Drugie życie w fiolecie

Potrzebowałam czegoś prostego. Co może się zniszczyć i nie będzie szkoda. Co przy okazji pozwoli uporządkować wstążeczki, koroneczki, stare sznurówki, które na pewno się przydadzą do podwiązywania mieczyków, ramiączka od nieistniejących już staników, od których odpinało się ramiączka, a może nawet poukładać w jakimś kąciku guziki i nici. Pozostawała jeszcze kwestia batystowych chusteczek haftowanych przez Babcię Stefanię, kilku jedwabnych i szyfonowych apaszek, nieużywanych od lat 80-tych, pasków z różnych epok, które naprawdę-żal-jest-wyrzucić i dwóch par majtek, z których jedne raz wystąpiły na randce, a drugie mają metkę „Christian Dior” i nie miałam ich nigdy na sobie. Trzecia rzecz, to niewątpliwy problem z kilkoma parami pończoch ze szwem, dwóch przedwojennych, dwóch z lat 60-tych, oraz wielu par niewymownych, które kosztowały więcej niż 2,50, a jakoś zawsze wolałam założyć te tańsze – takie jest życie skąpiradła. 

Przeszukałam biuro Zbiga i znalazłam pudełka po jakiś prospektach. Trzy. Prawie nie zniszczone. Szaro-brązowe. Smutne. Tchnęłam w nie fioletowe życie. Może zbyt fioletowe, ale pudełkom chyba jest wszystko jedno.

Second life of old boxes - pansies and hydrangeas
Hydrangea boxes

Tak, stanowczo trochę zbyt fioletowe. Ale teraz to już nie ma znaczenia. Zostały wypatrzone przez koleżankę mojej zdradzieckiej córki, która to koleżanka uwielbia fiolet. Trudno. To jakby trzecie życie brązowych brzydactw. 

Pansies and hydrangea boxes

A ja w zamian zrobiłam sobie to (z małymi tagami):

Boxes with roses

Majtuszki znalazły inne miejsce.

Pora się przygotować

Tak, jutro moje ulubione święto. I może wielu z was też. Nie dajcie sobie wmówić, że to święto ciemnych mocy i że zaraz, natychmiast pójdziecie za to do piekła. Cóż może być złego w wydrążonej dyni? Albo w małych duszkach, które w ten jeden dzień przybywają do nas, żeby się troszkę zabawić?

Dyniowa girlanda
Duszki, Boooo

A w ślicznych, pysznych ciasteczkach? Czy naprawdę to kult szatana? No bo ta grucha jest naprawdę straszna.

Halloween cupcakes
Trick or treat

A tak swoją drogą dziewczyny, zadajcie sobie pytanie: czy chciałybyście być czarownicami? Symbolami dumy i trwającego tysiące lat dziedzictwa? Bo ja bardzo bym chciała.

Szatański plan

Udało się, skończyłam. Mam nadzieję, że reńskie dotrze na czas, aby zdążyć na poranne składanie imieninowych życzeń małżonkowi Pani M. Kiedy kończyłam, w czasie kilku ostatnich pociągnięć pędzla z lakierem, w ostatnich sekundach oglądania pod światło powierzchni tego:

Winecase
Winecase for friends

do głowy przyszedł mi szatański plan…

A gdyby tak jutro nie sprzątać?… 

Lawendowe żniwa

Śmierdziel orał dzisiaj pole, a sikorki dostały ADHD i jak oszalałe wyrywają ziarna ze smutnych słoneczników. Pięknych Grubasów nie ma, bo mglisto i zimno, choć miało być ciepło i słonecznie. Czy ktoś mógłby zmusić ludzi z meteo do odpowiedzialności za swoje prognozy? Tu sprawdzają się może w 20 procentach, więc może chociaż jakieś „przepraszam”?. Nie dla mnie, ale Piękne Grubasy inaczej sobie zaplanowały dzień.

Za późno wzięłam się za lawendowe żniwa, ale to pierwszy raz. Oj mam tej lawendy całe pola, wielkie obszary do ścięcia… Żartuję, ale mam do lawendy stosunek bałwochwalczy zgoła, z powodu tęsknoty za prostym życiem i klimatem łagodnym, którym kiedyś nie zdążyłam się wystarczająco nacieszyć, bo trzeba było opuścić kraj młodości i jechać za ocean, do ojczyzny mojej dugiej. Na razie 12 krzaczków malutkich, posadzonych wiosną zaraz po tym, jak się mrozy skończyły. 

Lavender fields – wooden box

W każdym razie kwiaty zdążyły mienić się w wyschnięte, poczerniałe badylki, ale zapach został i trafi do szaf. A przecież właśnie o zapach chodzi, prawda?

