Ogród w Krainie Deszczowców

5 czerwca 2018

Kraina Deszczowców od kilku tygodni zamieniła się w Krainę Słońca i Ciepełka. Ale od wczoraj co chwilę leje, grzmi i ogólnie wszystko wróciło do normy. Od kilku tygodni prawie nic nie robimy, czekając na remont, który zacznie się hm… jeszcze nie wiadomo. Próbuję zająć się ogrodem, który stworzyła Evelyn i w którym wszystko jest… kolczaste.

Poniżej: tak wygląda od uliczki, czyli z przodu:

Evelyn pochodziła z Finlandii. Nie wiem, jakie są fińskie ogrody, ale ten mógłby się nazywać „ogród ciernistych krzewów”. Są tu róże z wielkimi kolcami, są róże z drobnymi kolcami. Są kolczaste krzewy berberysu, jest ostrokrzew, który chwyta mnie za ubranie, kiedy przechodzę obok. Są oczywiście inne róże i kolczaste krzewy, których nazwy nie znam no i oczywiście róże. A, i więcej róż.

Przy małym domku jest pompa, gąszcz chwastów i wielka micha, z której pies uwielbia pić wodę, mimo że jest pełna alg, małych stworzeń i pewnie trochę śmierdzi. Pod dachem jest wielki hotel dla owadów, które próbują przepchnąć swoje wielkie pupy w małe dziurki i podlatują od jednej do drugiej, zanim znajdą właściwy rozmiar. W donicy mieszka myszka, a na tym krzewie obok dziesiątki motyli.

Mieszkają u nas takie okazy. Nad szyją okazu jest malutki ptaszek siedzący na poidełku. Gąszcz roślin jest nie do przebycia, a większość roślin nigdy nie zakwitnie z tego prostego powodu, że są to rośliny, które nie kwitną.

A to jest pierwszy metr kwadratowy, który udało mi się wydrzeć chwastom. Posiałam tam maciejkę, wyrosła ledwo-ledwo, bo pewnie ma zbyt dobrą ziemię. Bo ziemia tutaj jest czarna, żyzna, lekka, wspaniała i zawsze wilgotna. Sadzić i siać tutaj, to prawdziwa przyjemność, bo wszystko rośnie wielkie i piękne, nigdy nie trzeba podlewać, wystarczy wypielić chwasty. Więc po co sadzić wszędzie kolczaste krzewy, których nie można się pozbyć, chyba że ma się rękawice ze skóry smoka. Na miejsce berberysów chciałabym posadzić hortensje, które tutaj urosną jak drzewa. Tak będzie, wiem, że dam radę. Tylko niech trochę przestanie lać!

Domek w Krainie Deszczowców

17 maja 2018

Pogoda: nie pada, ale wilgotność 86 %, temp. 13 stopni.  

Po pięciu dniach pogoda zwiędła, zaczęło padać i padało przez następne dwanaście. Temperatura spadła do siedmiu, a w nocy przytrafiały się przymrozki. Mówiąc szczerze nic nam się nie chciało, dzieliliśmy czas na drzemanie pod kocykiem, przysypianie przed telewizorem, czytanie, też pod kocykiem, małe zakupy, bibliotekę i przygotowywanie jedzenia. Pan Pies wpadł w depresję i nie chciał nawet wychodzic na spacery, tym bardziej, że wyżłowata suka od Madame Giselle strasznie go stresowała, zza płotu obrzucając go straszliwymi inwektywami i to pewnie po niemiecku. Chwilami pokazywało się słońce, ale po chwili znowu się deszczyło, mżyło, kropiło, lało, kapało i szumiało.

Co jakiś czas zjawiał się któryś sąsiad, (o sąsiadach jeszcze napiszę), sprawdzając co porabiamy i jakby trzeba było coś… Strasznie mili, choć wiedziałam przecież, że przychodzą ciekawi jak sprawują się przybysze. Na kilka tygodni zostaliśmy lokalną atrakcją.

HISTORIA c.d: Dom w imieniu właścicielki sprzedawał Paul, jej mąż. Evelyne leżała w szpitalu i umierała, choć nigdy nie spytaliśmy Paula na co była chora. Wiedzieliśmy, że marzeniem Evelyne jest sprzedać dom przed śmiercią, ale nie wiemy dlaczego, nie chcąc jeszcz zasmucać Paula. W każdym razie umówiliśmy się z notariuszem na kwiecień, kiedy wszystkie potrzebne dokumenty znajdą się w kancelarii. Pojechaliśmy do domu, zadowoleni, że zapewne już w maju będziemy mogli pomieszkać w naszym małym domku. Stało się to dużo później, ale o tym następnym razem c.d.n.

