Toaletki trochę normalne

17 stycznia 2018

Prawie każdy dzień w tym kraju to kolejne, niemiłe, a czasem szokujące wydarzenie. Jestem tym zmęczona i nie mam siły czekać na jakieś fajne, miłe, lub pocieszające wiadomości. Nie mam już nawet siły kręcić głową z niedowierzaniem.

Pomyślałam, że zaszycie się we własnym kokonie to dobry pomysł. Zaszyłam się i wyprodukowałam trochę bzdurek:

Decoupage little jewel case with mirror

Toaletka z różami, a właściwie malutkie pudełeczko na skarby małej damy. Bardzo się spodobała pannie J. I już nie odda.

DEcoupage little jewel case with mirror

Druga toaletka w kolorze lyla i z filiżankami (przecież widać!). Zdradzam sekret: w szufladce też mieszka filiżanka.

Little jewel box with mirror

Tyle zdołałam zrobić, żeby nie przejmować się tak bardzo. Póki co, migrena zawraca mi głowę, ale może dam radę obejrzeć dwa ostatnie odcinki „Stranger Things”. I już jest prawie normalnie.

Na skarby

29 grudnia 2017

Ale dzień! Najpierw na cito do progenitury. Potem zgubiłam portmonetkę na zakupach, ale wróciłam po swoich śladach i była! Na podłodze wyświniona, ale nikt jej nawet nie zauważył. Następnie stłukłam mój ulubiony kubek do kawy, aż w końcu ufarbowałam włosy i teraz wyglądam jak Barbarella, ale tylko trochę. W końcu zrzuciłam na podłogę bukiet suszonych hortensji, w to wszystko wlazł Pan Pies i straciłam 15 minut na ogarnięcie bałaganu.

Poza tym bez zmian, choć ponoć jakiś rok ma być nowy czy coś. Mnie tam wszystko jedno – piątek czy niedziela, dla mnie to poniedziałek, jak mawiali dadaiści. Ale nie o tym chciałam. Chciałam o skarbach w rodzaju srebrnych kolczyków często bez pary, koronkowej wstążki na szyję, starych klipsów z perłą, metalowego pierścionka, który podarował nam chłopak 42 lata temu, skarabeuszu, który wypadł z egipskiej bransoletki i sześciu zepsutych srebrnych łańcuszkach. 

Wooden box for your treasures

Idealne na skarby.

Wooden box for treasures

Dla większych gabarytów, na przykład diademów, kolii szmaragdowych, naszyjników z rubinów lub górskich kryształów, grubych bransolet nabijanych klejnotami jak czapraki arabskich koni – coś… o większych rozmiarach:

wooden box

W środku na razie jest lawenda. Bardzo cenna i pachnąca schyłkiem lata. I złocenia na krawędziach. 

wooden box

Gdybyście chciały zakopać swoje skarby pod krzakiem azalii, pamiętajcie szczelnie owinąć w coś nieprzemakalnego. Jeśli tego nie zrobicie, to wasze prawnuki znajdą tylko resztki drewna, bo klejnoty zabierze kret. Albo pies.

Łychy i łopaty

14 grudnia 2017

Od wczoraj wiem, że lepszy sort dostanie kałachy i prawdpodobnie nie zawaha się ich użyć w imię obrony ojczyzny. To przerażające, ale może jakoś uda się przeżyć te barbarzyńskie czasy.

Ale nie o tym chciałam. Zaczyna się mój Annual Christmas Panic Week. Czyli szczęśliwy czas okropnego stresu, komplsywnego jedzenia, paniki i wk…nia się na wszystkich. Próbuję oderwać myśli (i ciało) od tego co nieuniknione, czyli: robienia listy zakupów, robienia zakupów, obróbki warzyw i biednego mięsa (nie, nie kupuję karpi, a zwłaszcza żywych, bo karpie też ludzie), krojenia, siekania, gotowania, pieczenia, mycia stosów garów, udawania szczęścia z okazji rodzinnych wizyt i tej wszechoganiającej bezradności wynikającej z faktu, że będę musiała robić to do końca życia z coraz większą niechęcia a może i nienawiścią, tylko dlatego, że mój facet tak bardzo lubi tradycyjne święta. 

