.
Ptaki poszalały. Uganiają się nie wiem za czym, a to patyczek, a to źdźbło w dziobie, a to innego samca przegoni. Fruwają, wrzeszczą, stroszą piórka, nie mają się nawet czasu wykąpać w wielkim talerzu, z którego pije pies, kiedy nie chce mu się wsadzić pyska do gara z wodą. Najwięcej w tym roku sójek, nawet sroki dały się przegonić. Eh, wiosna, znaczy ptasie wojny…
Tissue box with birds and pink flowers
A na pudełku spoooookój. I kwitnie jakieś badziewie, i ptaszek bez testosteronu w dziuplę zagląda. A Zbig zakatarzony jak nie wiem co, więc pudełko jak znalazł.
Weź duże, metalowe pudło. Moje zawierało kiedyś jakąś whisky lub whiskey szlachetną i to z dwoma szklaneczkami. Następnie pociap to pudło białą farbą, żeby zakryć okropne obrazki owego alkoholu i napisy równie okropne. Ja ciapałam chyba ze cztery razy, ale i tak się wszystko nie zamalowało. Poza tym zostały beznadziejne tłoczenia o treści „szklanki w prezencie”. Mogli chociaż w obcym języku napisać (najlepiej po chińsku), to nie rzucałoby się w oczy.
Potem ze wszystkich wzorków jakie masz do dyspozycji wybierz te najbardziej różowe i te wzorki umieść na pudle w ilościach hurtowych. Ale ponieważ wzorków nigdy dość, więc dołóż jeszcze filiżanki – przecież pasują, prawda? Potem to wszystko pomaluj lakierem bezbarwnym, zamknij oczy na 10 sekund. Potem popatrz na ten kicz, który niezamierzenie wyszedł spod twej zdolnej ręki i pomyśl co narobiłaś.
Lubię robić obrączki na serwetki. Są malutkie, łatwo je pomalować, nie wymagają wysiłku intelektualnego, bo są powtarzalne co najmniej cztery, albo sześć razy, a czasem i dwanaście… nie, dwanaście to nuda.
Rosen rings for napkins
I jeszcze są przewidywalne, bo wiadomo jaka będzie następna. I pasują do białych, płóciennych serwetek i do granatowych, papierowych i do talerzy w dowolnym kolorze, pod warunkiem, że będzie to talerz bez wzorków.
Rosen rings for napkins
Tak więc można spokojnie ślubować, że będzie ładnie na stole w wiosenne śniadanko.
Z trawnika został słomianożółty, z łysymi plackami dywan. Nasz trawnik ma pecha – siany w zeszłym roku ledwo przetrwał upiornie upalne lato, podczas którego padało może ze cztery razy. Jesień też nie przyniosła ukojenia, a zima była prawie bez śniegu. Wiosna, jak dotąd, zamiast przynieść słoty i poranne mżawki, wypala go coraz bardziej. Nawet rosy już nie ma. Za to jest kurz, którego by nie było, gdyby chciało choć troszeczkę, raz w tygodniu popadać. Najwięcej kurzu jest na psie, ale to już zupełnie inna historia.
Najśmieszniejsze jest to, że śliczni ludzie w TV cieszą się jak pacynki z pięknej pogody, z braku deszczu i wysokich temperatur. Nieraz już zapowiadali deszcz w naszym rejonie, padało kilka kilometrów dalej, a u nas ani kropli. Nie wiem, czy mieszkamy w takim miejscu pustynnym i nawiedzonym, ale tutaj naprawdę prawie nigdy nie pada. Za to w niedzielę palił się las. Dobrze, że w tym roku głupki nie wypalają łąk, bo już widzę te radośnie płonące wysokie trawy, które otaczają nasz dom.
