Wszystkie skarby duże i małe

29 kwietnia 2014

Zawsze wiedziałam, że czegoś mi brakuje. Oczywiście brakuje mi stu dwunastu rzeczy, ale wśród nich brakowało mi czegoś, gdzie mogłabym przechować moje skarby. W dzieciństwie bawiliśmy się w zakopywanie skarbów: znajdowało się gdzieś kawałek szkła, wykopywało się dołek w ziemi (najlepiej pod ścianą domu, albo jakimś murkiem), do dołka wkładało się kolorowe papierki, przykrywało szybką i przysypywało ziemią. Potem, czasem kilkanaście razy dziennie trzeba było odnaleźć swój skarb, odsypać ziemię ze szkiełka i wtedy… spróbujcie kiedyś.

Moje dzisiejsze skarby mają wartość niewiele większą niż te kolorowe papiereczki, ale nie miałam na nie nawet dołka w ziemi, tylko plastikowy woreczek. W końcu zrobiłam sobie skrzyneczkę na wszystkie poniewierające się w różnych miejscach: srebrny pierścionek z delfinem, kolczyki nie do pary w ilości czterech, kolczyki do pary kompletów trzy, łańcuszki srebrne z zepsutymi zapięciami – 3, łańcuszki srebrne zerwane – 2, łańcuszki srebrne bez wad nabytych – 1, flaga kanadyjska na szpilce, którą dostałam przy nadaniu mi obywatelstwa – 1, karteczka z kodem pin do konta, którego już nie ma, 3 skarabeusze, które odpadły od egipskiej bransoletki… i tyle. Zrobiłam wiele takich szkatułek/skrzyneczek, każda dla innej dziewczyny. Zgadnijcie, która jest moja:

Spring box
Rosen box
Romantic roses box
Wooden box with roses

Happy Easter eggs

18 kwietnia 2014

Wszystkie dziewczyny, które ostatnio spotykam, głównie w sklepach, śmiało twierdzą, że nienawidzą tych Świąt. Może nie wszystkie używają języka nienawiści, ale tak on jakoś z ich słów się unosi, jak zapach starej ryby, albo starej sarniej nogi, którą mój Pan Pies przytargał z lasu i z namaszczeniem żuł przez czas długi, a głupia pani jego, czyli ja, chwaliła „o, przyniosłeś sobie patyyyyczek, grzeczny piesek”. Potem wszystko się wydało, bo psu smród z pyska walił na okoliczne wioski, pola i miasteczka, więc poprzez pokrętną analogię dołączam się tym samym do grona Świąt-generalnie-nienawidzących-bo-tylko-się-człowiek-narobi-i-przyjdą-i-się-nażrą-a-ja-też-człowiekjestem”.

Nie tylko takich argumentów używają, ale nie chce mi się ich „słusznych racji” przytaczać, niech każdy/każda sobie własne argumenty dorobi, spisze i pamięta.

Lubię za to jaja-bez-podtekstów.

Easter eggs

Pamiętnik Q – kill’em all

13 kwietnia 2014

Hej, mam na imię Quattro i jestem alkoholikiem…

Quattro the Dog

ŻARTUJĘ! 

Ale pisałem wam o tym, że mam problem. Więc mam problem i wstydzę się o tym mówić, bo wiem, że nie powinienem się tak zachowywać… Więc jestem agresywny wobec innych psów… Wszystkich. Nie ważne, czy są małe, czy duże, czy to dziewczynki czy faceci, czy są uległe, czy też chcą mnie zabić… Nawet ich rasa jest nieistotna, przecież nie jestem rasistą, co to to nie! I nie mogę się powstrzymać, chociaż wiem, że robię źle.

Quattro guilty

Ewa powiedziała, że coś trzeba z tym zrobić, bo przecież kiedyś wyjedziemy na wakacje albo gdzieś i muszę być bardziej „sociable”. Nie wiem co to znaczy, mam nadzieję, że to nic strasznego. W każdym razie we wtorek mamy jechać do jakiegoś pana, który ma mnie oduczyć takich agresywnych zachowań. Hm, zobaczymy. Nie wiem, czy chcę się oduczyć. Bo jak inaczej mam się zachowywać? Jak jakiś pudelek?

Wiosennie?

11 kwietnia 2014

Ptaki poszalały. Uganiają się nie wiem za czym, a to patyczek, a to źdźbło w dziobie, a to innego samca przegoni. Fruwają, wrzeszczą, stroszą piórka, nie mają się nawet czasu wykąpać w wielkim talerzu, z którego pije pies, kiedy nie chce mu się wsadzić pyska do gara z wodą. Najwięcej w tym roku sójek, nawet sroki dały się przegonić. Eh, wiosna, znaczy ptasie wojny…

Tissue box with birds and pink flowers

A na pudełku spoooookój. I kwitnie jakieś badziewie, i ptaszek bez testosteronu w dziuplę zagląda. A Zbig zakatarzony jak nie wiem co, więc pudełko jak znalazł.

