Już są – idą i zawodzą

12 lipca 2018

Nie wiem, jaki jest stosunek mieszkańców „reszty Polski” do tzw. pielgrzymów, ale wszyscy mieszkańcy Częstochowy których znam, uważają ich za element niepożądany. Oczywiście „element niepożądany” to eufemizm, bo kryje się w tym określeniu wiele agresji, złości i bezradności. Myślę, że podobnie czuli się ludzie w małych miejscowościach, w których stacjonowały oddziały wojsk.

Szósta rano. Droga, którą idą jest oddalona od naszego domu o co najmniej 600 metrów, ale nawiedzone głosy śpiewające święte pieśni słychać nawet z pięciu kilometrów. I wierzcie mi, nie są to głosy ludzi, którzy potrafią śpiewać, a głosy kobiet brzmią jak wycie opętanych. Głos wzmocniony przez megafony niesie się daleko i odbiera możliwość snu, podnosi ciśnienie i (przepraszam z góry) wkurwia. Gdybym chciała tego słuchać, poszłabym do kościoła i nie chcę, żeby kościół / klasztor przychodził do mnie. 

Południe. Ciągle idą i zawodzą. Wielu mieszkańców ma chęć kupić kałacha, żeby mieć trochę spokoju. Kończą czasem przed drugą, a czasem nie. A apogeum jest przed 15 sierpnia. Ale wtedy nas tu nie ma. Jesteśmy tam, gdzie religia nie powoduje u ludzi martwicy mózgu.

Krowa z moich stron

25 luty 2018

Nie wiem, czy słyszeliście tę historię. A było tak: pewna krowa uciekła z transportu, który wiózł ją wraz z innymi skazanymi na śmierć do obozu zagłady. Uciekła z transportu, korzystając z jakiejś okazji, cudownego zbiegu okoliczności, palca bożego, nazwijcie to jak chcecie. Uciekła i wędrowała przed siebie myląc pogoń, być może przerażona odgłosami nocy, być może zmarznięta, może atakowana przez psy, jedząc marną trawę i wszystko, co mogła znaleźć i co nadawało się dla jej krowiego, wegańskiego żołądka. Doszła do brzegu wielkiej wody, czegoś, czego nigdy wcześniej nie widziała: niewiele widzi się przez wrota obory. Poleżała, pomyślała i popłynęła na kawałek lądu porośniętego krzewami, nie wiedząc nawet, że jest na wyspie. Chyba poczuła się szczęśliwa, mając spokój, troche jedzenia, a przede wszystkim poczucie bezpieczeństwa. Może poczułą w sobie dziką naturę swoch przodkiń, które pasły się spokojnie na bezkresnych łąkach, karmiły swoje dzieci, których nikt im nie odbierał, żeby je zabić w bestialski sposób.

Pewnego dnia ktoś ją znalazł. Ludzie dopadli ją znienacka, związali i kazali jechać… Nie wiedziała dokąd, nie wiedziała dlaczego. Była tak nieszczęśliwa, że przerwano krótki czas, kiedy naprawdę żyła. I wielkie krowie serce nie wytrzymało. Stanęło. Piękne, inteligentne stworzenie straciło życie, które dopiero się zaczęło. Przez ludzi. Przez apologetów sadyzmu, którzy uważają, że każde stworzenie jest poddane człowiekowi i ma wypełnić swoje przeznaczenie w imię ludzkiego panowania nad światem.

Strasznie mi jej żal. Powiecie: to tylko krowa, i tak miała oddać życie w imię ludzkiego łakomstwa. Jasne. Ale pomyślcie, krowa nie robi nikomu krzywdy. Chce żyć, jak każde stworzenie. Tak samo jak wy i wasze dzieci. Nie chce być zamordowana i zjedzona. Tak samo jak wy i wasze dzieci. Nie chce urodzić pięknego syna i zaraz go oddać. Tak samo jak wy i wasi synowie. Może nie ubiera tego w słowa, ale jest na tyle mądra, żeby uciec z transportu. Może bylibyście na tyle łaskawi, żeby jej na to pozwolić. Kiedy następnym razem wbijecie widelec w martwe ciało krowy, pomyślcie o niej, że bardzo, bardzo chciała żyć.

Łychy i łopaty

14 grudnia 2017

Od wczoraj wiem, że lepszy sort dostanie kałachy i prawdpodobnie nie zawaha się ich użyć w imię obrony ojczyzny. To przerażające, ale może jakoś uda się przeżyć te barbarzyńskie czasy.