Lavender fields – plaques
Lavender fields

A o szafach jeszcze napiszę, bo to moje ulubione meble. 

Wiatr i inne motywy przewodnie

Niektórzy ludzie cierpią na bezsenność i nerwowość, kiedy zbliża się pełnia, a w czasie pełni czują, że powinni być zupełnie gdzie indziej i robić zupełnie co innego. Inni zdychają, bo spada ciśnienie, albo zdychają, bo ciśnienie gwałtownie rośnie. Ja natomiast… Ale po kolei.

Najpierw zaczynają szeptać korony drzew, szemrząco, szeleszcząco, jakby przekazywały sobie wiadomość. W brzozowo-dębowym lesie brzmi jak odgłos letniego deszczu. Potem zaczynają rozmowę krzewy, a po chwili zaniepokojone trawy zaczynają się naradzać, pochylając ku sobie wiechowate głowy. Ale już za późno na ucieczkę. Nadlatuje wściekły, roztrąca korony drzew, ogałacając je z liści, spada na przerażone trawy, kładąc je pokotem na ziemi. Wiatr.  

Łażę z kąta w kąt, nie znajdując celu i czuję się jak wszystkie siostry Bronte na wrzosowiskach. Zza szaf wyłażą upiory przeszłości, a w lustrze widzę skłębioną, czarną przyszłość pełną potworów. Wzruszam się oglądając serwisy informacyjne, popłakuję przy sitcomach i wcale nie mogę słuchać Led Zeppelin.

No co? Wieje już czwarty dzień, jak ma mi nie odbijać? Moja inspiracja, mój optymizm, moja kreatywność, lekkość bytu poszły sobie, a ja zostałam z robieniem zupy na obiad. Z torebki.

Ponieważ teraz nie robię nic, co mogłabym pokazać, więc popatrzcie (na własną odpowiedzialność!) na jesienny zegar, który zrobiłam straaaaasznie dawno temu. Jesienny. Od czegoś trzeba było zacząć. Dawno. Wybaczcie. Tak.

Forrest clock, one of my first works

A miałam pisać tylko o domu w którym mieszkam.

Przyleciały

Wczoraj dostałam cynk: już są, zjawiły się, znowu skolonizowały ogród, przynosząc swoją obecnością zapowiedź zimy. Mali chuligani, którzy w walce o jedzenie potrafią pokonać wróble, które są przecież STĄD. Trzeba zrobić zapasy ziarna słonecznika.

Te na moich arcydziełach mieszkają w wiosennym ogrodzie. Może zima nie będzie taka zła?

Birds on the decoupage tissue box

Płowe i żółtobrzuche

Mieszkam na odludziu. Nie na takim odludziu, na jakim bym chciała, ale szczęśliwie najbliższy dom jest daleko, choć w zasięgu wzroku. Z drugiej strony jest brzozowy las, z trzeciej strony też jest las i sosny, z czwartej strony jest cmentarz, a wcześniej łąki i pola. Z piątej strony jest droga, która prowadzi do większej drogi, a ta prowadzi do Miasta, a w drugą stronę do Dużej Wsi, a dalej do następnego Miasta. Pole uprawia sąsiad Śmierdziel, który nienawidzi zwierząt i kobiet, choć może dla niego to to samo. Na szczęście widzę go tylko w czasie żniw i orki, więc nie muszę często rzygać na jego widok. Na polu, łąkach i w naszych chaszczach mieszkają różne stworzenia, które kocham strasznie (oprócz komarów), choć one o tym nie wiedzą. Poza tysiącami różnych owadów (może nawet milionami), jest tu Banda Srok, terroryzująca inne ptaki. Są kolorowe Sójki, Skowronek, który ostatnio się nie pokazuje i martwię się, że załatwił go na cacy Cierpliwy Myszołów. Są małe ptaszki, które ślicznie śpiewają i chyba nazywają się zięby. Jest zajączek, który urodzł się w marcu, a wcześniej widziałam harce jego rodziców na śniegu przy pełni Księżyca. Jest Wielki Dandy, który przychodzi chwalić się swoimi dwoma żonami i ogonem, a na podjeździe zostawia nam na pamiątkę swoje bażancie gówienka. I wreszcie są nasze kochane płowe księżniczki i książęta, które całą zimę przychodziły paść się na polu Śmierdziela i na naszych łąkach.