Kiedyś się wyrwę, kiedyś zdobędę się na odwagę, żeby uciec i nie przejmować się smutną i zawiedzioną miną mojego tradycjonalisty. Od lat wie, jak bardzo nienawidzę tego cyrku, ale nie odpuszcza. Nie ma litości. 

Próbuję oderwać duszę (i ciało) od tego poddaństwa i z tej racji przedstawiam kolekcję łych i łopat. Łychy są po to, żebym mogła się walić po głowie z rozpaczy, a łopaty po to, żebym mogła sobie wykopać dołek na zdechnięcie.

Fall spoon
Lavender spoon
Lavender spoon
Blue rose spoon
Blue rose spoon

I łopata. Jedna:

I jeszcze wałek. Jeszcze lepszy do walenia się po głowie:

Rolling pin with roses

Moja książka, nareszcie !!!

4 grudnia 2017

Mam moją książkę, którą pisałam jedną trzecią życia i myślałam, że nigdy jej nie skończę. Bo dziecko dorastało i robiło wiele, żeby mnie zabić. Bo praca w korpo, zajmująca czasem 14 godzin na dobę (jak ja to k… przeżyłam). Bo trzy emigracje do trzech różnych miejsc na świecie. Bo depresja trzymająca mnie w niewoli przez ponad pięć lat. Bo rozwód obrzydliwy. Bo cudowny mężczyzna, który ukradł mi mnóstwo czasu na Swoje Bardzo Ważne Sprawy. Bo lenistwo. Bo milion innych rzeczy, o których dawno zapomniałam.

Ale jest nareszcie. Może wam się spodoba i wtedy będę jeszcze bardziej szczęśliwa. A wygląda tak:

I tyle. Tak spełniają się marzenia. Późno, ale jednak się spełniają. Nareszcie

Domki dla ptaszków

30 listopada 2017

Obudziłam się dziś rano i zobaczyłam… białość. O tej porze roku zwycięża zwykle szarość i czerń, a tu proszę – winter wonderland.

Nawet pies był zdziwiony, że takie cos spadło i można się w tym znowu tarzać. Nadszedł też czas dokarmiania ptaków, a ja podła o tym zapomniałam! Zapomniałam zupełnie, a teraz jest za późno, bo nie znajdę karmnika w ciemnościach. Jutro, obiecuję. I przepraszam ptaszki moje ogrodowe: sikory, sroki i kopciuszki, sójki i gołebie. Są tu jeszcze bażanty i wielkie takie drapieżne (pewnie pterodaktyle), ale one się raczej nie stołują w małym domku na gałęzi sosny.

Mam też inne domki dla ptaszków, ale te są już naprawdę  m a l u t k i e. Zmieszczą sie w nich motylki i biedronki, pszczoły i świerszcze. No i kolibry, które nie przytyły za bardzo.

ouse
Bird’s house / decoupage

Nie, no koliber zmieści się bez trudu. Żeby mu sie tylko spodobało.

Drugi domek jest dla motylków. 

 Jesienią zasadziłam roślinę, która kwitnie i te kwiaty przyciągają wszystki motyle z całej okolicy, z sąsiednich wosek i pastwisk. Póki co jest ten domek.

Takie domki będą ślicznie wyglądać wiosną, zawieszone na płocie, albo ustawione na parapecie. Już niedługo! 

Dom dla herbaty

22 listopada 2017

Och, tytuł taki mało poetycki, a przecież co jak co, ale herbata zasługuje na poetyckość jak mało co na świecie. Po latach picia kaw przeróżnych, o nazwach jak z filmów włoskich, albo z Rodziny Soprano, przestawiłam sie na picie herbaty i to akurat wtedy, kiedy ludzkość dowiedziała się, że kawa jest lekiem na wszystko, od kataru aż po Alzheimera i tym razem to już żadna ściema i nie chodzi wcale o wzrost popytu = wzrost cen.