Ale nie o tym chciałam. Zaczyna się mój Annual Christmas Panic Week. Czyli szczęśliwy czas okropnego stresu, komplsywnego jedzenia, paniki i wk…nia się na wszystkich. Próbuję oderwać myśli (i ciało) od tego co nieuniknione, czyli: robienia listy zakupów, robienia zakupów, obróbki warzyw i biednego mięsa (nie, nie kupuję karpi, a zwłaszcza żywych, bo karpie też ludzie), krojenia, siekania, gotowania, pieczenia, mycia stosów garów, udawania szczęścia z okazji rodzinnych wizyt i tej wszechoganiającej bezradności wynikającej z faktu, że będę musiała robić to do końca życia z coraz większą niechęcia a może i nienawiścią, tylko dlatego, że mój facet tak bardzo lubi tradycyjne święta. 

Kiedyś się wyrwę, kiedyś zdobędę się na odwagę, żeby uciec i nie przejmować się smutną i zawiedzioną miną mojego tradycjonalisty. Od lat wie, jak bardzo nienawidzę tego cyrku, ale nie odpuszcza. Nie ma litości. 

Próbuję oderwać duszę (i ciało) od tego poddaństwa i z tej racji przedstawiam kolekcję łych i łopat. Łychy są po to, żebym mogła się walić po głowie z rozpaczy, a łopaty po to, żebym mogła sobie wykopać dołek na zdechnięcie.

Fall spoon
Lavender spoon
Lavender spoon
Blue rose spoon
Blue rose spoon

I łopata. Jedna:

I jeszcze wałek. Jeszcze lepszy do walenia się po głowie:

Rolling pin with roses

Moja książka, nareszcie !!!

4 grudnia 2017

Mam moją książkę, którą pisałam jedną trzecią życia i myślałam, że nigdy jej nie skończę. Bo dziecko dorastało i robiło wiele, żeby mnie zabić. Bo praca w korpo, zajmująca czasem 14 godzin na dobę (jak ja to k… przeżyłam). Bo trzy emigracje do trzech różnych miejsc na świecie. Bo depresja trzymająca mnie w niewoli przez ponad pięć lat. Bo rozwód obrzydliwy. Bo cudowny mężczyzna, który ukradł mi mnóstwo czasu na Swoje Bardzo Ważne Sprawy. Bo lenistwo. Bo milion innych rzeczy, o których dawno zapomniałam.

Ale jest nareszcie. Może wam się spodoba i wtedy będę jeszcze bardziej szczęśliwa. A wygląda tak:

I tyle. Tak spełniają się marzenia. Późno, ale jednak się spełniają. Nareszcie

Takie tam… o ojczyźnie szczerze.

19 listopad 2017

Nareszcie wróciłam. Włóczyłam się przez połowę życia, przez połowę świata, zastarzałam się nielicho, ale też w głowie trochę przybyło. Jasne, często wracałam, często tęskniłam, nie wiedząc za bardzo gdzie chcę być. Nie mogłam i nie chciałam podjąć decyzji, która zmieni mnóstwo rzeczy, bo dokonałam w życiu zbyt wiele kiepskich wyborów. 

Wróciłam, żeby trochę odpocząć i wiosną znów wyruszyć. Polska już mnie więcej nie nabierze. Tyle razy obiecywała, mamiła, zapraszała. „Zobaczysz, teraz już będzie fajnie, teraz już będzie normalnie”. A ja wracałam, dawałam się omamić tyle razy, że gdybym zrobiła to jeszcze raz, to byłby już objaw poważnej martwicy mózgu. Mieszkałam w wielu krajach i w żadnym z nich nie traktowano mnie tak podle jak w mojej ojczyźnie. Poznałam ludzi z setek plemion i żaden z nich nie okazał mi tyle złości, chamstwa i pogardy. Mogę wam powiedzieć: w Polsce jest okropnie i coraz okropniej. Jest smutno i coraz smutniej. Jest ponuro, coraz bardziej strasznie i coraz mniej fajnie. Nie mogę na starość czuć się Żyd w Niemczech po ogłoszeniu Ustaw Norymberskich. A tak się czuję, bo jestem ateistką, feministką, antyrasistką, nienawidzę myśliwych i mam poczucie humoru (na wykończeniu).

Wesprzyjcie mnie, bo boję się strasznie. Ale jestem juz stara i chciałabym odpocząć. Od strachu, od kłamstw, pogardy i wkurwiania się. Serio. I już nie dam się nabrać. Za późno. Już wybrałam.