Tissue boz with pink flowers and bird

Recepta na kicz

8 kwietnia 2014

Weź duże, metalowe pudło. Moje zawierało kiedyś jakąś whisky lub whiskey szlachetną i to z dwoma szklaneczkami. Następnie pociap to pudło białą farbą, żeby zakryć okropne obrazki owego alkoholu i napisy równie okropne. Ja ciapałam chyba ze cztery razy, ale i tak się wszystko nie zamalowało. Poza tym zostały beznadziejne tłoczenia o treści „szklanki w prezencie”. Mogli chociaż w obcym języku napisać (najlepiej po chińsku), to nie rzucałoby się w oczy.

Potem ze wszystkich wzorków jakie masz do dyspozycji wybierz te najbardziej różowe i te wzorki umieść na pudle w ilościach hurtowych. Ale ponieważ wzorków nigdy dość, więc dołóż jeszcze filiżanki – przecież pasują, prawda? Potem to wszystko pomaluj lakierem bezbarwnym, zamknij oczy na 10 sekund. Potem popatrz na ten kicz, który niezamierzenie wyszedł spod twej zdolnej ręki i pomyśl co narobiłaś.

Chocolate – metal box with peonies and cup

Pamiętnik Quattro

2 kwietnia 2014

Tak, przestałem się już bać wychodzenia do ogrodu, oooo, już daaaawno temu. W ogrodzie jest fajnie, choć trochę nudno. Mieszkamy na odludziu i odpsiudziu, więc nawet nie ma na kogo poszczekać zza płotu. Czasem jakieś Białe Tyłki przejdą, ale one są dziwne. Raz się mnie nie boją, a innym razem uciekają jak szalone. Więc sami widzicie – nie ma co robić. Czasem pogonię za samochodem Zbiga, kiedy wyjeżdża do pracy, a poza tym leżę sobie na trawie, potarzam się trochę, poobgryzam patyk, przysnę w cieniu… takie tam. Moi ludzie teraz częściej wychodzą, więc jakieś towarzystwo mam.

Quattro in the garden

Rano dalej chodzimy na spacery po lesie (ale innym niż kiedyś) i ciągle przyczepiają się do mnie kleszcze, wiecie, takie paskudztwa. Ale niedługo będę miał nową obrożę i skończy się to żerowanie na mnie. A poza tym u mnie w porządku. No prawie… Jest pewien problem, ale trochę mi głupio o tym pisać. Może następnym razem. 

Mój niedoszły morderca

28 marca 2014

Podchodził cicho za moimi plecami. Pod jego wielkimi butami nie złamał się żaden patyczek, nie szeleściła trawa, skradał się osłonięty gałązkami krzewów.

Stałam na polnej drodze wołając psa, który jak zwykle pobiegł zwabiony jakimś zapachem i buszował w brzozowych zagajnikach, płosząc bażanty i zające. Codziennie chodziliśmy tam na spacery – w promieniu kilometra nie ma domów, normalnych dróg i przechodniów – jest cisza i pustkowie.

Kątem oka zauważyłam małego, rudego psa stojącego wśród traw. Quattro atakuje inne psy, więc powiedziałam do rudego: „Piesku, uciekaj!” i zaczęłam iść w jego stronę. I wtedy poczułam czyjąś obecność. Spojrzałam w lewo – stał za krzakiem, zatrzymany wpół kroku, zaskoczony, że go zauważyłam. Może zaskoczyło go też to, że patrząc na mnie z tyłu myślał, że jestem młodsza? – Dzień dobry – powiedziałam bezmyślnie, jeszcze bardziej zaskoczona niż on.

– Dzień dobry – odpowiedział bardzo cicho robiąc krok w moją stronę. Był teraz trzy metry ode mnie.

– Powinien pan zabrać swojego psa – wskazałam na rudego, stojącego bez ruchu. – Mój pies jest trochę agresywny, a nie wiem, czy zdołam go złapać.

– Pani piesek na pewno nic nie zrobi mojemu – powiedział uspokajająco cichym głosem, jak do dziecka, przesuwając się odrobinę w moją stronę.

Znam historie większości seryjnych morderców na świecie. Wiem jak wyglądali, wiem kiedy i w jakich okolicznościach zaczęli zabijać i wiem też, że prawie zawsze ich ofiarami są kobiety. Wiem też, że nikt jeszcze nie rozpoznał mordercy patrząc mu w oczy, bo nikt nie daje takich znaków. Ale w tym momencie spojrzałam na niego i wtedy właśnie mój mózg powiadomił mnie, że mogę mieć kłopoty.