A teraz zapraszam was na herbatkę. Zdjęcia zostały zrobione kilka dni po tym, jak wreszcie mogliśmy pobyć w naszym domku:

Home in Rainland – entrance and vestibule

To jest przedsionek, drzwi wejściowe są z tyłu, a z lewej wejście na salony. Przez okno widać stodołę, czyli domeczek z pokoikiem, łazienką i sauną. Na wprost psie jedzenie i reszta bałaganu.

Home in Rainland – living room and stairs

Schody na górę (wiadomo), pod schodami mieszka Pan Pies, a za schodami salonik. W tej chwili zaszło w nim wiele zmian, które pokażę, jak już wszystko będzie urządzone tak, jak chcę, tylko kiedy to będzie? Okna wychodzą na południe i zachód, więc światła jest mnóstwo, o ile dzień nie jest deszczowy. Zwykle jest.

Home in Rainland – living room

Bałagan spowodowany przez Pana i Władcę. Wszędzie, gdzie koczuje, natychmiast rozkłada swoje biuro. W rogu stoi stary piec, którego nie będziemy mogli używać, ze względu na strzechę.

Home in Rainland – kitchen

Kuchnia jest okropna. Nie jest tak krzywa, jak na zdjęciu, ale jest w niej straszny bałagan. Za dużo rzeczy na blacie, na półkach, na podłodze. Musimy przywieźć szafki wiszące, pomaluję wszystko na biało i będzie lepiej. Jedynie kredens udało się jakoś uporządkować. Nie macie pojecia ilu rzeczy zdołaliśmy się już pozbyć. 

Home in Rainland – upstairs

Właśnie weszliśmy na górę. Okno wychodzi na wschód i na tę śliczną wiśnię japońską, na stodołę, czyli domeczek z sauną, a dalej na drogę i nieskończone pola kukurydzy. Poza tym jest tu jak w beczce: wszystko drewniane.

Home in Rainland – upstairs

Kiedy odwrócicie się o 180 stopni, to zobaczycie sypialnię ukrytą za paskudnym meblem z płyty. Mebel zostanie pomalowany, tak jak obie ściany szczytowe, okna ubiorę w firanki, dodam jeszcze kilka różnych takich i będzie cudnie, prawda?

Niespodzianki w Krainie Deszczowców

11 maja 2018

Dotarliśmy późnym wieczorem, ale resztki dnia jeszcze plątały się po polach. Daleko na zachodzie słońce zachodzi co najmniej godzinę później, niż na polskiej szerokości geograicznej. Pierwsza niespodzianka – taki widok: 

Oczywiście było dużo ciemniej, więc zdjęcie zrobiłam dopiero następnego dnia. Po prawej stronie widać kawałek domu naszych sąsiadów, a to oszklone to przedsionek / weranda / łapacz wiatru. 

Druga niespodzianka czekała nas w domu – nie ma prądu! Nie ma i już, choć próbujemy wszystkich włączników, usiłujemy reanimować lodówkę, w domu zimno jak w psiarni, bo piec bez prądu jakoś nie chce pracować, pies opuszczony pośrodku ogrodu… mała apokalipsa i tyle. Na szczęście pamiętałam, gdzie są świeczki, a Pan i Władca pamiętał, gdzie jest latarka. Z latarką idzie odkręcić wodę, co nie jest proste, bo ustrojstwo do odkręcania ukryte jest pod ciężkim włazem i pod powierzchnią wody w ogrodzie. Idziemu spać trochę brudni i głodni, bo tylko Pan Pies dostał kolację… Ładnie się zaczyna.

