Znowu bluszcz

29 lipca 2014

Lubię bluszcz, jest taki ładny, mimo że tylko zielony, ale ile tych zieleni na jednej roślinie! I każdy listek wygląda inaczej. Poza tym jest taki dzielny, potrafi przeżyć prawie w każdych warunkach. Wspina się, płoży, potrafi zakryć brzydkie kawałki ogrodu, opleść paskudną rynnę, pięknie wspina się po starych, odrapanych ścianach a najważniejsze, że nie gubi liści na zimę!

Jest jedną z moich ulubionych roślin i jednym z ulubionych motywów, które pojawiają się na ozdabianych przeze mnie rzeczach:

Ivy candlestick

Powinien stać w lesie, bo tam najbardziej pasuje. Albo w ogrodzie, wieczorem, kiedy pije się czerwone wino i ogania przed komarami.

Ivy candlestick

Zegar mój niebieski…

15 lipca 2014

Kilkanaście lat temu trafiła mi się decha w czerwone, wielkie kwiaty. Dechę od Rosjan nabyła drogą kupna Babcia, która kupowała wtedy prawie wszystko, co jej wpadło w kochane ręce, bo był to czas kiedy na skutek przemian ustrojowych na bazarach zaczęły się pojawiać towary, których przez co najmniej 30 lat nie było. Dechy akurat były, więc nie wiem co natchnęło Babcię do zakupu, bo decha była paskudna z racji wzoru. W każdym razie jak większość rzeczy, które wówczas Babcia nabyła, paskudztwo trafiło do mnie, stało gdzieś w kuchni i udawało, że jest przydatne. Potem zniknęło mi z oczu w sposób naturalny, bo się wyprowadziłam, ale los czuwał – moja progenitura postanowiła pozbyć się wszystkiego, co uznała za niepotrzebne, a ja nie mogłam już znieść brzydoty tego przedmiotu. I pewnego dnia zeskrobałam stary lakier, pomalowałam po swojemu, zrobiłam spękania i … takie wyszło:

Inny fragment:

Butelczynka

29 czerwca 2014

Właściwie takie nic – butelka po jakimś alkoholu, a tyle frajdy – można okleić całą, nawet nie przejmując się specjalnie malowaniem. Tę pomazałam jakimiś różowymi i filoletowymi resztkami, a gdzie zabrakło, dodałam białą farbę. Potem wzór, który mi do niczego za bardzo nie pasował. Okleiłam jak leciało, także drugą warstwą serwetki (wygląda to całkiem ładnie), wysuszyłam, pociągnęłam lakierem, zawiązałam kokardkę. Łatwizna.

bottle with roses

Zajęło mi to trzy miesiące. Nie mówiłam, że łatwizna?

Słodki obrazek i wredny Pan Pies

19 czerwca 2014

Miało być słodko i letnio i kolorowo i ładnie i spokojnie i żeby można było popatrzeć i pomarzyć. A, i nie jaskrawo. Właściwie tak jest … Nawet napisy mi wyszły własnoręcznie jako tako, bez kalek żadnych (kalek od kalkowania oczywiście), tylko tak rękotwórczo. I jeszcze jeden z moich ulubionych motywów i to podwójnie. 

L’horloge de Provence

Lubię robić zegary, bo nawet jeśli nie wszystko jest idealnie, to zawsze ładne wskazówki ukryją mankamenty. A kiedy robi się takie z tarczą, czyli cyferblatem, to można ukryć jeszcze więcej. Nawet cały zegar… 

PS. Wczoraj Pan Pies ugryzł faceta w łydkę. Facet (nieznany) plątał się po polach z jakimś kijem. Pan Pies zwykle spokojny i totalnie ignorujący ludzi popatrzył na faceta, podszedł bliżej i dziabnął bez ostrzeżenia. Dziabnął ostrzegawczo, lekko, nie przecinając skóry, ale facet spanikował i ja też. Woziłam go przez pół dnia po przychodniach, łącznie z jakąś poradnią d/s ukąszeń czy ugryzień, gdzie nas zupełnie olali (po kiego jest taka poradnia, skoro nie przyjmują tam ugryzionych), choć faktem jest, że ślad po ugryzieniu był raczej symboliczny, pewnie będzie kilka siniaków w miejscu, gdzie Pan Pies przyłożył lewą stronę swojego uzębienia, a facet krzyczał, że ma poszarpane mięśnie. O Matko… W każdym razie Pan Pies był już na pierwszej obserwacji, zostały jeszcze trzy… W każdym razie cyrk jest znakomity, ja na pograniczu załamania nerwowego, facet nie wiem, ale mam nadzieję, że nie kombinuje jak tu dostać odszkodowanie za straty moralne, a Pan Pies ma to wszystko w dupie.

Kanka alkoholowa

10 czerwca 2014

Kanka na mleko jaka jest każdy kiedyś widział. Ci urodzeni w ostatnich dwudziestu (?), trzydziestu (?) latach niewielkie będą mieć pojęcie w czym rzecz, ale przed tymi bardziej zaawansowanymi wiekowo kanka na mleko, zwana też bańką nie będzie mieć żadnych tajemnic.

Tak wyglądała po przywiezieniu jej od mojej Mamy, gdzie tkwiła na balkonie, od wielu lat dzielnie znosząc deszcz, mróz i upały, a może i gorsze rzeczy. Tego się nigdy nie dowiemy, natomiast u mnie przestała w garażu całą zimę, gdzie obrosły ją kurz i pajęczyny. Po niestarannym oczyszczeniu rdzy papierem ściernym, a następnie licznymi szmatkami wyglądała tak:

Banieczka oczyszczona

Różnica nie jest zatrważająca, ale przynajmniej można ustawić teraz banieczkę „na pokojach”. Ale ja poszłam dalej, zmieniając symbolicznie owej banieczki przynależność rodzajową. Jestem dorosła, więc mogę:

Kanka alkoholowa

Według mnie zyskała charakterek i może szacunek zyska większy? Choć wygląda starzej, niż kiedy była stara.

Powiesić!

28 maja 2014

Hangers – upcycling

To stare prace, ale chciałam pokazać jak ze starego i brzydkiego zrobić stare, ale ładniejsze… chyba. 

Było tego w różnych szafach mnóstwo – starych, zakurzonych i w kolorach burych. Trochę pracy z nimi było, ale teraz wyglądają o wiele lepiej. Były jeszcze takie, ale trochę mi zabrakło dla nich cierpliwości, a może czasu:

Hangers – second life – upcycling

Następne czekają, kolejka długa, tylko co ja na nich powieszę? Waciki?

W deseczkę

13 maja 2014

Są tanie, więc nawet kiedy coś się totalnie nie uda, to zawsze można pociąć na zapałki. Są drewniane, więc ich obróbka jest cudownie prosta. Są w wielu rozmiarach, więc można na nie wrzucać wszystko, co się chce. Są użyteczne, więc można ich używać z obu stron – z jednej obrazek z drugiej krojenie marchewki. Deseczki kuchenne.

Cutting board with apples

Udało się zakryć napis „Kuchnia B…..”, bo prywatność, wiadomo, a poza tym nigdy się nie dowiedziałam, czy B. choć trochę się deseczka podobała. I pewnie nigdy się nie dowiem…

Curring board with pansies

Motyw bratków jest zawsze uroczy, bo bratki są urocze i pasują wszędzie.

Cutting boards

Mała bodega, kilka drewnianych stołów i podłoga zawalona beczkami z winem. I te dwie deseczki przybite na belce pod sufitem. Prawie ich nie widać, z wiekiem pociemnieją, ale pasują, choć nikt ich nie ogląda. Taki los małych deseczek.

W dechę

7 maja 2014

Ogród nie jest na razie śliczny. Coś tam rośnie powoli i niechętnie, coś tam wyłazi z ziemi zasiane niedawno, sucho, pusto i zimno. Trawa przypomina step w Mongolii po wypasie wielbłądów w porze suchej, a jedyne co dotąd zakwitło, to kilka mleczy. Żeby ożywić krajobraz, zanim roślinność się rozbestwi i zajmie wszystkie wolne miejsca, ustawiłam w strategicznych miejscach deseczki takie jak ta:

Wooden board with flowers

Tak więc bierze się starą dechę, trochę wygładza grubym papierem ściernym, maluje białą farbą emulsyjną, która została z malowania ścian, następnie ustawia się na desce różne rzeczy, na koniec maluje się lakierem bezbarwnym, żeby deszcz nie zmył i stawia się na ganku, albo przy stercie drewna do kominka, albo na schodach, albo wiesza na płocie…

Herbs on board

Taką też można. Na płocie, albo w ziołach. I jest w dechę. 

Pamiętnik Q – lata szkolne

3 maja 2014

Już wam mówiłem, że mam problem z innymi psami. Albo one ze mną? W każdym razie kilka dni temu zapakowałem moich ludzi do samochodu i pojechaliśmy do pana Mirosława, który najpierw myślał, że jestem straszny killer, ale potem, jak mnie lepiej poznał, to wpuścił mnie do swoich psów, chociaż najpierw szczekałem na te psy, a one na mnie!

Jak już wszedłem za ogrodzenie, to okazało się, że to są dziewczyny! I są strasznie miłe i chcą, żebym się z nimi bawił!

Byłem strasznie onieśmielony i bałem się ruszyć! Stałem tam jak pacan, a one podbiegały do mnie i machały swoimi ślicznymi ogonkami. Było extra!

Naprawdę chciałem zwiać, ale po pierwsze nie miałem dokąd, a po drugie nie mogłem nikomu pokazać, że jestem taki mało towarzyski, nieuczesany i zdziczały i w ogóle…

Więc w końcu się trochę wyluzowałem i przynajmniej poszedłem trochę obwąchać okolicę, żeby nie wypaść na kompletnego gbura. 

No i w końcu troszkę się bawiłem. Nie wiem dokładnie jak to się robi, ale przynajmniej nie miałem ochoty na nikogo szczekać, ani nikogo atakować. Było bardzo miło, a Ewa obiecała, że jeszcze tam pojedziemy. No pewnie! Musimy jechać! Nawet nie zdążyłem poznać imion tych ślicznotek! One mieszkają w Centrum Pracy z Psem „Songo”. A ten pies, z którym pracowali to jestem ja!

Pod Spodem: Musimy tam jechać, koniecznie. Znowu zaatakowałem psa, ale to była jego wina, słowo. Nic mu nie zrobiłem, był tylko ośliniony, ale potrzebuję tego treningu, poważnie.