To naprawdę był wielki facet. Nie tylko o głowę wyższy ode mnie, ale też potężnie zbudowany, z wielką głową i jasną skórą. I nie zachowywał się jak ktoś, kto spotyka na drodze kogoś, z kim warto przez chwilę pogadać. Po pierwsze nie szedł drogą, a po drugie nie chciał gadać. On czekał na to co powiem i jak się zachowam.

I wtedy jakieś 100 metrów od nas na drogę wypadł Quattro i dudniąc jak pędzący nosorożec biegł w naszą stronę z rozwianymi uszami i jęzorem, śmiejąc się od ucha do ucha. Złapałam go za obrożę, choć niełatwo jest zatrzymać pędzące 45 kilogramów. Tamten cofnął się trochę i zapytał, czy może go pogłaskać. Powiedziałam, że lepiej nie i że ja już pójdę. I poszłam, oglądając się za siebie co kilka kroków.

I choć staram się teraz o tym nie myśleć, to często zastanawiam się, co by było, gdybym się wtedy nie odwróciła. „Pewnie nic” – mówi optymistyczna część mojego mózgu. „Lepiej nie wiedzieć” – odpowiada ta od zapominania. „Dobrze, że się odwróciłaś” – uśmiecha się ta od zdrowego rozsądku.

Mhm – mówię ja i chodzę na spacery zupełnie gdzie indziej.

I ślubuję ci…

19 marca 2014

Lubię robić obrączki na serwetki. Są malutkie, łatwo je pomalować, nie wymagają wysiłku intelektualnego, bo są powtarzalne co najmniej cztery, albo sześć razy, a czasem i dwanaście… nie, dwanaście to nuda.

Rosen rings for napkins

I jeszcze są przewidywalne, bo wiadomo jaka będzie następna. I pasują do białych, płóciennych serwetek i do granatowych, papierowych i do talerzy w dowolnym kolorze, pod warunkiem, że będzie to talerz bez wzorków.

Rosen rings for napkins

Tak więc można spokojnie ślubować, że będzie ładnie na stole w wiosenne śniadanko.

Strefa suszy

12 marca 2014

Z trawnika został słomianożółty, z łysymi plackami dywan. Nasz trawnik ma pecha – siany w zeszłym roku ledwo przetrwał upiornie upalne lato, podczas którego padało może ze cztery razy. Jesień też nie przyniosła ukojenia, a zima była prawie bez śniegu. Wiosna, jak dotąd, zamiast przynieść słoty i poranne mżawki, wypala go coraz bardziej. Nawet rosy już nie ma. Za to jest kurz, którego by nie było, gdyby chciało choć troszeczkę, raz w tygodniu popadać. Najwięcej kurzu jest na psie, ale to już zupełnie inna historia.

Najśmieszniejsze jest to, że śliczni ludzie w TV cieszą się jak pacynki z pięknej pogody, z braku deszczu i wysokich temperatur. Nieraz już zapowiadali deszcz w naszym rejonie, padało kilka kilometrów dalej, a u nas ani kropli. Nie wiem, czy mieszkamy w takim miejscu pustynnym i nawiedzonym, ale tutaj naprawdę prawie nigdy nie pada. Za to w niedzielę palił się las. Dobrze, że w tym roku głupki nie wypalają łąk, bo już widzę te radośnie płonące wysokie trawy, które otaczają nasz dom.

Nawet moja lawenda nie jest zachwycona suszą, choć powinna. Pewnie przetrwa, jak to lawenda, ale jej uroda jakaś mało urodziwa tej wiosny. I martwię się o nią. Tak więc wzięło mnie na lawendę troszeczkę i oto przepiękne, lawendowe, popękane tu i ówdzie obrączki na serwetki!:

Lavender rings for napkins

Te spękania to oczywiście z suchości i to jedyna pozytywna rzecz wynikająca z prowansalskiego klimatu. 

Lavande bagues pour serviettes
Lavender rings for napkins

Póki co, to chcę deszczu – pluskającego w rynnach, szumiącego na dachu, walącego w nocy w parapety, rozpryskującego błoto z wysuszonej ziemi, kapiącego z sosnowych igieł, pływającego w małych banieczkach – łódeczkach w kałużach… Ale będzie fajnie! Tylko kiedy?

Pamiętnik Q

Quattro handsome

Byłem ze Zbigiem w biurze, było super. Tyle nowych osób, które mnie głaskały i mówiły jaki jestem piękny. 

Potem Zbig pracował, a ja się nudziłem i nie wiedziałem po co tu jestem i co mam robić, tym bardziej, że przestali głaskać. Kręciłem się trochę po pokojach, ale nikt nie miał dla mnie czasu. Na szczęście Ewa zabrała mnie do domu.

Quattro more handsome