Lawendowe obrączki i …

29 lipca 2015

Trawnik w moim ogrodzie to pożółkłe badylki wyrastające ze spopielonej ziemi. Hortensje to nieszczęśliwe kupki czerwono-zielonych, skurczonych listków z kilkoma miniaturowymi, suchymi kwiatami. Nagietki więdną jeszcze zanim się rozwiną, a jagody borówki amerykańskiej są wielkości ziaren pieprzu. Aksamitki mają wysokość 2 centymetrów, natomiast nemezje olały wszystko – nawet nie wyrosły. I tak od kilku lat jest co roku. Susza zabija wszystko.

I tylko lawenda, jak co roku ma się dobrze – urosła, zakwitła, wykarmiła chyba z 70 trzmieli i zbliża się do pory żniw. Kochana lawenda i śliczna. I ucieszyłam się, kiedy dostałam zamówienie na obrączki serwetkowe z lawendą. Dwa-naś-cie!!! Dwanaście. I zabrałam się do roboty! 

Każda jest inna, każda ma spękania i mam nadzieję, że każda będzie się się podobać.

Jak żołnierzyki w szyku bojowym, prawda 🙂

c.d.n.

Do zawieszenia

24 czerwca 2015

Jeśli macie kawałek swojego miejsca na ziemi, czyli własny pokój, to mam dla was coś, co się niewątpliwie przyda do ogłoszenia światu, że tak właśnie jest. Wiem, że posiadanie własnego pomieszczenia jest szalenie trudne, zwłaszcza kiedy nie jest się jedynakiem (-czką), a jest się kobietą w związku. Jakoś łatwo oddajemy naszą przestrzeń innym członkom domowej społeczności, nie zastanawiając się, jakie niesie to za sobą konsekwencje. Przede wszystkim nie mamy możliwości się wypłakać w spokoju, a wierzcie mi – kibel nie spełnia warunków. Kiedy coś nas boli, leżenie na wspólnej kanapie nie jest dobrym pomysłem, a w sypialni i tak nas znajdą i zabiją pytaniem „co ty tu robisz?”. A kiedy się ma jakieś hobby, to fajnie jest zostawić niedokończoną pracę bezpiecznie we własnym pomieszczeniu, do którego można wejść tylko za pozwoleniem właściciela, a nie zwijać wszystko ze wspólnego stołu do pudełeczek, plastikowych toreb albo do stołowej szuflady. Walczcie o własną przestrzeń, choćby to miał być schowek na miotły, albo komórka pod schodami. A kiedy już wygracie – obwieśćcie to! Może być tak:

Ma chambre plaque

Albo inaczej.

Poza tym zdobyłam kolejny stary wieszak, lekko pokrzywiony i brudny niemożebnie. Nie namęczyłam się z nim za bardzo, bo chciałam jak najszybciej zakryć jego steraną powierzchnię. I wyszło skromnie. I już wisi, bo do wiszenia stworzony został.

Hanger with blue roses

Angielski pacjent część 3

25 maja 2015

Jest nadzieja na wyleczenie tego jednego boku. Fakt, będzie nie taki jak sobie wymyśliłam, będzie miał blizny i zadrapania, ale nie będzie już ponury i bez wyrazu.

Surowe, monochromatycze motywy zostały złagodzone motywem wiktoriańskich róż. Może za dużo ich dałam, ale są takie śliczne.

Niektóre róże prawie wtopiły się w tło. 

Nie mam jeszcze odwagi pokazać całego boku. Muszę jeszcze się z nim oswoić, poprawić tu i ówdzie. Mam nadzieję, że będzie mi się podobać, bo na razie mam mieszane uczucia. Ale…

c.d.n. 

Drobiowo

21 kwietnia 2015

To pierwsza (i jak dotąd jedyna) rzecz, którą zrobiłam sama od początku do końca. Właściwie to nie zrobiłam deski par excellence, ale sama ją przycięłam wyrzynarką, sama postarzyłam, pomalowałam. wywierciłam otwory na wieszaczki (wiertarką!!!) i tak dalej. Miała być „hiszpańska” a wyszła drobiowa.