Ale miało być o herbacie, która też zasługuje na szacunek i odpowiednie opakowanie. Po latach prób zdecydowanie najbardziej lubię Earl Grey z bergamotką. Zaraz potem english breakfast i yunnan, lekko wędzony.

Pierwszy dom dla herbaty:

Tea box / decoupage

Herbaciarka zrobiona jest ze starego drewna i pomalowałam ją niezbyt grubo, żeby widać było słoje. Dodałam filiżanki, bo cóż innego?

Tea box with tea cups

Filiżanka z drugiej strony pudełeczka. I wreszcie wnętrze herbaciarki ze ślicznie i równo poustawianymi filiżankami:

Tea box with tea cups / decoupage

Oczywiście torebki z herbatą zakryją filiżanki, ale kiedy pudełko zostanie opróżnione, to ukażą się fiiżanki i będzie NIESPODZIANKA! Ale o tym pewnie wiecie.

Drugi dom dla herbaty ozdobiony niebieskimi różami ma taki sam przód, jak ten z filiżankami.

Tea box with the blue roses / decoupage

Miały być niebieskie róże:

Tea box with blue roses

O właśnie takie. Nie za wiele, żeby nie przysłoniły tego, co w środku. 

Takie tam… o ojczyźnie szczerze.

19 listopad 2017

Nareszcie wróciłam. Włóczyłam się przez połowę życia, przez połowę świata, zastarzałam się nielicho, ale też w głowie trochę przybyło. Jasne, często wracałam, często tęskniłam, nie wiedząc za bardzo gdzie chcę być. Nie mogłam i nie chciałam podjąć decyzji, która zmieni mnóstwo rzeczy, bo dokonałam w życiu zbyt wiele kiepskich wyborów. 

Wróciłam, żeby trochę odpocząć i wiosną znów wyruszyć. Polska już mnie więcej nie nabierze. Tyle razy obiecywała, mamiła, zapraszała. „Zobaczysz, teraz już będzie fajnie, teraz już będzie normalnie”. A ja wracałam, dawałam się omamić tyle razy, że gdybym zrobiła to jeszcze raz, to byłby już objaw poważnej martwicy mózgu. Mieszkałam w wielu krajach i w żadnym z nich nie traktowano mnie tak podle jak w mojej ojczyźnie. Poznałam ludzi z setek plemion i żaden z nich nie okazał mi tyle złości, chamstwa i pogardy. Mogę wam powiedzieć: w Polsce jest okropnie i coraz okropniej. Jest smutno i coraz smutniej. Jest ponuro, coraz bardziej strasznie i coraz mniej fajnie. Nie mogę na starość czuć się Żyd w Niemczech po ogłoszeniu Ustaw Norymberskich. A tak się czuję, bo jestem ateistką, feministką, antyrasistką, nienawidzę myśliwych i mam poczucie humoru (na wykończeniu).

Wesprzyjcie mnie, bo boję się strasznie. Ale jestem juz stara i chciałabym odpocząć. Od strachu, od kłamstw, pogardy i wkurwiania się. Serio. I już nie dam się nabrać. Za późno. Już wybrałam.

Mój słodki Halloween

30 październik 2017

O tym jak bardzo kocham Halloween piszę co roku i chyba mi się nie znudzi. Nie znudzi mi się tym bardziej, że Miłościwie Nam Panujący Jedyny Słuszny Kościół ciągle walczy z moim ulubionym świętem za pomocą propagandy, klątw i straszeniem ekskomuniką / diabłem / brakiem rozgrzeszenia, czyli piekłem / niepotrzebne skreślić. Gorsze kary grożą tylko za czytanie Harrego Pottera.

Trochę to nudne, tym bardziej że żadna z rzeczy którymi straszą, w umysłach racjonalnie myślących ludzi nie istnieje, więc raczej trzeźwomyślących nie zniechęcą. Ci bardziej bojaźliwi być może zadrżą przed duchami, choćby swoich przodków, zwłaszcza po kilku kielichach nalewki z dyni albo piwa kremowego, ale poza tym zabawa jest przednia.