Nie boją się nas, choć kiedy są blisko, to udajemy, że ich nie widzimy. Często patrzą na nas ciekawie zza krzaków, myśląc zapewne, że ich nie widać. Któregoś dnia, późną wiosną jedna z księżniczek długo stała za płotem i obserwowała moją pracę w ogrodzie. Następnego dnia znowu się zjawiła, patrzyła długo i uważnie, zanim odeszła w stronę lasu. Trzeciego dnia zobaczyłam ją blisko bramy… Po chwili zza krzaczków wyszło malutkie stworzonko, brązowe, z jasnymi plamkami na futerku, jak śmieszny muchomorek. Podeszło do swojej mamy na długich, chudziutkich, trzęsących się nóżkach i gapiło się na mnie, a ja prawie zemdlałam z zachwytu i niedotlenienia, bo nie można wstrzymywać oddechu przez dziesięć minut. Nie wiem, czy mama chciała się pochwalić maleństwem, czy może chciała mnie pokazać swojemu dziecku? Cokolwiek nią kierowało, to jestem jej wdzięczna za zaufanie. 

Our deers in the fog

Wczoraj sarny wróciły, ale to już wiecie. Nie było ich całe lato, zapewne przeniosły się bliżej wody. Mam wrażenie, że u nas nic im nie grozi i dlatego chcę, żeby tu zostały. Może Śmierdziel nie zauważy i jakoś daruję im połamane młode sosny, pod którymi mają legowiska. 

Jesień, to ty?

Sobota – migrena. Niedziela – migrena. Myślę sobie: weekend minie, w poniedziałek back to normal, wreszcie będę zdolna do życia. Dziś zaczęło wiać i hurraaaa! Migrena. To taki stan, w którym głowa, łącznie z włosami, każdym centymetrem sześciennym daje znać o swoim istnieniu. Do tego radośnie dołącza się żołądek, proponując mdłości. Migrena powinna być muzą fundamentalistycznych egzystencjalistów i religią masochistów, a ja na razie podziękuję.

Z. ma katar, a kiedy facet ma katar, to tak jakby cały świat miał katar. Robię mu herbatki i serwuję aspirynę, otulam kocykiem i pocieszam. Jestem taka słodka, bo być może przyczyniłam się czynnie do katarku… Wredna baba.

Natomiast Jesień zjawiła się zgodnie z oczekiwaniami. Witam ją po hiszpańsku, bo być może ten język zna najlepiej?

Starość puka puk, puk…, czyli urodziny

Happy birthday Ewa / Bon anniversaire Ewa /  Alles gute zum geburstag / Buon compleanno, Ewa / La multi ani / Feliz cumpleanos / Vseho najlepsi k narozeninam / Gelukkige verjaardag / Gratulerer med dagen / La manuia lou Aso Fanau / Otanjobi omedeto gozaimasu / 

Wczoraj pomalowałam pazury na kolor usteczek Barbie, choć zwykle nie wygłupiam się z takimi kolorami, ale co tam… jestem sama w domu, jak zwykle w urodziny i jestem bardzo z tego zadowolona, jak zwykle kiedy jestem sama w domu. Z. jak zwykle przed moimi urodzinami zmył się na jakieś Bardzo Ważne Targi, co jest wspaniałym zrządzeniem losu, ale i tak podsycam tlące się w nim i zapewne dymiące wyrzuty sumienia. Więc pomalowałam te pazury i uwaliłam się pod kocykiem z zamiarem uchlania się Minervoise, rocznik 2007. Zasnęłam nie dokończywszy pierwszej półszklaneczki. Niestety, w moim wieku nawet zostanie samotną alkoholiczką jest trudne.

Dzisiaj z okazji urodzin umyłam 2 okna, wyplewiłam kawał trawnika, nażarłam się kaszy gryczanej i skutecznie zniszczyłam sobie nieudolny manicure. Nie chciało mi się wychodzić do sklepu po coś słodkiego (najbliższy sklep jest 2 km stąd, bo mieszkam na końcu świata), więc czekam na gości w postaci progenitury. I mam nadzieję na jakieś babeczki.

A, i kilka dni temu skończyłam „czekoladowy” obrazek i muszę wam pokazać:

Wieczorem: i już po urodzinach i bardzo się cieszę. Nie ma to jak samotne oglądanie „Mad Men”. Napaliłam nawet w kominku. Trochę mi smutno, ale nie z braku towarzystwa, tylko dlatego, że nigdy jeszcze nie miałam takich urodzin (takiego sylwestra, takiego prezentu, takiego ślubu itd), o jakich marzę. A ponieważ mam mgliste pojęcie o szczegółach wymarzonych imprez, więc powinnam się zamknąć. Co niniejszym czynię i wręczam sobie cupcake, który odpowiada w pełni mojemu nastrojowi:

cupcake for my birthday