Przyszedł czas na koniec roku

29 grudnia 2014

Święta minęły, w tym roku nawet bez wielkiego stresu. Nie chciało mi się pisać o pasztecikach i zbyt dużej ilości niedobrych ciast. Nie chciało mi się pisać o tym, że gotowanie to nie jest absolutnie moja pasja i cokolwiek zrobię, to jest nie takie jakie powinno być? Czy o tym, że od lat chciałabym spędzić Święta tak jak ja chcę i pewnie umrę zanim tak się stanie? Czy o tym, że już mi się nic nie chce i niewiele rzeczy sprawia mi radość? Dobra, pewnie wielu ludzi tak ma i żyją.

Co do mojej pasji, to zrobiłam tylko jedną rzecz – deseczkę pod kalendarz, bo rok raczy się kończyć i trzeba mieć nowy kalendarz. Niekoniecznie papierowy, może być ten w komórce albo w smartfonie, ale gdybym miała wybierać…

Calendar board

Trochę szczegółów – niestety lakier lekko rozmazał malunek w prawym górnym rogu…

Calendar board – detail

A poniżej lewy górny róg, który się nie rozmazał.

Skoro już o kalendarzach, to następnym razem pokażę, jak członek mojej rodziny został kalendarzowym modelem.

Ptaszki i torturowane ryby

15 grudnia 2014

Jeszcze nie panikuję przed Świętami, ale nie mam siły zrobić listy zakupów. Najpierw musiałabym pomyśleć o menu, które jest niezmienne od lat, ale zawsze muszę je mieć na papierze. Póki co unikam tematu, może jeszcze przez kilka dni uda się nie przejmować. Fajne jest to, że progenitura dorosła wreszcie na tyle, żeby też coś przyrządzić i chociaż sałatkę dostanę. 

Póki co staram się żyć normalnie, choć na skutek reklam z choinkami i gościem z białą brodą w czerwonym kubraczku trochę łapki mi się trzęsą. Owymi trzęsącymi łapkami zrobiłam domek za klucze z sikorką.

Key’s hanger with bird

To wdzięczny i bezpieczny temat, choć pracy przy tym co niemiara, ale wolałabym robić domki dla ptaszków, niż rybę na Wigilię. Bo znowu zaczęło się torturowanie karpi, zgodnie z pradawną, katolicką tradycją. Czytałam, że coraz mniej ludzi kupuje żywe karpie i że głowa opiniotwórczego państwa Watykan stwierdziła, że zwierzęta mają duszę (choć to może moja nadinterpretacja), ale w dalszym ciągu większość Polaków nie dostrzega problemu torturowanych w imię zwyczaju zwierząt, które wprawdzie nie są inteligentne, ale mają mózg i czują ból jak jasna cholera. 

I to zwykle z tym kojarzą mi się polskie Święta. Robienie zakupów w sklepach,w których biedne stworzenia tłoczą się w 30-centymetrowej warstwie wody, a potem są pakowane do plastikowych siat, obijane o półki, przywalone w wózkach innymi zakupami… robienie zakupów w takich sklepach jest dla mnie bolesne. Mam ochotę podrapać te głupie, zadowolone z siebie mordy, a potem wsadzić durne łby pod wodę i trzymać… długo. I mam ochotę zrobić wiele innych rzeczy, żeby pokazać tym katom, jak to jest cierpieć za niepopełnione winy. Eh, płakać się chce.

Ale bajka!

10 grudnia 2014

Czasem nie mogę uwierzyć, że dane mi jest oglądać takie cuda:

Winter 2014 from my garden

Każda gałązka, każde źdźbło trawy iskrzyło się w porannym słońcu. Mróz – minus 6,5. Bezwietrznie. Cicho. 

Winter from my backyard

Łodygi słoneczników. Zostawiam wszystkie słoneczniki dla sikorek, które w tym roku znów zaszczyciły ogród. I to w trzech gatunkach!

Winter in my backyard

Igiełki sosny. Nie trzeba ich inaczej ozdabiać na święta.