Boicie się pająków? Bo ja strasznie. Ale czuję się zmuszona, jak co roku, do przedstawienia kilku pomysłów na proste dekoracje. Na przykład drzwi do garażu mogą być wspaniałą i straszną pułapką dla tych, którzy zdecydują się okazać epicką odwagę:

Nie wiem, czy macie psa, mieliście psa, czy będziecie mieli psa, ale możecie się tak postarać, jak właściciel tego, hm, kim jest ten przystojniak?

No i na koniec coś pysznego i łatwego do zrobienia. Ci, którzy choć raz w życiu zrobili babeczki będą wiedzieć o co chodzi:

Mniam. I przygotujcie mnóstwo różdżek, mioteł, białych prześcieradeł i bawcie się jak byście byli dziećmi.

Lato odeszło?

24 października 2017

Jasne, że tak, nie ma co do tego wątpliwości i to nie tylko ze względu na temperatury. Wszyscy narzekają, że mało słońca, że dni krótkie, że „addio pomidory” i że wino ma podrożeć, a może i jaja, bo owoce już droższe być nie mogą, a pies leży na zimnej ziemi i może przeziębić sobie pęcherz. To wszystko prawda, ale przecież dopiero teraz w domu jest naprawdę przytulnie i nikt ci nie będzie miał za złe, jeśli zwiniesz się po południu pod kocykiem z korytkiem w zasięgu ręki i telewizorkiem / książką w zasięgu wzroku i spoookój. No i na pocieszenie można robić jakieś ogórki w słoikach, albo upiec pachnące ciasto z jabłkami i cynamonem…

Nie umiem robić ogórków, a już tym bardziej ciasta, ale robię coś, co może przypomni trochę lata:

Hydrangea wooden try for autumn / decoupage

Tak, tak, mam fioła na punkcie hortensji. Ale są takie najpiękniejsze.

Tacka jest drewniana, zmieszczą się na niej najwyżej 2 kubki z gorącą herbatą na poprawę nastroju. Oczywiście to wcale nie musi być herbata, a zapewne znacie mnóstwo rozgrzewających, pachnących, różnokolorowych substancji, które mogą poprawiać nastrój jesienią, więc nie będę o tym pisać, bo sami wiecie najlepiej czego użyć w jesienne wieczory.

Żeby oprócz 2 kubków zmieściło się jeszcze ciasto, potrzeba jeszcze drugiej tacki. 

Sunflower wooden tray for summer / decoupage

Ach te kropeczki. Takie śliczne i tak łatwo je zrobić. Wiem, miało być o tackach.

Sunflower wooden try / decoupage
Sunflower tray for summer

Och, nie mogę się oprzeć i dodam jeszcze jedno zdjęcie. To dla tych kropeczek. Skoro nie ma słońca i owoców, to ja będę się cieszyć z kropeczek, choć niektórym się to może nie podobać. 

Sunflower wooden try for summer / decoupage

Następnym razem zrobię jeszcze więcej. Kropeczek, a może i tacek. A na razie idę „pod kocyk”  (w „Ojcu Chrzestnym szli „na materace”) i pożrę trochę pierniczków. Opatulcie się!

Obrazki deseczkowe

15 października 2017

Uwielbiam ozdabiać proste przedmioty, ale myślę sobie, że to może być psucie natury. Bo deseczka jest drewniana, a skąd mogę wiedzieć, czy to drewno nie jest z Puszczy? Zresztą każde drzewo, skądkolwiek  pochodzi ładniejsze jest żywe, a nie przerobione na cokolwiek, choćby śliczne deseczki. Ale cóż, stało się. 

wooden board with pansies / decoupage

Pocieszam się, że deseczka może służyć jako obrazek, a po odwróceniu… jako deseczka. I może jeszcze pochodzi ze zwalonego ze starości drzewa i nie przyłożyłam ręki do zagłady zielonego cudu natury. Bo muszę przyznać, że zrobiłam to znowu:

Prawie jak te namalowane przez pewnego biednego Holendra.

Ale kropeczki ja namalowałam, choć nie widać ich za dobrze. Wiem, powinno być odwrotnie – ja namaluję słoneczniki, a pan Vincent kropeczki.