HISTORIA: Właściwie, to zaczęło się cztery lata temu, kiedy po powrocie z Bretanii postanowiliśmy zamieszkać za granicą. Długo zastanawialiśmy się nad nową ojczyzną. Włochy – za gorąco, Francja – Pan i Władca nie zna języka i czułby się samotny, Holandia – drogo, Czechy – nie ma morza, a o morze chodziło nam najbardziej. Rozpoczęło się wielkie przekopywanie internetu. Znaleźliśmy setki domów, które nam się podobały i które kosztowały niedrogo. Cudowne wiejskie domki w Normandii i Bretanii, duńskie chaty przecudnej urody i do tego taniocha, niemieckie takie sobie, ale można było znaleźć coś interesującego. Przez trzy lata jeździliśmy do Schleswig- Holstein i Danii cierpliwie oglądając dom za domem. Aż w zeszłum roku, wiosną pojechaliśmu do Niedersachsen na północny koniuszek, gdzie potężna Elba wlewa się do Morza Północnego, nie spodziewając się, że tam…

Poniżej nasz dom widziany z drogi, poprzez ogród sąsiada. Zdjęcie z zeszłego roku.

Our home in Niedersachsen

To był kompletny przypadek. Agentka nieruchomości, z którą byliśmy umówieni na oglądanie innego domu zadzwoniła rano i powiedziała, że dom który miała nam pokazać został sprzedany, ale ma inny, który właśnie się pojawił na rynku i będziemy go oglądać jako pierwsi. 

Oniemieliśmy – tak, to był nasz dom – malutki (85 m2), strzecha, niewielki ogród, zaraz za progiem rzeka, 15 kilometrów od plaży i było nas na niego stać. c.d.n.

Rano PiW (Pan i Władca) znalazł numer telefonu do elektryków i ponieważ w języku biegły, poprosił o przyjazd. Przyjechała Pani Elektryk  (tak, tak) i przez dwie godziny, mrucząc pod nosem szukała przyczyny awarii. I znalazła – kable poprzegryzało jakieś zwierzę, zapewne kuna (śliczne są, a takie wredne), ale prąd popłynął i do lodówki i do pieca i do czajnika z wodą, eh, raj na ziemi znowu się zrobił, tym bardziej, że słońce świeciło przepięknie i zrobiło się CIEPŁO i nie zepsuł tego nawet bardzo bolesny rachunek za naprawę prądu.

Kolejna niespodzianka czekała na nas w małym domku obok domu, gdzie jest mały pokoik, łazienka i sauna. Jesienią zakręciliśmy wodę w domku i wylaliśmy ją z różnych zbiorników. Niestety zapomnieliśmy o prysznicu, w którym pozostała odrobina wody. Mróz oczywiście rozsadził kran i kiedy PiW odkręcił wodę, ta lała się przez całą noc. Eh, nie chce mi się o tym opowiadać.

Our home in Niedersachsen

Pan Pies wylazł rano na drogę i patrzy w stronę wału przy rzece. Zaraz pójdziemy na spacer.

Południowa strona domku. Okna wychodzą na południe i to się nie zmieniło, choć zdjęcie jest z poprzedniego lata. 

Póki co, to posprzątaliśmy dom, który przez całą zime w posiadaniu armii pająków. Odwiedziliśmy okoliczne miasteczka w celu nabycia drogą kupna żywności, każdego dnia mamy gości, a pogoda jest jak z bajki o Krainie Słońca. Zepsuł się elektryczny kominek, który przywieźliśmy, żeby dogrzać trochę chatę, PiW zepsuł się telefon, dalej nie mamy internetu, ale Pani w Bibliotece pozwoliła nam używać własnych laptopów. 

Będę pisać o życiu tutaj, bo strasznie mi tu (na razie – dopisek realistycznej strony mojej duszy) dobrze, choćby nikt nie chciał już o tym czytać. Pozdrawiam tych, którzy jeszcze chcą, a dla Ani, Magdy i BBM moje najpiękniejsze uśmiechy.

POGODA: cudowna, 25 stopni i bezchmurnie.

Do Krainy Deszczowców!

14 kwietnia 2018

Jutro wyjeżdżamy raniutko, może nie skoro świt, ale najpóźniej o ósmej, zapakowani pod sufit, pewnie niewyspani i zestresowani, ale dzielni. Pan Pies pewnie nie będzie chciał wskoczyć do tyłu samochodu, bo odkąd się postarzał, sprawia mu to trudność. Ale poniewać uwielbia jeździć, więc kilka „hop”-ów powinno wystarczyć na zachętę. Potem będziemy jechać i jechać i jechać przez 1050 kilometrów, ciągle na północny-zachód, choć bardziej na zachód niż północny. Będziemy pewnie często stawać, bo najpierw ja siusiu i Pan Pies siusiu i jedzonko i kawcia, a potem bo Pan i Władca będzie już padnięty. Ale w końcu dojedziemy do malutkiej wioseczki obok wielkiej rzeki i niedaleko ogromnego morza, które jest częścią średniej wielkości oceanu. 