Hanger with poultry

Lewy koniec wieszaka. Właściwie to lewy początek… 

Hanger with poultry

Jedna ze środkowych części.

Hanger with hens and cocks
Hanger with hens and cocks

I nareszcie koooooniec. A w całości wygląda tak:

Hanger with hens and cocks

No może nie w całości, bo pewnie cały się nie zmieści. Ale mieści się pod okapem i tam pasuje zna-ko-mi-cie

Serduszka, bo jutro w drogę

6 marca 2015

Jedziemy jutro, jedziemy, hurra! Wracamy wprawdzie niedługo (mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze), ale i tak trzeba się spakować, przygotować mnóstwo jedzenia dla 2 dorosłych i psa, Zjeść dzisiaj wszystko to, czego nie zabieramy, znaleźć ubezpieczenia, znieść z góry walizki, nie wiadomo jaka będzie pogoda, bo jedziemy na północ, mnie boli gardło i zapomniałam kupić wędlinę do kanapek, zabierać 3 pary spodni, czy tylko dwie, a, nie zapomnieć książki,… uff

W każdym razie dam radę. Na pożegnanie serduszka minimalistyczne, bo i tak na więcej jakoś mnie nie stać. Może po powrocie trochę nabiorę sił witalnych. A, miały być serduszka:

Hearts decoupage

i jeszcze takie. Jakoś za bardzo mi się nie podobają, ale pewnie długa zima zabiła moje samozaufanie. Samozadufanie. 

Idę się pakować.

Utensylia

19 luty 2015

Czas tak szybko mija, że właściwie nic nie robię, bo nie mam czasu. Z tym czasem to jakiś spisek chyba jest, wmawiają nam, że doba ma 24 godziny, a ja mam wrażenie, że najwyżej 13. Ponoć kiedy będę już bardzo stara, czyli trochę jeszcze starsza, to czas będzie płynął wolniej. Poczekam, zobaczę.

Póki co zdołałam coś tam wykonać w ramach hobby ulubionego, ale jakoś bez satysfakcji. Przynajmniej gdyby trzeba było wyrzucić, to nie będzie strasznie szkoda. Każde z utensyliów kosztowało ok. 1 zł, co dla mojej skąpej duszy jest jak miodzio do herbatki.

Pomalowane białą farbą łopatki, ozdobione wielką ilością lawendy. Z drugiej strony wyglądają tak:

Więcej lawendy, a co… Jest zima, więc jest zimno i wtedy chce się do takich pól lawendowych. I do truskawek. I do wakacji.

Poziomki raz!

5 luty 2015

Namówiono mnie na popełnienie kuferka / szkatułki / skrzyneczki w ożywczych, wesołych kolorkach i żeby wzorek był wesoły też. Dobra, nie ma sprawy. Kuferek / szkatułka itd niezbyt był wydarzony, pokryty bruzdami, zapewne zgodnie z wolą artysty – cieśli (stolarza?), który małymi, chińskimi łapkami porobił owe niepotrzebne bruzdy na szlachetnym, sosnowym drewnie. 

Pomalowałam na biało, papierem ściernym zdarłam zadziory i jakoś się tak wzorek ułożył, że pasuje do wąskich przestrzeni między wąwozami bruzd. I tak się nawet zdaje, że te poziomki ręce grzeją w mroźne przedpołudnie.

Wildberies on wooden box

Zaglądamy do środka… a tu szalone tło na ścianie.

Wildberries in the wooden box

Obrazeczki

23 stycznia 2015

Minęło 2 lata odkąd mieszkamy na odludziu. Dom urządzony, oprócz mojego pokoju/pracowni, wypełnionej meblowymi odrzutami i Wiecznie Odnawianym angielskim stołem.

