Do zawieszenia

24 czerwca 2015

Jeśli macie kawałek swojego miejsca na ziemi, czyli własny pokój, to mam dla was coś, co się niewątpliwie przyda do ogłoszenia światu, że tak właśnie jest. Wiem, że posiadanie własnego pomieszczenia jest szalenie trudne, zwłaszcza kiedy nie jest się jedynakiem (-czką), a jest się kobietą w związku. Jakoś łatwo oddajemy naszą przestrzeń innym członkom domowej społeczności, nie zastanawiając się, jakie niesie to za sobą konsekwencje. Przede wszystkim nie mamy możliwości się wypłakać w spokoju, a wierzcie mi – kibel nie spełnia warunków. Kiedy coś nas boli, leżenie na wspólnej kanapie nie jest dobrym pomysłem, a w sypialni i tak nas znajdą i zabiją pytaniem „co ty tu robisz?”. A kiedy się ma jakieś hobby, to fajnie jest zostawić niedokończoną pracę bezpiecznie we własnym pomieszczeniu, do którego można wejść tylko za pozwoleniem właściciela, a nie zwijać wszystko ze wspólnego stołu do pudełeczek, plastikowych toreb albo do stołowej szuflady. Walczcie o własną przestrzeń, choćby to miał być schowek na miotły, albo komórka pod schodami. A kiedy już wygracie – obwieśćcie to! Może być tak:

Ma chambre plaque

Albo inaczej.

Poza tym zdobyłam kolejny stary wieszak, lekko pokrzywiony i brudny niemożebnie. Nie namęczyłam się z nim za bardzo, bo chciałam jak najszybciej zakryć jego steraną powierzchnię. I wyszło skromnie. I już wisi, bo do wiszenia stworzony został.

Hanger with blue roses

Angielski pacjent część 3

25 maja 2015

Jest nadzieja na wyleczenie tego jednego boku. Fakt, będzie nie taki jak sobie wymyśliłam, będzie miał blizny i zadrapania, ale nie będzie już ponury i bez wyrazu.

Surowe, monochromatycze motywy zostały złagodzone motywem wiktoriańskich róż. Może za dużo ich dałam, ale są takie śliczne.

Niektóre róże prawie wtopiły się w tło. 

Nie mam jeszcze odwagi pokazać całego boku. Muszę jeszcze się z nim oswoić, poprawić tu i ówdzie. Mam nadzieję, że będzie mi się podobać, bo na razie mam mieszane uczucia. Ale…

c.d.n. 

Angielski pacjent część 2

21 maja 2015

Po wyczyszczeniu biedny, obdarty ze skóry brzydal stał bardzo długo i przeszkadzał. Omijałam go wielkim łukiem przez kilka miesięcy, jakby był chory na grypę jelitową i do tego miał trądzik. Nie miałam żadnego pomysłu, który zmieniłby to drewniane nieszczęście w przedmiot użytkowy. Po tych kilku miesiącach zaświtał mi pomysł, ale zaraz się schował. Po następnych kilku miesiącach, kiedy nie wymyśliłam niczego nowego, postanowiłam wrócić do pierwotnej idei.

English table – detail

Pomalowałam boczek (na razie jeden) na biało, cieniutką warstwą, gdzieniegdzie okraszając spękaniami. Tam gdzie stare drewno popękało zrobiłam przecierki. Na tę postarzoną całość wrzuciłam napisy po francusku i wtedy zrobił się już totalny bałagan.