Kiedy już w końcu dojedziemy, zaparkujemy pod naszą drewnianą wiatą i będziemy najpierw wnosić bagaże, a potem napijemy się herbaty z cytryną, nakarmimy psa, ale nie wiem, czy przed nocą zdążymy. A, jeszcze musimy odkręcić wodę po zimie. Potem rozłożymy psu legowisko pod schodami i pójdziemy spać na górę. Zapewne będzie padać, bo tam pada zawsze, odwrotnie niż tutaj.

Wstaniemy rano, pójdę z Panem Psem na spacer, potem zjemy śniadanko przygotowane przez Pana i Władcę, a potem zaczniemy się rozpakowywać… Pewnie wpadną sąsiedzi, żeby się przywitać i będzie jak w domu, ale nie w tym tutaj. Tutaj nikt nie przychodzi się witać, a czesto nawet nie mówią „dzień dobry”. A resztę będę opowiadać tak często, jak to będzie możliwe.

Żeby tradycji stało się zadość, to pokażę jeszcze jedną z moich ostatnich prac, a potem idę szykować kanapki.

Decoupage tray with latin roses

Pa!

Pamiętnik Q – wiosna albo coś

28 marca 2018

Dawno już wam nie opowiadałem co u mnie. Właściwie u mnie niewiele się dzieje. Siedzimy sobie w domku, czasem spacerujemy, rano z Ewą, wieczorem z Panem. Coraz więcej domów wokół, martwimy się, bo do tej pory byliśmy sami w okolicy, a teraz będą inni ludzie i pewnie będą hałasować i będzie im śmierdzieć z kominów. Do tej pory było fajnie, mogłem biegać po lasach i polach i spotykałem dużo Białych Tyłków i takie uciekające szybko z dużymi uszami, a teraz ich coraz mniej. Kiedyś ścigałem je ile sił w łapach, ale nigdy nie dogoniłem. A teraz to mi się już nawet biec za nimi nie chce, popatrzę tylko jak uciekają szybciutko i cicho znikają za drzewami.

Ewa mówi, że zaczynam się starzeć, że mam już ponad osiem lat, choć przecież nie wiadomo dokładnie, bo w schronisku, dawno temu też nie wiedzieli, więc mogę mieć nawet dziewięć… Nie wiem za bardzo co to znaczy, że zaczynam się starzeć, Pan mówi że wszyscy się starzeją i on też, więc skoro on też, to nie ma się czym martwić, bo Pan wie co się dzieje, a to wystarczy, prawda? 

I tak sobie myślę, że lubię kiedy każdy dzień jest taki sam, budzę się, dają mi trzy kanapeczki, potem spacer, potem śpię, potem Ewa daje mi wielką marchewkę, potem śpię, potem idę do ogrodu poszczekać trochę na obcych, potem obiadek, potem przychodzi Pan, potem się ze mną bawią, potem spacerek, potem oglądamy telewizor, potem śpię do rana. 

Ostatnio byłem u fryzjera, bo miałem tyle włosów, że aż było mi za gorąco. Teraz jest mi czasem za zimno, ale przykrywają mnie kocykiem i już jest dobrze.

Tak wygladałem przed pójściem do fryzjera:

Quattro the Dog - Black Russian Terrier

A tak wyglądam teraz na moim łóżeczku:

Quattro the Dog - Black Russian Terrier

I tyle na razie. Podaję łapę każdemu, kto chce, tylko proszę przynieść jakieś ciasteczka.

Na tacę…

25 marca 2018

Nie, to nie to, co myślicie. Nie o takie „na tacę” chodzi, bo nigdy w życiu nie dałam i nie dam ani grosza, ani pensa, ani centa, ani mongoma nawet. Moja prababcia, która miała dwóch synów w USA, w czasach, kiedy za dziesięć dolców można było żyć przez miesiąc, do kościoła zanosiła co niedzielę właśnie owe dolców 10, co dawało 40 baksów miesięcznie, za co jego wielebność, czy jakoś, mógł sobie kupić wypasionego mirafiori po kilku miesiącach, a ona żyła za jakąś rencinę i przymierała głodem. Dobra, nie o tym chciałam… 

Moje tace służą wyższym celom – do podawania pachnącej kawy i herbaty, niekoniecznie w filiżankach. Do zbierania naczyć ze stołu i niesienia ich prosto do zlewu, albo zmywarki. Do kruszenia na nie, kiedy je się śniadanie w łóżku w piękny poranek, niekoniecznie w niedzielę.

Art Nouveau tray

Ta taca mogłaby powstać w epoce art-nouveau. Zachowałam wszelkie cechy epoki, łącznie ze stylem reklamy firmy, która sprzedaje kakao i to w płatkach / listkach. Czyż nie były to piękne czasy?

Victorian roses tray

Tło dla róż to listy, zapewne miłosne, pisane dawno, dawno temu. Brzegi tacy mają złote refleksy, choć na zdjęciu (jak zwykle) tego nie widać. Widać natomiast wiktoriańskie róże, słodkie i śliczne.

Blue roses tray

Nie wiem, co mi się bardziej podoba: filiżanki, czajnik, czy róże? Chyba filiżanki, które czekają na herbatę zaparzoną w czajniczku. Wierzcie mi, to w CZYM pije się ten napar naprawdę ma znaczenie.

Field flowers tray

Taca na zimowe śniadania, kiedy na dworze jeszcze mroczno, wieje północno-wschodni wiatr i wszystkiego się odechciewa. Rabatka pełna wesołych, polnych kwiatków działa jak… nie, właściwie nie działa.

Tyle o tacach na każdą okoliczność przyrody. Teraz powinnam się zabierać za jaja, ale nie chce mi się. Może w przyszłym roku

Obrączki znowu

8 marca 2018

Tym razem pudełka są pełne, nic nie zginęło, nie zapodziało się i nie zniknęło. W pierwszym komplecie sześć lawendowych obrączek i jedno pudełko / kuferek do nich. Nic ciekawego w sumie, ale pokazuję:

Decoupage lavender napkin rings
Lavender napkin rings box

Na wieczku są drobne spękania, ale pewnie ich nie widać na zdjęciu. Ten motyw lawendowego serduszka natchnął mnie do zrobienia własnego wianuszka z lawendy. Teraz boli mnie głowa i nie chce mi się ruszać, ale kiedyś pokażę ten mój pachnący wianuszeczek, który wisi nad drzwiami w kuchni.

I jeszcze jeden komplecik – skromniutkie kwiatki polne, pasujące jak ulał do białych, płóciennych serwetek. Można też kolczyki albo dzwonki wiatrowe z nich zrobić.

Field flowers napkin rings

Nie wiem, co można zastępczego zrobić z pudełka, które zamknięte wygląda tak:

Decoupage pansies box for napkin rings

Taki obrazeczek bratkowy. A, i uprzejmie donoszę, że dzikie róże mają pąki bladozielone.

Krowa z moich stron

25 luty 2018

Nie wiem, czy słyszeliście tę historię. A było tak: pewna krowa uciekła z transportu, który wiózł ją wraz z innymi skazanymi na śmierć do obozu zagłady. Uciekła z transportu, korzystając z jakiejś okazji, cudownego zbiegu okoliczności, palca bożego, nazwijcie to jak chcecie. Uciekła i wędrowała przed siebie myląc pogoń, być może przerażona odgłosami nocy, być może zmarznięta, może atakowana przez psy, jedząc marną trawę i wszystko, co mogła znaleźć i co nadawało się dla jej krowiego, wegańskiego żołądka. Doszła do brzegu wielkiej wody, czegoś, czego nigdy wcześniej nie widziała: niewiele widzi się przez wrota obory. Poleżała, pomyślała i popłynęła na kawałek lądu porośniętego krzewami, nie wiedząc nawet, że jest na wyspie. Chyba poczuła się szczęśliwa, mając spokój, troche jedzenia, a przede wszystkim poczucie bezpieczeństwa. Może poczułą w sobie dziką naturę swoch przodkiń, które pasły się spokojnie na bezkresnych łąkach, karmiły swoje dzieci, których nikt im nie odbierał, żeby je zabić w bestialski sposób.

Pewnego dnia ktoś ją znalazł. Ludzie dopadli ją znienacka, związali i kazali jechać… Nie wiedziała dokąd, nie wiedziała dlaczego. Była tak nieszczęśliwa, że przerwano krótki czas, kiedy naprawdę żyła. I wielkie krowie serce nie wytrzymało. Stanęło. Piękne, inteligentne stworzenie straciło życie, które dopiero się zaczęło. Przez ludzi. Przez apologetów sadyzmu, którzy uważają, że każde stworzenie jest poddane człowiekowi i ma wypełnić swoje przeznaczenie w imię ludzkiego panowania nad światem.

Strasznie mi jej żal. Powiecie: to tylko krowa, i tak miała oddać życie w imię ludzkiego łakomstwa. Jasne. Ale pomyślcie, krowa nie robi nikomu krzywdy. Chce żyć, jak każde stworzenie. Tak samo jak wy i wasze dzieci. Nie chce być zamordowana i zjedzona. Tak samo jak wy i wasze dzieci. Nie chce urodzić pięknego syna i zaraz go oddać. Tak samo jak wy i wasi synowie. Może nie ubiera tego w słowa, ale jest na tyle mądra, żeby uciec z transportu. Może bylibyście na tyle łaskawi, żeby jej na to pozwolić. Kiedy następnym razem wbijecie widelec w martwe ciało krowy, pomyślcie o niej, że bardzo, bardzo chciała żyć.

No communicado

20 luty 2018

Kilka dni bez internetu uczyniło ze mnie rozczochraną mieszkankę europejskiego pustkowia ze schyłku średniowiecza. Co robić, kiedy nie ma dostępu do informacji, a ty właśnie zapomniałaś jaki jest czas połowicznego rozadu cezu? Jak wypełnić czas, kiedy z przerażeniem myślisz, że świat o tobie zapomniał? Jak żyć, kiedy nie możesz obejrzeć kolejnego odcinka serialu Netflix?

Utopiłam się w tym nadmiarze wolnego czasu i udało mi się zrobić kilka zdjęć róznych małych przedmiotów, które zostały zrobione jeszcze w październiku:

Lavender tray / box

Lawendowa tacka / pudełko z wierszykiem. Taki wesolutki akcent na przykład w łazience. Białej.

Peonies box / tray

Piwonii nie trzeba przedstawiać, choć kwitną wiosną tak krótko. Nie wiem do czego pasuje to pudełko / taca, ale może do noszenia kubków z kawą? Kubki powinny być białe, albo niebieskie, albo… nie, zielone nie.

Poza tym wykończyłam nareszcie Cerutti 1881. Po 18 latach. Co dalej? Mam tego trochę z dawnych czasów. Napiszę, kiedy wybiorę.

Zaginione obrączki i wędzony pies

1 luty 2018

Codziennie chodzimy z Panem Psem na spacery. Jasne, że chodzimy dla zdrowia, kondycji i przyjemności. Pan Pies uwielbia węszyć wszędzie, nawet tam, gdzie nie powinien, ja muszę uważać, żeby nie zwichnąć nogi na leśnych wertepach, więc współpraca układa się dobrze. Pan Pies czasem wypłoszy zająca, za którym nie chce mu się gonić, czasem mija stado Białych Tyłków ukrytych w wysokich trawach i nawet ich nie zauważa. Ptaki śpiewają, lasy i łąki są tylko nasze… Tylko dlaczego ja wracam zawsze z piekącymi oczami i bolącym gardłem, a psia sierść śmierdzi, jakby wytarzał się w spalonych śmieciach? Otóż dlatego, że moi dalecy sąsiedzi palą w piecach czym popadnie. Dymy z kominów snują się po całej okolicy, odmieniając prześliczny krajobraz w krainę z koszmaru. Gratulacje, Rodacy moi! Nie sposób was lubić.

Quattro – my black russian terrier

Chciałam wam pokazać obrączki na serwetki w wiktoriańskim stylu, to znaczy róże są stylowe i tyle. Obrączki, wraz z różami mieszkały w pudełku, zdolnym pomieścić 6 sztuk obrączek:

Box for napkin rings – roses

Pudełko troche postarzone, z kropkami, które uwielbiam, wygląda trochę jak z pchlego targu, ale nie można mu odmówić wiktoriańskiego smrodku. 

Niespodzianka miała się kryć w środku – sześć różanych obrączek, pierwotnie pomalowanych na biało, niewinnych i słodkich, ślicznie i uspokajająco grzechocących przy każdym poruszeniu pudełkiem. Miała być niespodzianka, a jest:

Nie ma. Nie wiem, gdzie się podziały. Myślałam, że to halucynacja i włożyłam łape do środka. Ale im bardziej zaglądałam do środka, tym bardziej tam obrączek nie było.