Wymyśliłam, że w kuchni i w jadalni powieszę coś słodkiego, radosnego i kolorowego. Jak pomyślałam tak zrobiłam. Cztery obrazki wiszą obok starego kredensiku, surowego w wyglądzie i raczej niezbyt urodziwego:

Pictures for dining room

A te trzy poniżej zrobiłam do kuchni. Ramki są z Ikei, postarzone i pomalowane przeze mnie. Wiszą na wąskim kawałku ściany między oknem a szafką kuchenną z szybkami, o właśnie tak:

A obrazeczki? Piękne jak nie wiem:

Przyszedł czas na koniec roku

29 grudnia 2014

Święta minęły, w tym roku nawet bez wielkiego stresu. Nie chciało mi się pisać o pasztecikach i zbyt dużej ilości niedobrych ciast. Nie chciało mi się pisać o tym, że gotowanie to nie jest absolutnie moja pasja i cokolwiek zrobię, to jest nie takie jakie powinno być? Czy o tym, że od lat chciałabym spędzić Święta tak jak ja chcę i pewnie umrę zanim tak się stanie? Czy o tym, że już mi się nic nie chce i niewiele rzeczy sprawia mi radość? Dobra, pewnie wielu ludzi tak ma i żyją.

Co do mojej pasji, to zrobiłam tylko jedną rzecz – deseczkę pod kalendarz, bo rok raczy się kończyć i trzeba mieć nowy kalendarz. Niekoniecznie papierowy, może być ten w komórce albo w smartfonie, ale gdybym miała wybierać…

Calendar board

Trochę szczegółów – niestety lakier lekko rozmazał malunek w prawym górnym rogu…

Calendar board – detail

A poniżej lewy górny róg, który się nie rozmazał.

Skoro już o kalendarzach, to następnym razem pokażę, jak członek mojej rodziny został kalendarzowym modelem.

Ptaszki i torturowane ryby

15 grudnia 2014

Jeszcze nie panikuję przed Świętami, ale nie mam siły zrobić listy zakupów. Najpierw musiałabym pomyśleć o menu, które jest niezmienne od lat, ale zawsze muszę je mieć na papierze. Póki co unikam tematu, może jeszcze przez kilka dni uda się nie przejmować. Fajne jest to, że progenitura dorosła wreszcie na tyle, żeby też coś przyrządzić i chociaż sałatkę dostanę. 

Póki co staram się żyć normalnie, choć na skutek reklam z choinkami i gościem z białą brodą w czerwonym kubraczku trochę łapki mi się trzęsą. Owymi trzęsącymi łapkami zrobiłam domek za klucze z sikorką.

Key’s hanger with bird

To wdzięczny i bezpieczny temat, choć pracy przy tym co niemiara, ale wolałabym robić domki dla ptaszków, niż rybę na Wigilię. Bo znowu zaczęło się torturowanie karpi, zgodnie z pradawną, katolicką tradycją. Czytałam, że coraz mniej ludzi kupuje żywe karpie i że głowa opiniotwórczego państwa Watykan stwierdziła, że zwierzęta mają duszę (choć to może moja nadinterpretacja), ale w dalszym ciągu większość Polaków nie dostrzega problemu torturowanych w imię zwyczaju zwierząt, które wprawdzie nie są inteligentne, ale mają mózg i czują ból jak jasna cholera. 

I to zwykle z tym kojarzą mi się polskie Święta. Robienie zakupów w sklepach,w których biedne stworzenia tłoczą się w 30-centymetrowej warstwie wody, a potem są pakowane do plastikowych siat, obijane o półki, przywalone w wózkach innymi zakupami… robienie zakupów w takich sklepach jest dla mnie bolesne. Mam ochotę podrapać te głupie, zadowolone z siebie mordy, a potem wsadzić durne łby pod wodę i trzymać… długo. I mam ochotę zrobić wiele innych rzeczy, żeby pokazać tym katom, jak to jest cierpieć za niepopełnione winy. Eh, płakać się chce.