English table – detail

Prześwitujące drewno wygląda bardzo oryginalnie i stylowo, ale w całości nie zachwyca, niestety. Cóż, każdy ma taki shabby chic na jaki zasłużył…

English table – detail – shabby chic

Jeszcze jeden fragment. Całość, czyli jeden boczek pokażę niedługo, choć coraz mniej mi się to wszystko podoba…

c.d.n…

Angielski pacjent część 1

18 maja 2015

Stół dostałam od koleżanki z pracy. W Anglii, w hrabstwie Kent. Służył mi długo, a kiedy wyjeżdżałam, zostawiłam go progeniturze. Stół, w stylu Georga III, podrabianego w stodole (stół, nie George) przyjechał ze Zjednoczonego Królestwa z progeniturą któregoś dnia i odtąd przeszkadzał. Wiedziałam, że powinnam coś z nim zrobić, wyrzucić, wyczyścić, odnowić, pomalować, dać komuś… Po wielu latach, kiedy zamieszkaliśmy na Pustkowiu, stół przybył również i stał nieużywany w moim nieużywanym i nieumeblowanym pokoju/pracowni. 

Tak właśnie wyglądał, kiedy postanowiłam go wyleczyć. Tutaj ma zdjęte skrzydła, jedno z nich jest wyczyszczone z paskudnego, starego lakieru. Darłam to ścierwo papierem ściernym o różnej gradacji – od tłuczonego szkła, aż po cukier puder (żartuję), a ból bicepsa pamiętam do dziś. 

Table from Kent

Z boczną ścianką już nie poszło tak łatwo. Jest zrobiona z innego materiału niż blaty i prawie dostałam pylicy płuc skrobiąc stare obrzydlistwo, w którym zapewne przechowały się bakterie hiszpanki z Wielkiej Epidemii 1918 – 1919. Tak więc olałam skrobanie i podjęłam niezbyt udane próby pomalowania białą farbą tej katastrofy…

c.d.n.

Drobiowo

21 kwietnia 2015

To pierwsza (i jak dotąd jedyna) rzecz, którą zrobiłam sama od początku do końca. Właściwie to nie zrobiłam deski par excellence, ale sama ją przycięłam wyrzynarką, sama postarzyłam, pomalowałam. wywierciłam otwory na wieszaczki (wiertarką!!!) i tak dalej. Miała być „hiszpańska” a wyszła drobiowa.

Hanger with poultry

Lewy koniec wieszaka. Właściwie to lewy początek… 

Hanger with poultry

Jedna ze środkowych części.

Hanger with hens and cocks
Hanger with hens and cocks

I nareszcie koooooniec. A w całości wygląda tak:

Hanger with hens and cocks

No może nie w całości, bo pewnie cały się nie zmieści. Ale mieści się pod okapem i tam pasuje zna-ko-mi-cie

Serduszka, bo jutro w drogę

6 marca 2015

Jedziemy jutro, jedziemy, hurra! Wracamy wprawdzie niedługo (mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze), ale i tak trzeba się spakować, przygotować mnóstwo jedzenia dla 2 dorosłych i psa, Zjeść dzisiaj wszystko to, czego nie zabieramy, znaleźć ubezpieczenia, znieść z góry walizki, nie wiadomo jaka będzie pogoda, bo jedziemy na północ, mnie boli gardło i zapomniałam kupić wędlinę do kanapek, zabierać 3 pary spodni, czy tylko dwie, a, nie zapomnieć książki,… uff

W każdym razie dam radę. Na pożegnanie serduszka minimalistyczne, bo i tak na więcej jakoś mnie nie stać. Może po powrocie trochę nabiorę sił witalnych. A, miały być serduszka:

Hearts decoupage

i jeszcze takie. Jakoś za bardzo mi się nie podobają, ale pewnie długa zima zabiła moje samozaufanie. Samozadufanie. 

Idę się pakować.

Utensylia

19 luty 2015

Czas tak szybko mija, że właściwie nic nie robię, bo nie mam czasu. Z tym czasem to jakiś spisek chyba jest, wmawiają nam, że doba ma 24 godziny, a ja mam wrażenie, że najwyżej 13. Ponoć kiedy będę już bardzo stara, czyli trochę jeszcze starsza, to czas będzie płynął wolniej. Poczekam, zobaczę.