Winter in my garden

Złocień wygląda cudnie i latem i zimą. Trawa jest bardziej zielona, niż w lipcu. Bajka

Be nice or go home

7 grudnia 2014

Taki napis powinien pojawić się wszędzie – w urzędach, w sklepach, w kawiarniach i innych przybytkach użyteczności publicznej. A już w domu! Powinien zawisnąć w każdym pomieszczeniu, a przy wejściu –  na każdej ścianie. Dla teściowej, dla kuzynki z gromadą hałaśliwych bachorów, dla wujaszka, który uwielbia się kłopotliwie upić, dla żony kumpla, która tak ci zazdrości, że jest dla ciebie złośliwa jak małpa.

„Bądź miły, albo idź do domu”. W wersji dla paskudnych chamów – „Bądź miły, albo spadaj”. A dla niereformowalnych sukinsynów po prostu „Sp…..laj”. Oby nie oszpecić sobie ściany. Ja nie mam takiej rodziny, bo moja rodzina to 5 osób, z których tylko jedną widzę codziennie. I jeszcze psa, ale on jest „nice” zawsze. Ufff. I w dodatku moja mammografia w porządku. 

Kitchen board

I z trochę innego punktu wiszenia. Ważne, żeby było wszystko w porządku.

Solniczki i coś na jaja

14 listopada 2014

Lubię małe przedmioty, są takie… małe. Łatwo nimi manipulować, nie trzeba faceta, żeby je obrócić (tak jak angielski stół, który „remontuję” od dwóch lat i nie jestem nawet w połowie drogi), i tak szybko można skończyć pracę przy nich. Pierwsze trzy sztuki zrobiłam rok temu i wyglądały tak:

Wydawał mi się ładniutki, więc niedawno zrobiłam podobny:

Dodałam jeszcze jajeczko:

I jest komplecik. Z jajeczkiem.

I niedzielne śniadanko wygląda kolorowo. Szkoda, że zwykle jemy jajecznicę.

Uwielbiam Halloween!

31 października 2014

Nie, nie dam sobie wmówić, że trzeba się umartwiać, że tylko wszyscy święci i smutek i łzy i zaduma. Wiem lepiej, bo jestem już stara i wierzcie mi – z życia trzeba się cieszyć, bo nie ma żadnego potem, żadnego kiedyś, żadnego następnego wcielenia i nie jest tak, że nagrody po śmierci, albo że diabły widłami w tyłek. Mamy jedno życie i każdy dzień jest ważny. Jutro trzeba wspominać, dziś trzeba się weselić. Bo dziś jeszcze żyjemy, a jutro to już nie wiadomo.

Zawsze chciałam to napisać, choć nie w takim skrócie, ale życie jest za krótkie, więc może babeczkę?:

Proponuję z babeczką udać się do ogrodu i podglądać sąsiadów. Zawsze mają jakieś sekrety:

Młyneczek pieprzowy

29 października 2014

Odnawianie starych rzeczy to to, co lubię najbardziej. Chętnie zaczęłabym od siebie, ale jak ja z tym skalpelem przed lustrem sama dam radę? Póki co dorwałam młynek do pieprzu z lat pewnie 60-tych. Papierem ściernym zdarłam lakier, a przynajmniej tak mi się wydawało:

Old pepper mill

Stare lakiery są fatalne do zdzierania. Nie wiem z czego były robione, ale nie były to rzeczy obojętne dla zdrowia i środowiska.

Niektóre miejsca pomalowałam niebieską farbą, która zrobiła się trochę… zielona i wcale nie chciała się trzymać. I nie mam pojęcia, czemu to zdjęcie takie wielkie wyszło…

Old pepper mill - diy

Tak młyneczek wyglądał po pomalowaniu białą farbą. Postanowiłam nie przesadzać ze spękaniami i postarzaniem – nie chciałam żeby wyglądał gorzej niż przed renowacją.

Old pepper mill

No i takie coś wyszło, po kilku poprawkach. Stary lakier nie do końca usunięty reagował z nowym lakierem – nowy odłaził, kruszył się, stał się chropowaty. Ale jakoś wygląda. Jakoś tak … nowiej

Dziewczyna kupuje kałacha

25 sierpnia 2014

Postanowiłam kupić coś do obrony. Do samoobrony właściwie, bo kiedy zostaję sama, to trochę mi straszno na tym odludziu. Najbardziej chciałam jakieś małe pole minowe, do tego AK-47, noktowizor i może dwie sztuki Uzi, tak do torebki. Niestety państwo nie daje w tym zakresie dużego wyboru, ale w granicach prawa coś tam można zdobyć. 