Nawet moja lawenda nie jest zachwycona suszą, choć powinna. Pewnie przetrwa, jak to lawenda, ale jej uroda jakaś mało urodziwa tej wiosny. I martwię się o nią. Tak więc wzięło mnie na lawendę troszeczkę i oto przepiękne, lawendowe, popękane tu i ówdzie obrączki na serwetki!:
Lavender rings for napkins
Te spękania to oczywiście z suchości i to jedyna pozytywna rzecz wynikająca z prowansalskiego klimatu.
Lavender rings for napkins
Póki co, to chcę deszczu – pluskającego w rynnach, szumiącego na dachu, walącego w nocy w parapety, rozpryskującego błoto z wysuszonej ziemi, kapiącego z sosnowych igieł, pływającego w małych banieczkach – łódeczkach w kałużach… Ale będzie fajnie! Tylko kiedy?
Znowu odrobinę w języku, który kiedyś znałam najlepiej. Pomijając ubytek neuronów w mózgu, spowodowany wiekiem i lenistwem umysłowym wrodzonym, to nie rozmawiam, nie czytam, nie oglądam tv i nie słucham radia po francusku już od prawie 20 lat i zapewne dlatego zaczynam powoli zapominać. Zdarza się, jasne – jakaś podróż, jakieś spotkania na targach, czasem jakiś wierszyk przetłumaczę, ostatnio nawet oglądam Arte tv 3 minuty dziennie… ale i tak zapominam, choć nie na tyle, żeby nie zauważyć kretyńskich błędów, które robią np. producenci słodyczy i z uporem maniaków umieszczają głupawe napisy w pseudo-francuszczyźnie na swoich produktach. Dobra, nie narzekam, zresztą nie o tym miało być.
Miało być o wodzie lawendowej, która ma się znaleźć w tej skrzynce:
Woda lavendowa była francuską odpowiedzią na polską wodę brzozową. Ta ostatnia była szalenie popularna wśród mężczyzn w latach, których większość z was nie ma prawa pamiętać. Nie pamiętam, jak pachniała (???), ale wiem, że stała na półce u Dziadziusia, a pojemność butelki, to było ho, ho – może i z 500 ml. Woda, a tyle wspomnień…
Woda lavendowa świetnie działa na nastrój, na nerwy i na tłustą cerę. W odniesieniu do obu wód (tej swojskiej i tej francuskiej), główne zalecenie to: NIE PIĆ.
Tak wygląda z drugiej strony:
Lavender vinecase
No i oczywiście bardzo prosty przepis na wodę lawendową, którą można zrobić w domu i będzie pachniała…
50 gram kwiatów lawendy wsypać do 50 ml. alkoholu (może być zwykła wódka). Można też lawendę zalać cieczą, jak komu wygodniej. Zamknąć szczelnie i zostawić na 3 tygodnie w słonecznym miejscu. trzeba potrząsać butelką chociaż raz dziennie. Potem można przecedzić i trzymać w jakimś ślicznym flakonie, ale jak się nie przecedzi, to co z tego?
Zapomniałam o Walentynie świętym. Zapomniałam, słowo. Mam dzień zakochanych codziennie, więc co tam. Ale za to serduszek narobiłam przez ostatni rok mnóstwo i to od podstaw: forma serduszkowa + gips + woda = serduszko gipsowe. Takie serduszko nie jest idealne, bo czasem nie można go wyjąć z formy i się trochę ukruszy tu i tam, ma lekkie zagłębienia z folii, którą wykładam formę i dopóki nie jest skończone nieładnie pachnie gipsem i farbą emulsyjną, którą stosuję jako podkład. Ale nie są takie złe i są dla was.
Ciąg dalszy tacy z tulipanami i innym wiosennym kwieciem (wpis z 23.01). Zbig w podróży, nie muszę gotować, Pan Q., zajęty sprawami w ogrodzie też dał trochę czasu, więc skończyłam definitywnie, uff. Druga strona tacy owocowo-motylowa, choć nie wiem po co to piszę, bo przecież widać:
Strawberry tray
I szczególik jeszcze, żeby nie było, że coś ukrywam: