Słodki obrazek i wredny Pan Pies

19 czerwca 2014

Miało być słodko i letnio i kolorowo i ładnie i spokojnie i żeby można było popatrzeć i pomarzyć. A, i nie jaskrawo. Właściwie tak jest … Nawet napisy mi wyszły własnoręcznie jako tako, bez kalek żadnych (kalek od kalkowania oczywiście), tylko tak rękotwórczo. I jeszcze jeden z moich ulubionych motywów i to podwójnie. 

L’horloge de Provence

Lubię robić zegary, bo nawet jeśli nie wszystko jest idealnie, to zawsze ładne wskazówki ukryją mankamenty. A kiedy robi się takie z tarczą, czyli cyferblatem, to można ukryć jeszcze więcej. Nawet cały zegar… 

PS. Wczoraj Pan Pies ugryzł faceta w łydkę. Facet (nieznany) plątał się po polach z jakimś kijem. Pan Pies zwykle spokojny i totalnie ignorujący ludzi popatrzył na faceta, podszedł bliżej i dziabnął bez ostrzeżenia. Dziabnął ostrzegawczo, lekko, nie przecinając skóry, ale facet spanikował i ja też. Woziłam go przez pół dnia po przychodniach, łącznie z jakąś poradnią d/s ukąszeń czy ugryzień, gdzie nas zupełnie olali (po kiego jest taka poradnia, skoro nie przyjmują tam ugryzionych), choć faktem jest, że ślad po ugryzieniu był raczej symboliczny, pewnie będzie kilka siniaków w miejscu, gdzie Pan Pies przyłożył lewą stronę swojego uzębienia, a facet krzyczał, że ma poszarpane mięśnie. O Matko… W każdym razie Pan Pies był już na pierwszej obserwacji, zostały jeszcze trzy… W każdym razie cyrk jest znakomity, ja na pograniczu załamania nerwowego, facet nie wiem, ale mam nadzieję, że nie kombinuje jak tu dostać odszkodowanie za straty moralne, a Pan Pies ma to wszystko w dupie.

Strefa suszy

12 marca 2014

Z trawnika został słomianożółty, z łysymi plackami dywan. Nasz trawnik ma pecha – siany w zeszłym roku ledwo przetrwał upiornie upalne lato, podczas którego padało może ze cztery razy. Jesień też nie przyniosła ukojenia, a zima była prawie bez śniegu. Wiosna, jak dotąd, zamiast przynieść słoty i poranne mżawki, wypala go coraz bardziej. Nawet rosy już nie ma. Za to jest kurz, którego by nie było, gdyby chciało choć troszeczkę, raz w tygodniu popadać. Najwięcej kurzu jest na psie, ale to już zupełnie inna historia.

Najśmieszniejsze jest to, że śliczni ludzie w TV cieszą się jak pacynki z pięknej pogody, z braku deszczu i wysokich temperatur. Nieraz już zapowiadali deszcz w naszym rejonie, padało kilka kilometrów dalej, a u nas ani kropli. Nie wiem, czy mieszkamy w takim miejscu pustynnym i nawiedzonym, ale tutaj naprawdę prawie nigdy nie pada. Za to w niedzielę palił się las. Dobrze, że w tym roku głupki nie wypalają łąk, bo już widzę te radośnie płonące wysokie trawy, które otaczają nasz dom.

Nawet moja lawenda nie jest zachwycona suszą, choć powinna. Pewnie przetrwa, jak to lawenda, ale jej uroda jakaś mało urodziwa tej wiosny. I martwię się o nią. Tak więc wzięło mnie na lawendę troszeczkę i oto przepiękne, lawendowe, popękane tu i ówdzie obrączki na serwetki!:

Lavender rings for napkins

Te spękania to oczywiście z suchości i to jedyna pozytywna rzecz wynikająca z prowansalskiego klimatu. 

Lavande bagues pour serviettes
Lavender rings for napkins

Póki co, to chcę deszczu – pluskającego w rynnach, szumiącego na dachu, walącego w nocy w parapety, rozpryskującego błoto z wysuszonej ziemi, kapiącego z sosnowych igieł, pływającego w małych banieczkach – łódeczkach w kałużach… Ale będzie fajnie! Tylko kiedy?

Eau de lavande

25 luty 2014

Znowu odrobinę w języku, który kiedyś znałam najlepiej. Pomijając ubytek neuronów w mózgu, spowodowany wiekiem i lenistwem umysłowym wrodzonym, to nie rozmawiam, nie czytam, nie oglądam tv i nie słucham radia po francusku już od prawie 20 lat i zapewne dlatego zaczynam powoli zapominać.  Zdarza się, jasne – jakaś podróż, jakieś spotkania na targach, czasem jakiś wierszyk przetłumaczę, ostatnio nawet oglądam Arte tv 3 minuty dziennie… ale i tak zapominam, choć nie na tyle, żeby nie zauważyć kretyńskich błędów, które robią np. producenci słodyczy i z uporem maniaków umieszczają głupawe napisy w pseudo-francuszczyźnie na swoich produktach. Dobra, nie narzekam, zresztą nie o tym miało być.

Miało być o wodzie lawendowej, która ma się znaleźć w tej skrzynce:

Woda lavendowa była francuską odpowiedzią na polską wodę brzozową. Ta ostatnia była szalenie popularna wśród mężczyzn w latach, których większość z was nie ma prawa pamiętać. Nie pamiętam, jak pachniała (???), ale wiem, że stała na półce u Dziadziusia, a pojemność butelki, to było ho, ho – może i z 500 ml. Woda, a tyle wspomnień…

Woda lavendowa świetnie działa na nastrój, na nerwy i na tłustą cerę. W odniesieniu do obu wód (tej swojskiej i tej francuskiej), główne zalecenie to: NIE PIĆ.

Tak wygląda z drugiej strony:

Lavender vinecase

No i oczywiście bardzo prosty przepis na wodę lawendową, którą można zrobić w domu i będzie pachniała…

50 gram kwiatów lawendy wsypać do 50 ml. alkoholu (może być zwykła wódka). Można też lawendę zalać cieczą, jak komu wygodniej. Zamknąć szczelnie i zostawić na 3 tygodnie w słonecznym miejscu. trzeba potrząsać butelką chociaż raz dziennie.  Potem można przecedzić i trzymać w jakimś ślicznym flakonie, ale jak się nie przecedzi, to co z tego?