Pan (młody) w sklepie spojrzał na mnie z lekką pogardą, ale dzielnie stawił czoła wyzwaniu: zaproponował… pojemniczek z gazem, ślicznie zapakowany w złoty przedmiocik udający szminkę. A obok leżały paralizatory (takie na odległość też), pistolety hukowe i gazowe, jednym słowem coś, co wygląda jak PRAWDZIWA broń.

– Może lepszy byłby taki pistolet gazowy? – zasugerowałam panu sprzedawcy nieśmiało, bo na broni to ja się akurat znam, ale się nie przyznaję. – Taki to robi wrażenie…

– O, taki pistolet to raczej doradzałbym komuś, kto pracuje w ochronie, bo oni powinni robić wrażenie. Zresztą, przecież chyba nie chodzi pani o to, żeby robić wrażenie, tylko żeby się obronić.

Aha, jasne. Wielki facet z ochrony musi robić wrażenie, bo inaczej biedaka mógłby ktoś przestraszyć. A niezbyt drobna wprawdzie, ale w końcu baba nie musi robić wrażenia na włamywaczu, skąd. Ona weźmie szmineczkę w trzęsące się ze strachu rączki, podejdzie bliziutko do bandyty, poprosi żeby chwilkę postał nieruchomo i psiknie mu w nosek gazem, o ile uda jej się wymierzyć w panice. Kurwa, panowie, no naprawdę szacun…

Póki co, to mam na szczęście takiego:

Quattro and me

 Pozdrawiam dzielnego pana ze sklepu z bronią.

Słowo na niedzielę

17 sierpnia 2014

Z. wyjeżdża. To zawsze jest wielkie wydarzenie w naszej galaktyce, wszyscy ustawieni na baczność, czekając na rozkazy, jak w jakimś pieprzonym Downton Abbey. Wszyscy, to znaczy ja i doraźnie pies, który szybko się nudzi. Ten wyjazd jest nie-służbowy, więc dochodzę do wniosku, że nie muszę się zbytnio angażować w pakowanie, ale jakże się mylę! Przecież trzeba starannie poskładać ciuchy, włożyć je pięknie do walizki i sprzwdzić, czy niczego nie brakuje.

– Wiesz, że kobiety nie rodzą się ze zdolnością składania rzeczy? – próbuję zwiać od niechcianej roboty, bo mam mnóstwo innych planów na nieobecność mojego faceta. – Każdy może się tego nauczyć…

– Ty się urodziłaś z różnymi zdolnościami – Z. wali mnie komplementem, bo zaczyna mu się trochę śpieszyć.

– Taaak? A faceci z czym się rodzą? – mam na myśli zdolności oczywiście.

– Z kutasem.

Amen.

Ale za to niedziela była super. 

Z groszkami. Z motylkami. Z migreną. Peace, czyli pis.

Sweet pea
Echinacea and butterfly

Księżyc i słoneczniki

10 sierpnia 2014

Ale była pełnia! Śliczna, wyrazista, nastrojowa i czarodziejska. Rzadko wychodzę po zmroku z domu, bo na odludziu straszno i niepotrzebnie oglądałam „Walking dead”, ale xsiężyc wywabił mnie na taras. Komary mnie pogryzły, ale siedzieliśmy z Quattro i gapilliśmy się na niebo, jak jakieś surykatki.

Moon 2014

Słoneczniki w taką noc były lekko zdezorientowane, nie wiedząc gdzie mają patrzeć. Martwiłam się o nie, mając nadzieję, że nie wpadną w depresję, ale w dzień było już wszystko poukładane, jak natura chciała.

Przy okazji słonecznikowy zegar i słonecznikowa zawieszka, którą zrobiłam jakiś czas temu dla Pani D. Koniecznie miało być coś na złoto… Trudno, troszkę „na złoto” wcisnęłam. Najważniejsze, że Pani D. się podobało, a jeśli nie, to udawała z wdziękiem.

Sunflower clock

I jeszcze przaśna zawieszka do kompletu, choć nie była zamówiona, ale te słoneczniki takie śliczne były…

Sunflower plate