Póki co zdołałam coś tam wykonać w ramach hobby ulubionego, ale jakoś bez satysfakcji. Przynajmniej gdyby trzeba było wyrzucić, to nie będzie strasznie szkoda. Każde z utensyliów kosztowało ok. 1 zł, co dla mojej skąpej duszy jest jak miodzio do herbatki.

Pomalowane białą farbą łopatki, ozdobione wielką ilością lawendy. Z drugiej strony wyglądają tak:

Więcej lawendy, a co… Jest zima, więc jest zimno i wtedy chce się do takich pól lawendowych. I do truskawek. I do wakacji.

Poziomki raz!

5 luty 2015

Namówiono mnie na popełnienie kuferka / szkatułki / skrzyneczki w ożywczych, wesołych kolorkach i żeby wzorek był wesoły też. Dobra, nie ma sprawy. Kuferek / szkatułka itd niezbyt był wydarzony, pokryty bruzdami, zapewne zgodnie z wolą artysty – cieśli (stolarza?), który małymi, chińskimi łapkami porobił owe niepotrzebne bruzdy na szlachetnym, sosnowym drewnie. 

Pomalowałam na biało, papierem ściernym zdarłam zadziory i jakoś się tak wzorek ułożył, że pasuje do wąskich przestrzeni między wąwozami bruzd. I tak się nawet zdaje, że te poziomki ręce grzeją w mroźne przedpołudnie.

Wildberies on wooden box

Zaglądamy do środka… a tu szalone tło na ścianie.

Wildberries in the wooden box

Obrazeczki

23 stycznia 2015

Minęło 2 lata odkąd mieszkamy na odludziu. Dom urządzony, oprócz mojego pokoju/pracowni, wypełnionej meblowymi odrzutami i Wiecznie Odnawianym angielskim stołem.

Wymyśliłam, że w kuchni i w jadalni powieszę coś słodkiego, radosnego i kolorowego. Jak pomyślałam tak zrobiłam. Cztery obrazki wiszą obok starego kredensiku, surowego w wyglądzie i raczej niezbyt urodziwego:

Pictures for dining room

A te trzy poniżej zrobiłam do kuchni. Ramki są z Ikei, postarzone i pomalowane przeze mnie. Wiszą na wąskim kawałku ściany między oknem a szafką kuchenną z szybkami, o właśnie tak:

A obrazeczki? Piękne jak nie wiem:

Pamiętnik Q – dziewczyna lipca

8 stycznia 2015

Byliśmy na wakacjach daleko, daleko. Jechaliśmy 2 dni, Zbig mówi, że ponad 2 tysiące kilometrów. Lubię jeździć, z tyłu samochodu miałem moje posłanie i zabawki, często się zatrzymywali i wszędzie było inaczej!. Kiedy już dojechaliśmy, to okazało się, że tam jest taka wielka, hucząca woda, która mnie atakowała, więc musiałem ją gryźć. Potem bardzo mi się chciało pić a potem siusiałem bardzo, bardzo dużo.

Koło tej wielkiej wody, którą moi ludzie nazywali „ocean” było dużo fajnego miejsca na zabawę. Nazywało się plaża i stamtąd mam te zdjęcia:

Ja i Zbig opalamy się: 

Quattro, black russian terrier in Bretagne

Obserwuję inne psy, które są daleko i wiem, że nie będą chciały się za mną bawić. W tle wydmy:

Quattro in Bretagne

Trochę się w tym piasku wytarzałem…

Quattro in Bretagne

Nie wiem, czy ktoś mnie tu rozpozna, ale to na pewno ja. To zdjęcie Ewa wysłała gdzieś i tam różni ludzie głosowali na takich jak ja i na mnie też i jestem w kalendarzu. Kalendarz zrobiła Fundacja „Czernysz w potrzebie”, a ja jestem lipiec!!! Ewa mówi, że jestem dziewczyna lipca, jakbym był w jakimś Playboy’u. A fe. Mogę być facetem lipca..