Wiatr i inne motywy przewodnie

Niektórzy ludzie cierpią na bezsenność i nerwowość, kiedy zbliża się pełnia, a w czasie pełni czują, że powinni być zupełnie gdzie indziej i robić zupełnie co innego. Inni zdychają, bo spada ciśnienie, albo zdychają, bo ciśnienie gwałtownie rośnie. Ja natomiast… Ale po kolei.

Najpierw zaczynają szeptać korony drzew, szemrząco, szeleszcząco, jakby przekazywały sobie wiadomość. W brzozowo-dębowym lesie brzmi jak odgłos letniego deszczu. Potem zaczynają rozmowę krzewy, a po chwili zaniepokojone trawy zaczynają się naradzać, pochylając ku sobie wiechowate głowy. Ale już za późno na ucieczkę. Nadlatuje wściekły, roztrąca korony drzew, ogałacając je z liści, spada na przerażone trawy, kładąc je pokotem na ziemi. Wiatr.  

Łażę z kąta w kąt, nie znajdując celu i czuję się jak wszystkie siostry Bronte na wrzosowiskach. Zza szaf wyłażą upiory przeszłości, a w lustrze widzę skłębioną, czarną przyszłość pełną potworów. Wzruszam się oglądając serwisy informacyjne, popłakuję przy sitcomach i wcale nie mogę słuchać Led Zeppelin.

No co? Wieje już czwarty dzień, jak ma mi nie odbijać? Moja inspiracja, mój optymizm, moja kreatywność, lekkość bytu poszły sobie, a ja zostałam z robieniem zupy na obiad. Z torebki.

Ponieważ teraz nie robię nic, co mogłabym pokazać, więc popatrzcie (na własną odpowiedzialność!) na jesienny zegar, który zrobiłam straaaaasznie dawno temu. Jesienny. Od czegoś trzeba było zacząć. Dawno. Wybaczcie. Tak.

Forrest clock, one of my first works

A miałam pisać tylko o domu w którym mieszkam.

Płowe i żółtobrzuche

Mieszkam na odludziu. Nie na takim odludziu, na jakim bym chciała, ale szczęśliwie najbliższy dom jest daleko, choć w zasięgu wzroku. Z drugiej strony jest brzozowy las, z trzeciej strony też jest las i sosny, z czwartej strony jest cmentarz, a wcześniej łąki i pola. Z piątej strony jest droga, która prowadzi do większej drogi, a ta prowadzi do Miasta, a w drugą stronę do Dużej Wsi, a dalej do następnego Miasta. Pole uprawia sąsiad Śmierdziel, który nienawidzi zwierząt i kobiet, choć może dla niego to to samo. Na szczęście widzę go tylko w czasie żniw i orki, więc nie muszę często rzygać na jego widok. Na polu, łąkach i w naszych chaszczach mieszkają różne stworzenia, które kocham strasznie (oprócz komarów), choć one o tym nie wiedzą. Poza tysiącami różnych owadów (może nawet milionami), jest tu Banda Srok, terroryzująca inne ptaki. Są kolorowe Sójki, Skowronek, który ostatnio się nie pokazuje i martwię się, że załatwił go na cacy Cierpliwy Myszołów. Są małe ptaszki, które ślicznie śpiewają i chyba nazywają się zięby. Jest zajączek, który urodzł się w marcu, a wcześniej widziałam harce jego rodziców na śniegu przy pełni Księżyca. Jest Wielki Dandy, który przychodzi chwalić się swoimi dwoma żonami i ogonem, a na podjeździe zostawia nam na pamiątkę swoje bażancie gówienka. I wreszcie są nasze kochane płowe księżniczki i książęta, które całą zimę przychodziły paść się na polu Śmierdziela i na naszych łąkach.

Nie boją się nas, choć kiedy są blisko, to udajemy, że ich nie widzimy. Często patrzą na nas ciekawie zza krzaków, myśląc zapewne, że ich nie widać. Któregoś dnia, późną wiosną jedna z księżniczek długo stała za płotem i obserwowała moją pracę w ogrodzie. Następnego dnia znowu się zjawiła, patrzyła długo i uważnie, zanim odeszła w stronę lasu. Trzeciego dnia zobaczyłam ją blisko bramy… Po chwili zza krzaczków wyszło malutkie stworzonko, brązowe, z jasnymi plamkami na futerku, jak śmieszny muchomorek. Podeszło do swojej mamy na długich, chudziutkich, trzęsących się nóżkach i gapiło się na mnie, a ja prawie zemdlałam z zachwytu i niedotlenienia, bo nie można wstrzymywać oddechu przez dziesięć minut. Nie wiem, czy mama chciała się pochwalić maleństwem, czy może chciała mnie pokazać swojemu dziecku? Cokolwiek nią kierowało, to jestem jej wdzięczna za zaufanie. 

Our deers in the fog

Wczoraj sarny wróciły, ale to już wiecie. Nie było ich całe lato, zapewne przeniosły się bliżej wody. Mam wrażenie, że u nas nic im nie grozi i dlatego chcę, żeby tu zostały. Może Śmierdziel nie zauważy i jakoś daruję im połamane młode sosny, pod którymi mają legowiska. 

Jesień, to ty?

Sobota – migrena. Niedziela – migrena. Myślę sobie: weekend minie, w poniedziałek back to normal, wreszcie będę zdolna do życia. Dziś zaczęło wiać i hurraaaa! Migrena. To taki stan, w którym głowa, łącznie z włosami, każdym centymetrem sześciennym daje znać o swoim istnieniu. Do tego radośnie dołącza się żołądek, proponując mdłości. Migrena powinna być muzą fundamentalistycznych egzystencjalistów i religią masochistów, a ja na razie podziękuję.

Z. ma katar, a kiedy facet ma katar, to tak jakby cały świat miał katar. Robię mu herbatki i serwuję aspirynę, otulam kocykiem i pocieszam. Jestem taka słodka, bo być może przyczyniłam się czynnie do katarku… Wredna baba.

Natomiast Jesień zjawiła się zgodnie z oczekiwaniami. Witam ją po hiszpańsku, bo być może ten język zna najlepiej?