12 lipca 2018
Nie wiem, jaki jest stosunek mieszkańców „reszty Polski” do tzw. pielgrzymów, ale wszyscy mieszkańcy Częstochowy których znam, uważają ich za element niepożądany. Oczywiście „element niepożądany” to eufemizm, bo kryje się w tym określeniu wiele agresji, złości i bezradności. Myślę, że podobnie czuli się ludzie w małych miejscowościach, w których stacjonowały oddziały wojsk.
Szósta rano. Droga, którą idą jest oddalona od naszego domu o co najmniej 600 metrów, ale nawiedzone głosy śpiewające święte pieśni słychać nawet z pięciu kilometrów. I wierzcie mi, nie są to głosy ludzi, którzy potrafią śpiewać, a głosy kobiet brzmią jak wycie opętanych. Głos wzmocniony przez megafony niesie się daleko i odbiera możliwość snu, podnosi ciśnienie i (przepraszam z góry) wkurwia. Gdybym chciała tego słuchać, poszłabym do kościoła i nie chcę, żeby kościół / klasztor przychodził do mnie.
Południe. Ciągle idą i zawodzą. Wielu mieszkańców ma chęć kupić kałacha, żeby mieć trochę spokoju. Kończą czasem przed drugą, a czasem nie. A apogeum jest przed 15 sierpnia. Ale wtedy nas tu nie ma. Jesteśmy tam, gdzie religia nie powoduje u ludzi martwicy mózgu.







